Fukaj: Nowy album pokazał, że jestem bardziej dojrzały niż kiedykolwiek [WYWIAD]
Po prawie 3-letniej przerwie Fukaj powraca z nowym albumem - "Znajdź mnie w tym". Wraz z krążkiem postanawia jednak odejść od dotychczas typowego dla siebie hip-hopu na rzecz wolnej ręki do eksperymentowania, bawienia się brzmieniem i wyrażania siebie poprzez muzykę. O powstawaniu nowego krążka, licznych współpracach czy zupełnie innej odsłonie koncertowej porozmawialiśmy z samym artystą przy okazji premiery.

Wiktor Fejkiel: Już w ubiegłym roku na Open'erze, po premierze singla "I nie puszczę", dałeś namiastkę nowego stylu, który teraz konkretyzujesz longplayem "Znajdź mnie w tym". Nazwiesz go krążkiem, na który sam najbardziej czekałeś?
Fukaj: - Zdecydowanie, choć powiem ci szczerze, że cały czas nie dociera do mnie, że premierę mam już za sobą. Od dłuższego czasu mieliśmy w głowie duży focus na to, by go skończyć na czas i po takim wysiłku poczułem, że to był taki end goal tego wszystkiego. Cały czas się łapię na tym, że ten krążek jest już wszędzie dostępny.
Starasz się za jego pomocą zerwać z łatką rapera? Już po singlach słychać, że mamy tutaj do czynienia z czymś zupełnie innym niż "Chaos" na bitach Kubiego Producenta czy "Preludium" z charliem monclerem…
- Nie chciałbym być zaszufladkowany, czy to jako raper, czy jako wokalista. Chcę robić taką muzykę, na jaką mam ochotę. Jak najdzie mnie ochota, to zrobię sobie rockowy kawałek, albo popowy - a jak całkiem odbije mi palma, to zacznę tworzyć jazz i udawać, że umiem grać na saksofonie. To wszystko sprowadza się po prostu do tego, że ja strasznie lubię robić muzykę, i nie chciałbym być klasyfikowany jako czy to raper, czy ktokolwiek inny.
Wspominałem o pierwszym singlu "I nie puszczę". Później premierę miały kolejne: "Zabiorę Cię Tam" z Vito Bambino" oraz "Potwory z szafy" z braćmi Kacperczyk, które były kolejnym mocnym statementem zerwania z kurczowym trzymaniem się tych hip-hopowych brzmień. Spodziewałeś się tak dobrego odbioru tych numerów z tobą w dość nieoczywistej odsłonie?
- Szczerze mówiąc, to ten numer z Vito trochę przerósł nasze oczekiwania. Wiedzieliśmy, że ten numer jest fajny, ale nie wiedzieliśmy… że aż tak (śmiech). Osiągnął ogromny sukces komercyjny - i nie tylko komercyjny, bo ludzie do mnie piszą, że już teraz mają jakieś zajebiste wspomnienia z tym numerem. Kilka historii o tym, że zrobił komuś wakacje, jeszcze inne, że kojarzy im się z ukochaną osobą - no coś wspaniałego. Tak jak mówię, wiedzieliśmy, że jest fajny, ale nie sądziliśmy, że aż tak.
O naprawdę genialnej historii współpracy między tobą a Vito wspominałeś już wiele razy, chociażby przy okazji numeru "zatapiamy się". Natomiast długo go musiałeś namawiać, by po tych sześciu latach zgodził się ponownie dograć na twój album?
- Nie, absolutnie nie. Po prostu go spytałem, czy chce się dograć i powiedział, że chce - to tyle. My się z Matim bardzo lubimy prywatnie i lubimy razem robić muzykę. To też wynika z tego, że mamy bardzo podobne podejście, co słychać chociażby na tym numerze. Cieszę się więc, że udało nam się ponownie spotkać w studio i coś razem stworzyć. Z resztą to też w przypadku wszystkich gości na tej płycie było czymś niesamowitym, że wszystkie featy poza Kasią Lins były robione wspólnie w studio, od początku do końca.
No właśnie, tych nieoczywistych kolaboracji było całkiem sporo. Pomijając już Livkę czy Zalię, które ostatnio coraz częściej kojarzone są z tym "rapowym światkiem". Natomiast wspomniana Kasia Lins? Myślę, że mało kto mógł się jej spodziewać na twoim krążku…
- To była rzeczywiście dość szalona współpraca, bo nagrałem swoje zwrotki i wysłaliśmy demówkę Kasi, bo, co ciekawe, ja się nigdy z nią (jeszcze!) na żywo nie widziałem. Jak robiłem ten numer samemu, to od początku stwierdziliśmy, że tam jest potrzebny jakiś mocny, damski wokal, nieco bardziej alternatywny, który wzbogaciłby refren. Oczywistym wyborem była dla nas Kasia Lins - gdy tylko dostała ten numer, zaczęła tworzyć w 100% to, co było spójne z jej inwencją twórczą.
"Pożegnanie - nie z muzyką, no bo dla niej zawsze chciałem żyć"... Jak dodamy do tego historię twoich początków i stream wigilijny u Maty, to ciężko nie stwierdzić, że "tak po prostu miało być". A ta płyta jest tego dobitnym potwierdzeniem.
- Zgodzę się z tobą - nic dodać, nic ująć. Ja po prostu całym sobą kocham muzykę. Nie benefity z nią związane, po prostu jej tworzenie. Kocham to robić, kocham być w studio - spędzam tam godziny na totalnym luzie, nieustannie próbując nowych pomysłów . To jest coś wspaniałego. Tym bardziej cieszę się, bo to chciałem robić przez całe swoje życie, i póki mi jego jeszcze trochę zostało, to chcę dalej robić muzykę.
Zdarzyło ci się jednak napotkać jakieś trudności przy pracy nad "Znajdź mnie w tym"? Nie zawsze zmiana kierunku muzycznego przychodzi u artystów z taką łatwością i nie zawsze idą w to całym sobą - od początku do końca.
- Zawsze staraliśmy się robić zasadniczo to, co chcieliśmy i na co mieliśmy ochotę. Nie było momentów zawahania. Wiadomo, że było kilka numerów, które końcowo nie weszły na płytę, ale bardziej ze względu na to, że były nieco słabsze. Ale tak - ta wolność artystyczna była bardzo istotna i zachowaliśmy ją w 100%.
Musimy tutaj wspomnieć też o numerze "Baba z wozu, koniom lżej" - jest on jednym z tych numerów, który chciałeś zrobić od zawsze, ale nigdy nie było na niego miejsca i czasu?
- Ten numer powstał w bardzo dziwnym kontekście, bo zrobiliśmy go w legendarnym angielskim Sawmills Studios. Nie pamiętam dokładnie, jak on został zainicjowany, bo była to istna karuzela absurdu - jakoś to się zaczęło, ale już nikt nie potrafił tego później zatrzymać. Siedzieliśmy 14 dni, odcięci od reszty świata - bo to takie studio, na samym zachodzie Anglii, do którego dopłynąć można tylko łodzią. Żaden z nas nie widział kobiety przez dosłownie 14 dni - nawet nie tyle swojej kobiety, ale kobiety, jako człowieka płci żeńskiej (śmiech). Nie wiadomo dlaczego wypluty został przez nas "diss na nieistniejącą babę" (dosłownie taki był roboczy tytuł tego numeru) - kompletna fikcja literacka. No i przyznam, że to jeden z moich ulubionych kawałków na tej płycie.
"Znajdź mnie w tym" to dla ciebie papierek lakmusowy, który obrazuje krążek w pełni odzwierciedlający twoją duszę artystyczną?
- Na pewno obrazuje ją najbardziej ze wszystkich dotychczasowych. Myślę natomiast, że nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa w tym temacie. Ale na tę chwilę pokazał, że jestem najbardziej dojrzały artystycznie, niż byłem kiedykolwiek w karierze.
Przy takich projektach, co jest dla ciebie takim realnym wyznacznikiem sukcesu?
- Staram się właśnie, by moja własna opinia i taka duma z danego projektu, była tym najważniejszym wyznacznikiem. Przy pracy na "Znajdź mnie w tym" to było dla mnie pierwszorzędne - by krążek mi się podobał i bym to ja był z niego dumny. Wiadomo, że każdemu twórcy zależy na jakichś tam mniejszych lub większych sukcesach komercyjnych, bo to namacalny dowód, że piosenka się ludziom spodobała i emocjonalnie do nich trafiła. Ale bez tej radości w studio, nie ma niczego.
Wraz z premierą płyty, na dniach rusza klubowa trasa koncertowa po całej Polsce. Będziesz ogrywać stare dobre hity w nowych aranżacjach czy skupiasz się w pełni na nowym krążku?
- Nie no, nie może zabraknąć na koncertach starych numerów, bo je też bardzo lubię. Tylko tak jak mówisz, będą one w zupełnie innych aranżacjach z zespołem, co uważam za jeszcze fajniejsze, bo trochę tych koncertów przez całe swoje życie zagrałem. Teraz będzie okazja, by ludzie usłyszeli swoje ulubione piosenki z przeszłości, ale w kompletnie nowym wydaniu. A do tego dojdą oczywiście numery z nowej płyty, więc absolutnie nie mogę się ich doczekać. Szczerze mówiąc, to tych koncertów bardziej wyczekuję niż wyczekiwałem płyty. Szczególnie że mamy miotacz ognia z gitary - co podkreślam w każdym wywiadzie, którego udzielam (śmiech).
Jak odnajdujesz się w tych nowych realiach koncertowych, gdzie towarzyszy ci ktoś więcej niż DJ, jak to miało miejsce dotychczas?
- Gra mi się o niebo lepiej, niż z samym DJ-em i to jest przede wszystkim znacznie większy fun. Wreszcie zrozumiałem, jak koncerty powinny wyglądać. Dla mnie, jako członka publiczności, zawsze najważniejsze było, by usłyszeć swoją ulubioną piosenkę w trochę innym wydaniu. Jakbym chciał usłyszeć ją taką jak na Spotify, to bym sobie włączył na głośnikach w domu. Z perspektywy czasu naprawdę żałuję, że tak moje koncerty wyglądały, ale może nie był też wtedy na to odpowiedni moment.
Na czym ci najbardziej zależało, tworząc "Znajdź mnie w tym"? Co słuchacz po przesłuchaniu tego krążka miałby wziąć dla siebie?
- Chciałbym, by każdy posłuchał go świadomie. Ja tak zawsze słucham krążków, że siadam w ciemnym pokoju, zakładam słuchawki i staram się skupić wyłącznie tylko na nim. Chciałbym, by ludzie znaleźli przestrzeń na takie świadome słuchanie tej płyty i sami wysnuli wnioski, czy im się podobała, czy nie.
![Artur Dutkiewicz: Każdy ma swoją melodię [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MBW2QNJP1YRYI-C401.webp)






