Reklama

Pawbeats: Moja rutyna to budowanie sytuacji nierutynowych

- Wszystko zaczęło się od takich bardzo małych, wręcz mini-wypraw, bo byłem w Pieninach i bardzo spodobały mi się widoki - mówi Pawbeats, który w przeszłości wspiął się m.in. na najwyższy szczy Kaukazu - Kazbek /Tomasz Bakuła /materiały prasowe

- Z czasem oswoiłem się z lękiem. Pytałem nawet terapeutów, jak to możliwe, ale do końca nie wiedzieli. Być może kluczowy był fakt, że chciałem temu stawić czoła. To jest tak, jak ze strachem przed pająkami. Często jest tak, że osoba, która się boi automatycznie odskakuje, gdy on idzie w jej kierunku. Moim "pająkiem" jest właśnie wysokość. Na początku nie było to łatwe, ale później zaczęło to mijać w trybie nawet natychmiastowym. Trochę jak z ludźmi, którzy rzucają palenie. Bardzo często trzeba rzucić z dnia na dzień i już do tego nie wracać. No ja chyba tak rzuciłem lęk wysokości - mówi Interii Pawbeats. Producent w tym roku wydał płytę "Nocna", a nam opowiedział nie tylko o walce ze swoimi słabościami.

Daniel Kiełbasa, Interia: Jak do tego doszło, że niewinny żart o "najgorszej płycie roku" przerodził się w sposób na promocje całego albumu?

Pawbeats: - Trochę znudziłem się wszechobecną propagandą sukcesu i słuchaniem kolejnego opowiadania o tym, że jakaś płyta jest najlepsza, fantastyczna, że zmienia rzeczywistość, i jak każdy znajdzie tam coś dla siebie. O swojej płycie nigdy nie powiedziałbym, że każdy odnajdzie coś dla siebie. Mam wręcz wrażenie, że one są ukierunkowane na konkretnego słuchacza, który musi lubić ten odłam muzyki. Pomyślałem więc, że takie przedstawienie albumu w krzywym zwierciadle może być ciekawsze, ale też traktowałem to jednostkowo - zażartowałem sobie raz czy tam dwa razy - a dopiero potem zobaczyłem, że istnieje głód tej konwencji. Zrobił się z tego hermetyczny humor, który gdy wychodził gdzieś na zewnątrz, to nie był do końca rozumiany, co tylko napędzało całą historię. Całość wyszła w trochę nieprzemyślany sposób, ale gdybym miał zrobić to drugi raz, to bym pewnie i tak to zrobił. Chociaż niedawno musiałem tłumaczyć dziennikarzowi, dlaczego płyta była porażką, więc są jakieś minusy tego typu promocji.

Reklama

Myślisz, że udałoby się przeprowadzić taką "kampanię reklamową", gdybyś wydawał ten album w wytwórni?

- Jeśli chodzi o Step Records, gdzie wydałem dwie pierwsze płyty, myślę, że byłoby to możliwe, bo mieliśmy relacje, gdzie nie odczułem oficjalności tej współpracy. Natomiast jeśli byłaby to duża wytwórnia to pewnie musielibyśmy się spotkać, porozmawiać, zjeść jedzenie z pudełek i potem musiałby to zaakceptować ktoś z góry, a może trzeba by jeszcze pytać za granicą. Na szczęście jestem sam sobie szefem, nie musiałem nikogo pytać o zdanie i dobrze, bo może by mnie ktoś od tego pomysłu odciągnął. Poza tym, uważam, że były to bardziej przypadkowe ruchy niż jakaś skoordynowana promocja, którą wiele osób uznało za zabawną.

Jesteś po wydaniu drugiej płyty własnymi siłami. Masz już zatem pełen ogląd sytuacji i łatwiej ci dostrzec plusy oraz minusy prowadzenia własnej wytwórni.

- Głównym plusem jest przede wszystkim to, że ja ustalam budżet płyty. I głównym minusem jest też to, że ja ustalam budżet płyty.

Konkretna odpowiedź.

- Bo to można dwójnasób rozumieć. Ustalam budżet i nic mnie nie ogranicza, ciężko mi jest sobie jako wydawcy powiedzieć "tutaj przystopujmy", nawet gdy nagrywam w trudny sposób. Wtedy mówię sobie, że nikt by mi tego nie wydał. Więc z jednej strony jako wydawca pewnie tracę, że jestem artystą własnej wytwórni. Ale dzięki temu czuję spełnienie. Porównałbym to trochę do małżeństwa w jednej firmie - fajnie, że możemy wspólnie pracować, ale przynosimy też to do domu. To działa tak też trochę u mnie, tylko te dwie osoby są w jednym ciele.

A chciałbyś w przyszłości wesprzeć w swojej wytwórni innych artystów?

- Ostatnio pojawiło się parę chętnych osób do współpracy. Na razie nie mam takich aspiracji, ale to się może kiedyś zmienić. Na ten moment myślę o własnych projektach.

OUT Label to nie tylko wytwórnia, ale i produkcja wideo. Większość teledysków do tej płyty nagrałeś z własną ekipą. Masz w końcu poczucie bycia spełnionym filmowcem? Bo ostatnio jak rozmawialiśmy, to powiedziałeś, że jeszcze tego nie czujesz.

- Nie, nadal nie jestem. Natomiast podobierało mi się do składu parę osób, z którymi lubię pracować i z którymi mam bardzo jasną wizję. U mnie - wiadomo - nie ma za bardzo miejsca na to, żebym powiedział: "to jest moja piosenka, a wy róbta co chceta". Przeważnie z góry narzucam wszystko, co musi być w danym punkcie i cieszę się, że są takie osoby jak: Adam Gawenda i Mateusz Dziwis, które nadają na podobnych falach, odczytują i edytują moje pomysły oraz realizują je w sposób dla mnie satysfakcjonujący. Jestem dumny, jak nam to teraz wyszło i bardzo podoba mi się to "nasze dziecko".

Pozwól, że pociągnę ten wątek, bo większość "obrazków" do utworów z płyty to tzw. wideosesje. I nurtują mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, jak zrobić, aby taka sesja, gdzie technicznie rzecz biorąc wszyscy stoją i wykonują piosenkę, była atrakcyjna. A drugie pytanie - jak twój perfekcjonizm miał się do tego, co działo się planie? W przeszłości mówiłeś mi, że lubi wszystko kontrolować. Tak było też teraz?

- Jak zrobić, żeby sesja była interesująca? Nie mam pojęcia, bo zależy to od odbiorcy. Jeżeli patrzeć na to z perspektywy teledysku, to tam faktycznie niewiele się może dziać, bo to są materiały nagrywane na setkę. Żeby to urozmaicić, niektóre z nich kręcone były master-shotem, a niektóre na kilka kamer. Musieliśmy to zrobić, gdyż prawie wszystko nagrywaliśmy w bardzo podobnych, a nawet tych samych lokalizacjach. Wiedziałem, że nie mogę zrobić wszystkiego na jedno kopyto, a i tak myślę, że jeśli ktoś jest nieopatrzony z taką formą realizacji, to może powiedzieć, że to wszystko jest bardzo podobne, bo jest tam pewna spójność.

Bardzo trudnym dla mnie było zrealizowanie tego według własnej wizji. Były pewne kompromisy i sporo logistycznych sytuacji, aby się dobrze przemieścić i nikogo nie uderzyć. Ale finalnie miałem frajdę w robieniu tego, bo zawsze marzyłem, aby tak realizować nagrania. Jestem z tego zadowolony.

Płytę promowały też trzy pełnoprawne teledyski. W jednym z nich pojawiła się Little Caprice (czeska gwiazda filmów dla dorosłych), a ja w klipie do "Prędkości" zauważyłem, że ponownie odtworzyliście mema, w którym leżycie razem w łóżku. Czy to był specjalny zabieg?

- W swoje klipy zawsze lubię wrzucać kilka szczegółów do dowolnej interpretacji. I tutaj trafiłeś. To się pojawiło już przy naszym pierwszym spotkaniu, kiedy Caprice śmiała się, że jestem podobny do gościa z mema i już wtedy zrobiliśmy sobie podobne zdjęcie, gdzie jesteśmy we dwoje. I teraz też powiedzieliśmy, że nawiążemy do tego w teledysku, ale w mniej nachalny sposób, jednak było to na tyle czytelne, że kto znał kontekst, natychmiast wiedział, o co chodzi

Teledysk na swój sposób "docenił" też Youtube i wprowadził wam ograniczenia zasięgowe. Czy były jakieś próby dostosowania klipu do wymogów serwisu, czy jednak uznałeś, że nie będziesz szedł na żadne kompromisy ze swoim pomysłem?

- Pewien kompromis już został w nim wprowadzony, bo kilka scen sami ocenzurowaliśmy. Natomiast nie chodziło wcale o nagość, ale o tematykę i z tego względu klip dostał tzw. shadow bana, nie wyświetlał się w nowościach, co widać po statystykach, bo początkowo miał najlepszy wynik po dobie, a potem się zatrzymał. Chodziło ogólnie o klimat, bo tam były okultystyczne historie, nawet zdarzyło mi się, że przez tematykę teledysku pewne osoby nie chciały nad nim pracować, co oczywiście rozumiem. Ale, gdybyś zapytał mnie, czy zrobiłbym to drugi raz, to odpowiedziałbym, że zdecydowanie tak. 

Ostatni teledysk w ramach promocji płyty to "Na dnie", który nakręcony został w górach. Wiadomo, że kręcenie w górach nie należy do najłatwiejszych, ale czy przekroczyło to twoje oczekiwania?

- Sam nie nazwałbym tego pełnoprawnym teledyskiem, bo nie przyjechała ciężarówka ze sprzętem, nie mieliśmy światła, itd. Tak naprawdę pojechałem tam z kolegą i materiały, które tam stworzyliśmy kręciliśmy kamerą sportową, różnymi aparatami i przez różne obiektywy, które kolega ze sobą wziął i dronem. Główną trudnością było to, że operator nie był przystosowany do nagrywania w takich warunkach i powyżej pewnego pułapu dostał choroby wysokościowej - miał typowe objawy jej początku, m.in. bardzo niską saturację. Dlatego też od pewnego momentu nie mógł iść dalej ze mną. Miał natomiast bardzo dobrego drona i mimo że się od dłuższego czasu nie widzieliśmy, to zdążył mnie nim dogonić, zrobić parę ujęć, a ja mogłem mu pomachać.

W wywiadach mówiłeś, że góry są czymś, co pomaga ci z atakami paniki i bezsennością, pamiętasz, jak zaczęła się ta przygoda?

- Wszystko zaczęło się od takich bardzo małych, wręcz mini-wypraw, bo byłem w Pieninach i bardzo spodobały mi się widoki. To były proste podejścia. Gdzie nie byłem na wakacjach, to lubiłem wejść na jakiś szczyt. Czy to był jakiś wulkan mały, czy trochę większy, bo na wyspach jest sporo takich pagórków. Byłem na Maderze i na Karaibach, wszedłem też na wulkan Fudżi, co już jest poważniejszą sprawa, bo to już czterotysięcznik. No i tak mi się zbierało i zacząłem czuć, że pora zmieniać kąt podejścia, on się cały czas powiększał. W końcu zacząłem pracować z instruktorami, robić kursy i w końcu się usamodzielniłem.

Wspinanie określasz poniekąd jako swoją terapię. Czy ono pojawiło w twoim życiu już po tym, jak ujawniły się twoje problemy?

- Przede wszystkim miałem lęki przestrzenne i lęki wysokości. Przykładowo bałem jeździć się windą. Tych lęków było sporo, nie lubię tego w sobie i staram się stawiać czoła swoim problemom, które utrudniają mi funkcjonowanie, co jest w tym wszystkim najgorsze. Dla przykładu, wolałem zejść dziesięć pięter schodami niż jechać windą. I znam do dziś osoby, które wolą gdzieś jechać samochodem niż lecieć samolotem. Z resztą genialny piłkarz Denis Bergkamp też bał się latać, a to był jeden z moich ulubionych piłkarz. Sam stwierdziłem, że nie chcę iść tą drogą - budować murów i omijać swoje słabości, aby tylko na nie nie trafić. Pomyślałem, że zaufam statystyce i nauce jeśli chodzi o latanie. Faktycznie fatalnie się czuję w samolocie, absolutnie, natomiast latam dość często i chciałbym swoje problemy w sobie zwalczyć. Góry pomogły mi w taki sposób, że na początku tam gdzie szedłem, to była daleka przestrzeń, ale nie było przepaści i wydawało mi się, że mógłbym co najwyżej zjechać na sankach i pewnie bym się tam gdzieś zatrzymał po drodze. A z czasem oswoiłem się z lękiem. Pytałem nawet terapeutów, jak to możliwe, ale do końca nie wiedzieli. Być może kluczowy był fakt, że chciałem temu stawić czoła. To jest tak, jak ze strachem przed pająkami. Często jest tak, że osoba, która się boi automatycznie odskakuje, gdy on idzie w jej kierunku. Moim "pająkiem" jest właśnie wysokość. Na początku nie było to łatwe, ale później zaczęło to mijać w trybie nawet natychmiastowym. Trochę jak z ludźmi, którzy rzucają palenie. Bardzo często trzeba rzucić z dnia na dzień i już do tego nie wracać. No ja chyba tak rzuciłem lęk wysokości.

W Polsce mamy dość specyficzne podejście do zdrowia psychicznego, problemów z psychiką i dlatego też zastanawiam się, czy odczułeś ze względu na swoje lęki odczułeś jakieś nieprzyjemności?

- Gdy miałem kiedyś typowy atak paniki, który skończył się wezwaniem pogotowia, bliska osoba, którą poprosiłem, aby do mnie przyszła, powiedziała mi, że to się robi żenujące. To są rzeczy totalnie abstrakcyjnie. To jak w przypadku ataku migreny. Nigdy go nie miałem, ale mniej więcej domyślam się, o co w tym chodzi i że jest to coś, co wyklucza cię z funkcjonowania i raczej nie w głowie ci podczas takiego ataku np. składanie mebli. I w przypadku ataku atak nerwicy to jest moment, w którym się zastanawiasz, czy będziesz za chwilę żył, bo to po prostu tak ci siada na głowę i twój organizm się wyłącza, że nie ma możliwości żadnego funkcjonowania. Natomiast raczej wśród moich bliskich dominuje zrozumienie. To była jednostkowa sytuacja, która mi została w pamięci.

Masz poczucie wyrobionej marki wśród artystów? Takie przeświadczenie, że kogo byś nie chciał zaprosić na płytę, to on się na pewno zgodzi. 

- Wiadomo, że jakąś "markę" mam wyrobioną, ale wynika to z tego, że lubię pracować z ludźmi i wiele osób lubi pracować ze mną. To wychodzi bardzo naturalnie. Jakby na to patrzeć z boku, to można by to nazywać faktycznie "marką". Można też stwierdzić, że jest jakaś określona grupa słuchaczy, która lubi tę muzykę i że to jest w miarę sprawdzony temat. Dlatego być może, gdy ktoś zaczyna ze mną pracować, to nie boi się, że nikt tego nie przesłucha, że to będzie praca na darmo. W takim przypadku możemy mówić o marce. Natomiast wiem, że jest bardzo wiele osób, które są popularniejsze ode mnie i wydaje mi się że mają tę markę bardziej rozbudowaną, a ja nie czułbym chemii, żeby zrobić z nimi coś wspólnego, bo przykładowo nie do końca obracają się w mojej estetyce. Idąc tym tokiem myślenia - jest bardzo wielu artystów, którzy po prostu kompletnie nie czują tego, co ja robię i nie muszą. Nie są w żadnym stopniu zmuszeni, żeby ze mną pracować.

Otworzyłeś się też na nowych wykonawców. Na płycie pojawiły się gwiazdy młodego pokolenia - Zuza Jabłońska i Roksana Węgiel. Śledzisz trendy i sprawdzasz, kogo mógłbyś zaprosić z na płytę z młodszych wykonawców?

- Powiem zupełnie szczerze, że ja nie odczuwam po prostu tego wieku i wiek nie jest żadnym kryterium mojego wyboru. W zasadzie dziewczyny mogłyby mieć również 20, 30 i 60 lat. Tutaj nie ma to znaczenia, a w trybie nagrywania albumu słucham wszystkiego, co do mnie trafia. I tutaj tak wyszło, że pojawiły się dwie wokalistki nieco młodsze od reszty.  Poza tym nie mówi tutaj o osobach wyciągniętych z programu "Od przedszkola do Opola" tylko o gotowych artystkach. Nie chcę używać wytartego sloganu, że wiek to tylko liczba, bo może to zabrzmieć dziwnie, ale w tym przypadku nie mamy do czynienia z dziećmi. Dodam też z własnej perspektywy, że gdy robiłem pierwsze rzeczy jako producent miałem wtedy 14-15 lat i też na szczęście nikt nie traktował mnie protekcjonalnie.

Cenieni goście, dobre opinie, można mówić o sukcesie komercyjnym w przypadku "Nocnej" i czy myślisz, że można było z niej więcej wycisnąć i szerzej dotrzeć do odbiorcy?

- Bardzo chciałbym, aby ta płyta była grana w radiu, natomiast nie chciałbym jej specjalnie dostosować do tego, aby była grana. W zasadzie jestem zadowolony z odbioru. Gdyby poszło szerzej, to byłbym jeszcze bardziej zadowolony, ale teraz też nie narzekam.

Gdy rozmawialiśmy w poprzednio, wymieniałeś, czego konkretnie nauczyła cię praca nad każdą z twoich płyt. Więc teraz interesuje mnie, czego nauczyła cię praca nad "Nocną".

- Przede wszystkim tego, że nigdy nie mogę powiedzieć, że już nic mnie nie zaskoczy. Że ja już wszystko zrobiłem, nagrałem cztery płyty, pracowałem z setką wokalistów i nic mnie nie może zdziwić. Trochę się dałem wciągnąć w tą gadkę i gdy ktoś zaczyna cię pytać o pewne rzeczy, które są dla ciebie oczywiste, zaczynasz wchodzić w ton znawcy tematu, weterana płyt producenckich. A tu się okazuje, że nagrywasz album z gośćmi praktycznie wszystkimi nowymi, co jest pewnym opuszczeniem strefy komfortu i wszyscy przyszli z takim turbo zaangażowaniem, że normalnie złamali statystki. Gdy im mówisz, żeby nagrać na setkę, to nie widzą problemu, wchodzą w to natychmiast. Nie było sytuacji, gdy ktoś przyjechał kręcić klip i był nieprzygotowany. Tutaj wszyscy stanęli na wysokości zadania. Założyłem przed kręceniem, że przynajmniej jeden z klipów nie wyjdzie. A wyszedł każdy.

Po nagraniu pięciu płyt wchodzi pewna rutyna, czy jednak w twoim przypadku tak nie jest?

- W ogóle nie czuje rutyny. Dlatego też nie wydaję płyt tak często, nie trzaskam mixtape'u co pół roku. U mnie ta rutyna polega na tym, że nie wysyłam paczki 10 bitów i pisze komuś, żeby zdecydował gdzie położy zwrotkę, wyślę to też do 40 innych raperów i zrobimy z tego wielką składankę. Tylko do mnie ktoś musi przyjechać, jemy obiad, zaczynamy pracować, myśleć, jak nie wyjdzie to nie ma problemu. Moja rutyna to budowanie sytuacji nierutynowych po to, aby mieć wolność umysłu.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje