Reklama

Reklama

ZEW się budzi 2022: trzeci dzień. "Volaaare ooo" [RELACJA]

Kolejny dzień to czas poświęcony największym legendom, jak Metallica, Led Zeppelin czy AC/DC. Dobre to było wszystko, chociaż nigdy nie zrozumiem idei tribute (cover?) bandów.

Kolejny dzień to czas poświęcony największym legendom, jak Metallica, Led Zeppelin czy AC/DC. Dobre to było wszystko, chociaż nigdy nie zrozumiem idei tribute (cover?) bandów.
Alcoholica to kolejny zespół, który wystąpił w sercu Bieszczad /Robert Wilk /INTERIA.PL

Zaczął zespół Renegady Tribute Band, czyli "projekt, który powstał z miłości do Rage Against The Machine i niczego więcej". Łatwego zadania nie mieli, bo festiwalowicze chyba jeszcze odsypiali kolejny dzień, a słońce grzało niemiłosiernie prosto w scenę. Ale podołali! This is for the people of the sun.

The Postman przenieśli nas w lata 60., pomiędzy The Beatles (na przykład można było pośpiewać "She loves you, yeah, yeah, yeah"), a Czerwone Gitary"Nie zadzieraj nosa". Skoczyliśmy też do lat 80. zapytać "Should I stay or should I go". No i skoro chwaliłam dopracowanie sceniczne Transgresji, to grzechem byłoby nie wspomnieć o tym pięknym image’u "polskich beatlesów". Liverpoolskie fryzury, liverpoolskie buty - klasa.

Reklama

Jako trzeci wystąpili Made In Warsaw. To oni co roku organizują memoriał Jona Lorda, więc niektórym mogą być znani. Wokal i cała reszta takie, że zdecydowanie powinni iść robić karierę na własnych piosenkach, a nie rozdrabiać się na covery, nawet jeśli to Deep Purple. Przy górnych rejestrach trudno było uwierzyć, że człowiek może w ogóle wydawać z siebie takie dźwięki.

Publiczność też była zachwycona, bo kiedy zespół powiedział, że jeszcze kilka piosenek i będzie musiał kończyć, to wszyscy pod sceną krzyknęli "nieeee". Trzeba przyznać niestety, że wiele osób tam nie było, ale trudno się dziwić, jeśli w słońcu temperatura odczuwalna sięgała ok. 634 stopni. Koczowiska zostały rozbite pod parasolami, które chociaż dawały trochę cienia, dzięki czemu temperatura spadała już gdzieś do 629.

W każdym razie Made In Warsaw na bis zagrali "Smoke on the water", a potem na scenie zaczął instalować się Dylan.pl. "Cały występ chcielibyśmy zadedykować naszym przyjaciołom zza wschodniej granicy. Ten występ jest wyrazem niezgody na niesprawiedliwość" - powiedział na początek stojący za mikrofonem Filip Łobodziński.

Na pierwszy rzut poszedł "Mr. Tambourine Man". I za każdym razem ten mały szok, kiedy słyszysz "Hej, panie z tamburynem, zagraj dla mnie coś". Niesamowicie zabrzmiało też "Odpowiedź Unosi Wiatr" z wersami "I jak wielu z nas musi zginąć, by człek zrozumiał, że skończyć z tym czas". Okazało się, że te bardowskie piosenki Dylana, śpiewane po polsku i akustycznie, doskonale brzmią w sercu Bieszczad.

Kolejny zespół - Pled Zepchlim, który, jak można się domyślić, gra covery Led Zeppelin. "Sierściu" z 4 szmerów, który odpowiadał za konferansjerkę (i ładnie się sprawdzał!), w trakcie zapowiedzi powiedział, że "perkusista gra jak John Bonham, ma podobny zestaw bębnów, ale nie pije, więc co z niego za Bonham". Bo pamiętajmy, że Bonham wypił przed śmiercią 40 kieliszków wódki (inside joke, przepraszam, znowu poziom gimnazjum).

Wszystko było poprawnie, ale całemu zespołowi zabrakło tylko trochę pie... feelingu.

Jako przedostatni tego dnia występował zespół Alcoholica. Tu już zrobiło się tak dynamicznie, że Amerykanie by się nie powstydzili. Aż ludzie w końcu wstali z koców i wypełzli z namiotów i cienistych kryjówek. Bo kto nie chciałby pokrzyczeć do "Whiskey in the Jar" albo "Master Of Puppets". Wokalista "Sasim" co jakiś czas intonował też "Volare", żeby sprawdzić, czy publiczność żyje. Pod koniec koncertu to "ooo" było już naprawdę imponująco głośne i w rytm.

Alcoholica też zdecydowanie ma wszystkie predyspozycje do tego, żeby grać swoje rzeczy. I niech będą przykładem dla tego typu zespołów, bo w 2017 roku, po trzynastu latach graniu coverów, nagrali swoją płytę ("Sub Zero") i z tego co mówili, właśnie szykują kolejną. I dobrze.  

I na zakończenie dnia - 4 Szmery. Case Made In Warsaw i Alcoholiki. Nie powinni być "polskim AC/DC", tylko po prostu 4 Szmerami. I oni w końcu, w 2019 roku, wydali własny album "Roll". Ale i w coverach brzmią tak, że bracia Young na pewno by na nich nie krzyczeli.

Jak wspominałam, nie rozumiem i pewnie nigdy nie zrozumiem idei tribute bandów, aczkolwiek posłuchać klasyków w dobrym wykonaniu nie jest źle. 

Oliwia Kopcik, Cisna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL