Reklama

Decapitated: Z dedykacją dla ludzkości

Wacław "Vogg" Kiełtyka (Decapitated) /Karol Makurat /INTERIA.PL

Jakkolwiek nie rozkładać na czynniki pierwsze dokonań Decapitated na ich najnowszej płycie "Cancer Culture", to całą dyskusję można sprowadzić do dość prostego twierdzenia. Wyszło bardzo dobrze. Wyszło tak, że ten album będzie się bronił nie tylko gościnnym udziałem Robba Flynna, czy Tatiany Szmajliuk. I tym, że James Stewart dał sekcji Decapów jeszcze więcej. "Cancer Culture" zyskuje po każdym przesłuchaniu. Ten album się nie nudzi, a o tym jak powstawał, porozmawialiśmy z Wacławem "Voggiem" Kiełtyką.

Adam Drygalski, Interia.pl: Ostatnio jeden ze znajomych zapytał mnie, jaka była moja pierwsza metalowa płyta lub kaseta, której słuchałem. I wiesz, że to było trudne pytanie? 

Wacław "Vogg" Kiełtyka: - Bo to jest trudne pytanie! Czekaj... co to mogło być? To była na pewno kaseta. Stawiam, że pochodziła z "Taktu" albo z "MG", bo w latach dziewięćdziesiątych te wytwórnie u nas "królowały". Ale wracając do właściwej odpowiedzi... Jest spora szansa, że było to "Kill’em all" Metalliki, choć mówię to bez stuprocentowej pewności. 

Reklama

W idealnym świecie, odpowiedziałbyś, że któryś z albumów Machine Head! Bo tak sobie wymyśliłem, że kolejne pytanie zadam o współpracę z Robbem Flynnem, która zresztą działa już w obie strony. Twój riff znalazł się w nowym utworze MH - "Unhallowed".

- W zasadzie to nie tylko tam jestem, bo na nowej płycie Machine Head będzie mnie słychać jeszcze w kilku miejscach. Wysłałem Robbowi trochę riffów, trochę solówek. Fajnie że ta współpraca się uzupełnia. My promujemy ich, oni promują nas i ten system bardzo dobrze się sprawdza. Widać to zresztą po wyświetleniach wideoklipu do utworu "Iconoclast", gdzie Rob pojawia się gościnnie. Teledysk był też promowany w mediach społecznościowych Machine Head i wyświetleń jest naprawdę sporo. Zresztą, to niejedyna taka współpraca przy okazji "Cancer Culture". Podobnie rzecz się miała z formacją Jinjer i z Tatianą, która zaśpiewała u nas gościnnie w utworze “Hello Death".

Rob jest łatwym facetem we współpracy?

- Każdego lidera trzeba się nauczyć. Podobnie zresztą jak każdego muzyka, z którym grasz. Nie wiem, czy są łatwi i trudni ludzie we współpracy, ale pewne jest to, że każdy z nas ma lepsze i gorsze dni. Im dłużej się z kimś znasz, tym lepiej wiesz, kiedy ktoś jest w dobrym lub złym nastroju. Rob jest w porządku facetem. Lubię z nim współpracować.

Jest jeszcze jedna kooperacja, o której powinniśmy porozmawiać, a raczej transfer. Bo James Stewart, który przez ostatnie dziesięć lat bębnił w Vaderze teraz gra w Decapitated. Moim zdaniem i on i wy zyskaliście na tej zamianie. Jego partie - na przykład w "Locked" - zasługują na pełen podziw. Wiadomo jednak, że gdy ktoś zyskuje, inny traci, w tym przypadku Peter i jego Vader.

- Jakiś mały zgrzyt na pewno był. My się inspirowaliśmy Vaderem, a James grał już w nim dość długo. Peter mógł się z tym źle poczuć, co zresztą jest normalne. Sam też bywałem w takich sytuacjach, gdy ludzie opuszczali zespół i jest to krótko mówiąc, nieprzyjemne. James zdecydował, że odchodzi z Vadera. W Decapitated widział szansę na pójście w stronę, która bardziej mu odpowiadała. Mógł eksplorować inne terytoria. 

Nic nie ujmując Vaderowi. Wydawało mi się, że na "Solitude in madness" osiągnął już swój peak. Tymczasem to co wyprawia na waszej ostatniej płycie, przeszło moje oczekiwania.

- Czy ja wiem, czy aż tak to się zmieniło? Dla mnie jest to ten sam James. Nie jest to jakaś kosmicznie odległa gra od tej, którą prezentował w Vaderze. My poruszamy się w podobnej stylistyce. Na "Cancer Culture" słychać echa Vadera. Myślę, że James odświeżył się jako bębniarz, bo mógł pokazać się w innym repertuarze. I jest to na pewno ciekawe, jeśli patrzy się na ten album pod kątem gry na perkusji. James pokazuje się w innym świetle. Ma innego wokalistę, gitarzystę... Z tej perspektywy, to jest zupełnie nowy ocean możliwości. 

Wrócę jeszcze do Tatiany, o której wspomniałeś. Zaśpiewała gościnnie w utworze "Hello Death". Ten utwór, z racji na swój tytuł i ukraińskie pochodzenie wokalistki - dostał jakby nowe życie. 

- Oczywiście wszystko było nagrywane przed rozpoczęciem wojny. To był oczywiście zbieg okoliczności - tekst utworu, udział w nim Tatiany i wybuch wojny. Być może te okoliczności sprawiły, że ten utwór ma teraz trochę inny wymiar, że traktowany jest jako wyraz naszego wsparcia dla Ukrainy. To wsparcie miało i ma miejsce, ale porządkując chronologię, "Hello Death" powstał znacznie wcześniej. To był ostatni numer, nad którym pracowaliśmy. Zamknęliśmy nim album. To była trochę inna kompozycja od pozostałych, trochę bardziej progresywna - tak ją określmy. Pozwalała na odważniejsze wyjście poza ramy stylistyczne, w których się poruszamy. I stąd zaproszenie dla Tatiany, która gra w bardzo ciekawym zespole. Jinjer ma ogromny  potencjał i grają w nim świetni muzycy. Mają w sobie taką niepowtarzalną słowiańską nutę. To się naprawdę fajnie połączyło. Wyszło coś oryginalnego. Unikalnego. 

Wokaliza Tatiany jest zresztą dłuższa, niż zakładaliście. 

- Tak, początkowo miała znaleźć się tylko w środkowej części, ale Tatiana poczuła, że mogłaby zaśpiewać więcej. Dołożone zostały partie kończące ten numer, które śpiewa na zmianę z Rastą. I to był doskonały pomysł. Końcówka utworu przyniosła nam bardzo wiele emocji i mam nadzieję, że nasi słuchacze też zwrócą na ten fragment uwagę. 

Porozmawiajmy chwilę o tekstach, które napisał Jarek Szubrycht. Pod tym względem płyta jest przytłaczająca. Trudno znaleźć w nich optymizm. Wiadomo też, że tytuł albumu - "Cancel Culture" - nie jest żadną grą słów polegającą na zmianie jednej litery. Jak zobaczyłeś teksty po raz pierwszy, to co sobie pomyślałeś?

- Nie zdziwił mnie ani kierunek ani klimat tekstów. Wiedziałem jak Jarek pisze i jakie teksty tworzy. Nie liczyłem na to, że będą miały happy end. Nie były pisane ku pokrzepieniu serc. To raczej racjonalna ocena naszych dokonań na Ziemi. Miały pokazać, jak ludzie traktują siebie nawzajem i swoją planetę. Aby pisać szczerze o ludzkości, nie można napisać o niej optymistycznie. Byłoby to dalekie od prawdy. Natomiast sam tytuł nie był już pomysłem Jarka. Wyłapała go moja żona i uznaliśmy, że będzie on najlepiej oddawał całą tematykę. Sam utwór o tym tytule, dotyczy roli mediów społecznościowych a także związanego z nimi hejtu i ostracyzmu. Odnosząc go szerzej do albumu, tym tytułowym rakiem jest ludzkość i jej dążenie do samodestrukcji. 

Ta lepsza część ludzkości ma to do siebie, że w lecie spotyka się na festiwalach. Śledzę wasze media społecznościowe, widzę tłumy pod sceną i to zapewne musi być dobry czas dla muzyków, którzy mają okazję zagrać dla tak licznej i eklektycznej widowni. Ale czasem coś idzie inaczej niż zakładano. Opowiedz co takiego wydarzyło się na Graspopie, że musieliście przerwać swój występ?

- Tak właśnie podejrzewaliśmy, że koniec końców wyjdzie nam to na plus, bo ludzie zaczną o tym mówić. Z tego co wiem, konstrukcja namiotu, w którym graliśmy, pod wpływem temperatury zaczęła się giąć. Było strasznie gorąco, to był namiot na piętnaście tysięcy widzów i aluminiowy szkielet po prostu zaczął nie wytrzymywać ciężaru podwieszonych nad sceną świateł. Poproszono nas abyśmy przerwali występ i poinformowali ludzi, aby skierowali się do wyjścia. Przerwaliśmy w połowie występu. 

Który udało się odegrać w całości na koniec dnia.

- Tak, dostaliśmy propozycję od organizatorów, że jeśli chcemy, możemy powtórzyć set na koniec dnia albo nazajutrz. Ta druga opcja nie wchodziła w grę, bo mieliśmy już zabukowane bilety na samolot. Zagraliśmy więc na zakończenie po Opeth, który na naszej scenie był headlinerem. Rozpoczęliśmy grać po północy, gdy na głównej scenie występował Korn. Wyszła z tego supersztuka, bo wszystko mieliśmy ustawione już wcześniej a pod sceną została masa ludzi. Nie spodziewałem się, że to wszystko tak dobrze się skończy.

A ty sam jako słuchacz wybierasz festiwale i koncerty na stadionach, czy bardziej kameralne imprezy?

- Wolę koncerty klubowe. Na wielkie imprezy chodzę raczej rzadko, ale byłem ostatnio na Rammstein w Pradze i pozytywnie się zaskoczyłem, bo wszystko było tam bardzo dobrze zorganizowane. Natomiast koncerty klubowe mają inny charakter. Wszystko jest bliżej, można lepiej poczuć klimat, zobaczyć z bliska zespół i usłyszeć każdy szczegół. Klub jest dla mnie lepszym miejscem do słuchania muzyki na żywo.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL