Reklama

Łukasz Targosz: "Broad Peak" to ważny film [WYWIAD]

Łukasz Targosz napisał muzykę m.in. do filmu "Broad Peak" /Barbara Wadach /materiały promocyjne

Jeden z najbardziej znanych polskich kompozytorów muzyki. Łukasz Targosz jest twórcą ścieżek dźwiękowych do takich filmów, jak "Świadek koronny", "Pitbull. Nowe porządki", serii "Listy do M" czy niedawno "Broad Peak". Z okazji premiery tego ostatniego filmu oraz wydanego osobno soundtracku, porozmawialiśmy z Łukaszem Targoszem o wspinaniu się, roli muzyki w budowaniu emocji w filmie oraz pracy nad kolejną częścią "Listów do M".

Tomasz Słoń, Interia: Na Netflixie pojawił się właśnie film "Broad Peak", z pana muzyką. Czy film o ludziach gór i tragedii w Himalajach był dla kompozytora wyzwaniem?

Łukasz Targosz: - Może zacznę od tego, że cierpię na potworny lęk wysokości. Mam jednak poczucie, że ten film czekał na mnie, a ja na niego. W momencie, w którym otrzymałem propozycję napisania muzyki, mój światopogląd stanowczo kwestionował sens wchodzenia w miejsca, w które nie udają się nawet kozice górskie. I pamiętam doskonale, jakie wrażenie zrobił na mnie scenariusz i jak fenomenalną przygodą była jego lektura. Z zapartym tchem śledziłem losy Macieja Berbeki, stając się wielkim fanem nie tylko jego historii, ale i polskiego himalaizmu.

Reklama

W trakcie przygotowań starałem się zorientować, jak wygląda rzeczywistość takiej ekspedycji. Inspiracji poszukiwałem w reportażach i filmach dokumentalnych z ataków na koronę Ziemi. Jak ci ludzie, wchodząc w tak niedostępne i wysokie miejsca, oddychają. I czy jest tam jakaś rytmika? Czy jest to po prostu mozolne, krok po kroku, wspinanie się w górę, czy być może to jakaś perfekcyjna koordynacja oddechu z kolejnym krokiem?

- Okazało się, że tak właśnie jest! Nieregularne współgranie oddechu z wysiłkiem kolejnego kroku tworzy nieregularną sekwencję pokonywania wysokości. To odkrycie spowodowało, że starałem się uchwycić tę nieregularność w sekwencjach rytmicznych. To wygląda zupełnie inaczej, niż wejście na Gubałówkę, Babią Górę czy nawet na Orlą Perć. Te oddechy, jakich słuchałem oglądając filmy z różnych ekspedycji, były jedną z głównych inspiracji.

Dodatkowo taki film nie zdarza się często. Dlatego dla mnie to była wielka przygoda i przyjemność, móc pobyć z tym obrazem przez kilka miesięcy. Cieszę się, że poza niedawną premierą kinową i teraz na Netflixie, tego samego dnia odbyła się oficjalna premiera całego soundtracku na platformach streamingowych. Bardzo mi na tym zależało i bardzo o to zabiegałem. Mam poczucie, że ta muzyka to ważna część mnie, którą chcę się podzielić z resztą świata.

Sama muzyka, jak pan wspomniał, jest dostępna osobno, jako soundtrack. Co może spowodować, że da radę zaistnieć osobno, bez kontekstu filmowego?

- Myślę, że najpierw ludzie zobaczą sam film "Broad Peak". To zwykle naturalny proces. A potem być może zwrócą uwagę na muzykę w tym filmie.  W wypadku wcześniejszych premier filmów z moją muzyką, dostawałem naprawdę sporo maili z całego świata, w których ludzie pisali, że ta muza im się podoba, że chcieliby móc jej posłuchać. Tym bardziej cieszy mnie fakt publikacji ścieżki dźwiękowej.

"Broad Peak" to film z wielu powodów ważny. Z naszego, polskiego, bo to historia naszych himalaistów. To opowieść o tragedii i przewrotności losu, bo himalajski szczyt Broad Peak był dla Maćka Berbeki celem i przeznaczeniem. To, że po tylu latach życia w poczuciu przegranej wraca tam, i tam kończy się jego życie, to historia, która we mnie zawsze budziła dreszcz i poruszenie. To było mu niejako pisane. Z uniwersalnego punktu widzenia to historia o przekraczaniu granic, o decyzjach i narkotycznej pasji i miłości do gór. 

Mam więc nadzieję, że ta muzyka jest na tyle autonomiczna, że niezależnie od przeżycia jej w trakcie oglądania filmu, będzie także godną propozycją dla słuchaczy.

"Muzyka ciągle jest niedocenianym elementem dzieła filmowego" - powiedział pan niedawno w wywiadzie. To może się kiedyś zmienić i pod jakimi warunkami?

- Wydaje mi się, że całe środowisko pracuje nad tym, by to się zmieniło. Myślę o środowisku agentów kompozytorów filmowych, a także o nas samych. Niedawno brałem udział w panelu o roli muzyki filmowej. Usłyszałem - i choć nie wiem, czy to prawda - że ponoć wpaja się reżyserom, by szczególnie na początku kariery nie współpracowali z kompozytorami, bo to są ludzie trudni i w dodatku porozumiewający zupełnie innym językiem, pełnym włoskich nazw.

Przyznam szczerze, że byłem tym przerażony, bo muzyka to dla mnie najbardziej uniwersalny nośnik emocji. Rozmawiając z reżyserem czy producentem potrzebuję przede wszystkim zrozumieć i uzgodnić, w którą stronę decydujemy się pójść. Czy muzyka ma wzruszać, czy być może chłodno komentować świat przedstawiony. Uważam, że pozbawianie się z góry potężnego narzędzia, jakim jest muzyka filmowa, jest błędem. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest wiele wspaniałych filmów, które na etapie koncepcji wykluczają istnienie muzyki, ale to zupełnie inny temat.

- Jeden ze znanych producentów powiedział kiedyś, że muzyka to 70 procent emocji w scenie. Mnie, jako kompozytorowi, podoba się takie podejście. I nawet jeśli ten udział jest labilny, to i tak proszę mi wierzyć, jej rola jest niezwykle ważna. Moim zdaniem mimo to muzyka filmowa jest trochę niedoceniana. Weźmy jako przykład recenzje wchodzących na ekrany filmów. Nie tylko polskich, również zagranicznych. Bardzo rzadko zdarza się, żeby recenzent zwracał skrupulatnie uwagę na muzykę, scenografię czy kostiumy. Pisze się niemal wyłącznie o reżyserii, aktorstwie i czasami o zdjęciach.

Nie chcę zabrzmieć jak człowiek byłej epoki, ale wydaje mi się, że dawniej było inaczej. Recenzowało się całość dzieła, poświęcając choćby kilka słów różnym jego elementom. A szkoda, bo zwykle w tej muzyce drzemią duże pokłady emocji, charakteru i mnóstwo włożonej pracy. Dla jasności, to oczywiście nie jest z mojej strony apel czy oczekiwanie, żeby od dzisiaj wszyscy mówili, że polska muzyka filmowa jest wspaniała, cudowna, że bez niej nie byłoby kina (śmiech). Warto jednak byłoby się nad nią czasem pochylić i może zaprzyjaźnić.

Pana muzykę w jakich filmach usłyszymy jeszcze w tym roku? Na pewno w "Listach do M. 5"...

- Tak, jestem właśnie w trakcie pisania muzyki do tego filmu i mam wielką frajdę spotkać znowu starych znajomych. Oprócz tego piszę komediodramat opowiadający o perypetiach zamiany ciał. Państwo budzą się nie w swoich ciałach i to jest przyczynkiem do różnych komediowych sytuacji.

Z kolei na początku 2023 roku premierę będzie miał film "Niebezpieczni dżentelmeni", fantastyczna czarna komedia, której głównymi bohaterami są Witkacy, Boy-Żeleński, Joseph Conrad i Bronisław Malinowski. Pojawi się też Lenin i Piłsudski. To historia absolutnie odjechana, pokręcona i zarazem inteligenta. Bardzo czekam na tę premierę.

Pracuję również nad singapurskim projektem "The Pierce". To dramat rodzinny, z bardzo mocnym scenariuszem i przejmującą historią dwóch braci uwikłanych w tragedię rodzinną. Ponadto w najbliższych planach mam również serial szpiegowski dla platformy HBO i drugi, o którym jeszcze nie mogę mówić, dla Netflixa. Cieszą mnie te nadchodzące wyzwania.

Jest pan autorem muzyki do wszystkich czterech części "Listów do M", podobnie będzie w przypadku tej najnowszej części. Czy z pana punktu widzenia łatwiej się robi muzykę do kolejnego filmu z tej samej serii czy wręcz przeciwnie?

- I przy drugiej, trzeciej i przy czwartej części wydawało mi się, że w pewnym sensie to jest ten sam film. Przystępując do pracy, miałem takie poczucie, że już to przecież ukształtowaliśmy, że to już zrobiliśmy. Nic z tego. Obraz kolejnych odsłon tego filmu jest wybredny i nie toleruje muzyki z poprzednich części. I proszę mi wierzyć, że po czterech częściach filmu, tej "listowej" muzyki jest w sumie ponad 4 godziny, o ile nie więcej. I co z tego skoro nie współgra z tempem akcji i montażu. Zostaną tematy i ich znaczenie. Cała reszta jest właśnie na warsztacie.

Przeczytaj również:

Recenzja filmu "Broad Peak"

Wywiad z reżyserem filmu "Broad Peak"

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL