Reklama

Morrisey: Kto z nim, a kto przeciw niemu?

Brandon Flowers z The Killers ponownie skomentował swój stosunek do Morrisseya i jego skrajnie prawicowych poglądów. "Raczej nie puścił bym jego muzyki mojemu dziecku" - stwierdził w najnowszym wywiadzie. To nie jedyny muzyk, który w ostatnich miesiącach miał problem z kontrowersyjnymi tezami gwazdora.

Morrissey podczas występu u Jimmy'ego Fallona

Przypomnijmy, że w zeszłym roku, w ramach promocji płyty "California Son", Morrissey (posłuchaj!) pojawił się w programie Jimmy’ego Fallona. Podczas występu w klapie marynarki gwiazdora wpięta była przypinka partii For Britain.

Reklama

For Britain to skrajnie prawicowa, antyislamska partia polityczna, która została założona przez Anne Marie Waters w 2017 roku (byłą członkinie partii UKIP).

Taka deklaracja polityczna muzyka szybko wywołała sporą burzę w sieci oraz w środowisku muzycznym.

"Morrissey właśnie zabił własną karierę. Nie możesz być głosem samotnika i wrażliwego outsidera i jednocześnie wspierać skrajnej prawicy jak For Britain. Zniszczył swoją rację bytu i musi zrozumieć, że to, co reprezentuje, jest nie do przyjęcia" - komentował pisarz Gerry Hassan.

Billy Bragg po tamtym występie stwierdził, że Morrissey zdradził fanów The Smiths (sprawdź!) i ich wartości. Dodał też, że według niego kontrowersyjny artysta był w przeszłości tłumiony przez Johnny'ego Marra, dlatego musiał dostosować się do The Smiths.

Marr był jednak zdecydowanie bardziej spokojny. "Nie martwię się. To nie ma nic wspólnego z moim światem. Te piosenki są po to, aby oceniać, przeżywać i słuchać. Myślę, że cała sprawa ucichnie po trzech tygodniach" - komentował w rozmowie z NME.

Kolejne tygodnie to próby obrony przez Morrisseya, który nadal nie wycofywał się z wspierania For Britain, twierdził, że Nigel Farage byłby świetnym premierem oraz twierdził, że prowadzona jest na niego nagonka, a jej głównym pomysłodawcą jest "The Guardian".

Bragg w odpowiedzi ze smutkiem przyznał, że wokalista swoim zachowaniem łamie serca milion fanów. Inni twórcy zaczęli odcinać się od poglądów Morrisseya. Tak zrobili m.in. Paul Banks z Interpolu i Nick Cave.

"Spierajmy się z nim, ale pozwólmy żyć jego muzyce" - mówił ten ostatni i dodawał, że czułby się źle w świecie, w którym strona przeciwna nie może wyrażać swojej opinii.

W zdecydowany sposób Morrisseyowi odpowiedział natomiast Damon Albarn (Blur, Gorillaz). "Jeśli nie mieszkasz w tym kraju, nie powinieneś zajmować się jego polityką" - komentował, odnosząc się do tego, że artysta obecnie mieszka w Los Angeles.

Całe zamieszanie komentował również znany z lewicowych poglądów, Brandon Flowers z zespołu The Killers (sprawdź!), prywatnie wielki fan The Smiths. "Nadal jest królem. Nie ma sobie równych w tym, co osiągnął. A jego waleczność, teksty i poczucie melodii są po prostu niesamowite. Zapominam jednak, że jest w gorącej wodzie kąpany" - mówił w zeszłym roku.

Obecnie Flowers nieco zmienił swój stosunek, twierdząc, że jego trójka dzieci raczej od niego nie usłyszałyby o Morrisseyu.

"Ciężko jest odseparować go od zespołu, więc raczej nie będę puszczał tej muzyki moim dzieciom" - mówił gitarzysta i wokalista. Z drugiej strony przyznał, że nie ma zamiaru natychmiast przełączać radia, gdy pojawi się gdzieś utwór The Smiths.

"Mogę się z nim nie zgadzać, ale nie będę palił jego płyt" - dodał.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Morrissey

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje