Reklama

Reklama

Steve Jordan o śmierci Charliego Wattsa: "Tydzień przed miał się lepiej"

​The Rolling Stones dokończyli trasę koncertową, która rozpoczęła się jeszcze w 2019 roku. Wówczas za perkusją zasiadał zmarły w sierpniu tego roku Charlie Watts. Steve Jordan, który zastąpił go za perkusją na tegorocznych koncertach wyznał właśnie, że wszyscy byli przekonani, że Watts wkrótce wróci na scenę.

The Rolling Stones niedawno zakończyli amerykańską trasę koncertową

Steve Jordan otrzymał bardzo trudne zadanie, bo to jemu na początku sierpnia 2021 roku zlecono grę na perkusji w The Rolling Stones. Wówczas miało to być jedynie na parę koncertów, bo perkusista, który grał ze Stonesami od 58 lat, Charlie Watts, miał nagle zachorować. Muzycy zapewniali jednak, że na koniec trasy z powrotem zasiądzie on za swoim zestawem. Tak się jednak nie stało, bo Watts zmarł 24 sierpnia 2021 roku w wieku 80 lat. Teraz Jordan wyznał, że wszyscy zaangażowani w organizację trasy "No Filter Tour 2021" byli przekonani, że Watts wkrótce wróci.

Reklama

"Zrozumcie, że tydzień przed śmiercią Charliego dostałem informację, że ma się lepiej. W tamtym tygodniu próby nabrały innej energii, ponieważ byliśmy optymistycznie nastawieni do tego, że Charlie wyzdrowieje" - stwierdził Jordan. "Tydzień wcześniej wszyscy myśleliśmy 'Z Charliem będzie w porządku! To świetnie!'" - powiedział perkusista.

Z perspektywy czasu opowieść Steve'a Jordana jest tym smutniejsza, że musiał on się zmagać z opiniami fanów, którzy nie widzieli go na miejscu Wattsa. On sam mocno to przeżywał, a gdy dowiedział się, że Charlie czuje się lepiej, to odczuwał mniejszy lęk. "Cała energia prób była jeszcze bardziej podniosła, ponieważ on czuł się lepiej. Graliśmy z mniejszym obciążeniem. 'Zrobimy to, i zagramy tamto, a Charlie wróci i wszystko będzie świetnie'" - wyznał muzyk.

Podobnie sądzili muzycy The Rolling Stones, bo według opowieści Jordana, miał on tylko początkowo brać udział w próbach. "Byłem zaskoczony, ponieważ, po pierwsze, nie wiedziałem, że Charlie jest w szpitalu. To była dla mnie nowina i kłopotliwa wiadomość. Ale wciąż chodziło o to, że Charlie wracał do zdrowia, a ja miałem tylko zastąpić go na kilku próbach. Może zagrałbym część koncertu, a gdyby zrobili scenę B, gdzie jest część akustyczna, może Charlie zrobiłby tę część" - zastanawiał się wówczas Jordan.

"Tak to mniej więcej wyglądało. Nie było nic ponad to. To coś w rodzaju: 'Może po prostu będziemy robić próby, a kiedy wyzdrowieje, wtedy przyjdzie i zagra koncerty'" - mówił. Wkrótce jednak nadeszły smutne wieści, a gdy Jordan odebrał telefon informujący o śmierci Charliego, dopiero zdał sobie sprawę jakie trudne stoi przed nim wyzwanie. "Poranek, w którym dostałem wiadomość, że odszedł, był jednym z najgorszych dni w moim życiu" - zakończył.

Po trasie koncertowej niektórzy fani są zadowoleni z występów Jordana - uważają, że do zespołu trafiła nowa, bardzo mu potrzebna energia. Inni natomiast uważają, że wraz ze śmiercią Wattsa, The Rolling Stones się skończyło.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje