Czego słucha nasza redakcja? Lola Young, Maruja i maks.tachasiuk
Powoli zaczyna się jesień, czyli najlepszy czas na to, żeby siedzieć pod kocem i słuchać dobrej muzyki. Przychodzimy więc z kolejnymi polecajkami, które mają duże szanse uzupełnić wasze playlisty.

OLIWIA KOPCIK
cafetrauma "oksytocyna" - wrocławski zespół wydał niedawno EP-kę, a na niej m.in. "jeszcze jeden sen" z "najmocniejszym rapowym wejściem", czyli wersem "Poszedłem zbadać się na HIV". Ale pierwsze zdanie z "oksytocyny" - "Ciężki łeb, chyba muszę to wybiegać" - z pewnością też trafiło do wielu. W ogóle chłopaki mają zdolność do pisania hitów - i muzycznie, i tekstowo.
Niedawno ruszyli w kolejną trasę spod szyldu Ultimate Emo Party, na którą polecam się wybrać nie tylko po to, żeby posłuchać dobrej muzyki, wykrzyczeć się i wymachać łbem. Na każdym przystanku będzie obecny też ktoś z fundacji Nie Jest Źle, od kogo każdy, komu coś złego siedzi w głowie, będzie mógł dostać pomoc albo po prostu się wygadać. Jak to Łukasz, wokalista cafetraumy, powiedział ze sceny w Jarocinie: "Razem damy radę i będzie git".
MUD/O "It's enough to say I tried" - nie dowiedziałam się o ich istnieniu wczoraj, ale muzyka jakoś cały czas mnie omijała. To znaczy nie, że mi się nie podobała, tylko że nigdy nie posłuchałam jej uważniej. Aż do EP-ki "It's enough to say I tried". Gdybym miała to gdzieś przydzielić, pewnie trafiłoby najbliżej hasła "bedroom", usłyszymy też trochę folku... Gdybym miała do czegoś porównać - jeśli dwa lata temu zachwyciliście się "On the Wrong Planet" duetu Karczewska/Porter, to posłuchajcie MUD/O. A wy, drogi zespole, obiecaliście mi koncert w Krakowie. Ja pamiętam!
ALICJA RUDNICKA
Serj Tankian "I Found You" - kiedy ktoś pyta, jakiej muzyki słucham, zwykle odpowiadam "zależy od pory roku", jednak po cichu marzę, żeby jesień trwała wiecznie. Nie jestem fanką krótkich dni i chłodu, ale moje ciągoty do melancholijnej muzyki wreszcie mają uzasadnienie przez panującą aurę. Mam ogromną słabość do jazzu i do Serja - wszystko wskazuje na to, że Tankian zajrzał do wypełnionego swoją podobizną pokoju 14-letniej Alicji i postanowił stworzyć dla niej coś specjalnego. Dziękuję, widzimy się niebawem na koncercie SOADu (będę z przodu!).
John Maus "Later Than You Think" - Gdyby deszczowy, depresyjny jesienny dzień miał swój soundtrack, byłby nim "Later Than You Think". Hipnotyczny głos Johna Mausa wciąga w trans i momentalnie przenosi słuchacza do gotyckiej katedry - czuć zimny kamień pod stopami i echo w środku głowy. Czy każda płyta Mausa brzmi tak samo? Może. Ale po co zmieniać coś, co działa perfekcyjnie? To jedna z tych produkcji, przy których odczuwa się totalną synestezję. Nie wiem, czy jego głęboki głos to efekt lat trenowania strun głosowych papierosowym dymem, czy dar, z którym się urodził, ale jest to wyróżnik, który sprawia, że nigdy nie przewijam jego utworów.
WERONIKA FIGIEL
maks.tachasiuk "Firdygałki" - w tym miesiącu ukazała się wyczekiwana przeze mnie piosenka, która działa jak miód wylany prosto na serducho. Tekstami, produkcją i brzmieniem utworów Maksa zachwyciłam się już na Next Feście, a później jego koncert na Great September utwierdził mnie w przekonaniu, że niedługo będzie o nim bardzo głośno. To właśnie na obu festiwalach, gdy było mi dane usłyszeć "Firdygałki" przedpremierowo, okrzyknęłam ten utwór jednym z najbardziej rozczulających, jakie w życiu słyszałam. Wreszcie można słuchać go w streamingu, co też uskuteczniam i wszystkim polecam! Niebanalny tekst, w którym nawiązania do kosmosu i Bowiego przeplatają się z ciekawostkami przyrodniczymi dotyczącymi wydr, oraz spokojna, altpopowa melodia sprawiają, że kawałek z łatwością wpada w ucho i nie chce wyjść z głowy.
Lola Young "I'm Only F**king Myself" - długo nie musiałam zastanawiać się, który z albumów rządził u mnie we wrześniu. Choć na rynku pojawiły się świetne polskie wydawnictwa, m.in. wyczekiwany przeze mnie krążek Zuty "To dopiero początek" czy pierwsza płyta projektu Powaby, to nie mogłabym w polecajkach pominąć mojej ulubionej pop(rock) star ostatnich miesięcy. Uczciwie przyznam, że to utwory z "I'm Only F**king Myself" zapętlam nieustannie na słuchawkach. Nowy album Loli udowodnił, że nie jest ona gwiazdą jednego przeboju i potrafi naprawdę zaskoczyć. Nie brakuje na nim utworów szczerych do bólu, jakby wokalistka potraktowała krążek niczym swoją spowiedź. Jest niegrzecznie, bez wstydu i zahamowań, a jednocześnie wartościowo. Melodie są małymi dziełami sztuki - każda z nich jest zupełnie inna, a mimo to wszystkie łączą się w spójną całość. Trochę tu popu, trochę funku, ale zdecydowanie więcej niegrzecznego, punkrockowego brzmienia i grunge'owych gitar.
TYMOTEUSZ HOŁYSZ
Maruja "Look Down On Us" - w zasadzie mógłbym polecić tutaj cały album "Pain to Power", ale ma być singel, to będzie singel. Ekipa z Manchesteru po raz kolejny przekracza granice gatunkowe, łącząc post punk z jazzem, rapem i noise rockiem i tworząc przy tym atmosferę gęstą jak smoła. Działa tu wszystko od trzeszczących basów, groźnie (choć czasami też i pięknie) brzmiących partii saksofonu i ostrego akcentu Harry'ego Wilkinsona. "Look Down On Us" jest wspaniałą i wielopoziomową kompozycją z tekstem o smutnej rzeczywistości, z którą teraz się mierzymy.
Crippling Alcoholism "Camgirl" - to z kolei album, z którym potrzebowałem spędzić trochę więcej czasu. Podopieczni wytwórni należącej do zespołu Portrayal of Guilt swoim trzecim krążkiem pokazali, że zamierzają zostać z nami na dłużej. "Camgirl" brzmi jak dzika mieszanka Type O Negative z Idles, Daughters, i noise'owymi podrygami spod znaku wspomnianego już PoG. Wszystko to podszyte jest syntezatorami i niezwykle chwytliwymi melodiami, które często wyłaniają się dopiero przy kolejnych odsłuchach, a to, przynajmniej dla mnie jest ogromną wartością dodaną. Już teraz ze spokojem mogę stwierdzić, że ta płyta pojawi się w moim rocznym podsumowaniu, a jej nawiedzony klimat z pewnością towarzyszyć mi będzie w zbliżającym się chłodnym okresie jesienno-zimowym.
JAROSŁAW KOWAL
Atomic Rule "Lizard" - po rozpadzie Every Time I Die większość zespołu założyła Better Lovers, ale nie Andy Williams, który na chwilę odstawił muzykę na boczny tor i zaczął realizować się w zupełnie innej dziedzinie. Wielu osobom może się to wydawać zaskakujące, ale gitarzysta ma oddane grono fanów i fanek, które nie ma pojęcia, że był kiedyś członkiem jakiegoś zespołu. Znają go pod pseudonimem The Butcher, jako wrestlera związanego między innymi z All Elite Wrestling. Najwyraźniej jednak w końcu ring przestał mu wystarczać i zatęsknił za sceną, ale zamiast dołączać do Better Lovers (gdzie rzekomo zawsze będzie dla niego miejsce), założył nowy projekt - Atomic Rule. Pierwsze nagrania oscylują pomiędzy metalcorem a stonerem, co powinno zadowolić osoby wciąż wzdychające z utęsknieniem za Every Time I Die.
Moja "I'm Hungry !!" - trzeba mieć wyjątkowy talent, by w dwie osoby narobić więcej hałasu niż cała orkiestra. Perkusistka Masumi i śpiewający basista Haru zostali nim obdarowani i wydaje się, że na właśnie wydanym czwartym albumie obrali sobie za cel wystawienie aparatów słuchowych publiczności na ostateczny test. Ten surowy, garażowy noise rock poraża ostrymi dźwiękami, a zarazem fascynuje na tyle, że trudno się od niego oderwać. Jedyny sposób, żeby jeszcze bardziej zintensyfikować doznania to spotkanie się z muzyką japońskiego duetu na żywo, na co będzie zresztą niedługo okazja, bo 31 października w Gdańsku da swój pierwszy polski koncert.
DAMIAN WESTFAL
Demi Lovato "Fast" - niektórzy nazywają to zmartwychwstaniem - i trudno się z tym nie zgodzić, bo gdy w 2022 roku Demi Lovato ogłaszała "pogrzeb swojej muzyki pop" i powrót do rockowego brzmienia, nic nie zapowiadało, że popowa Demi szybko wróci. A jednak - mój ukochany singel "Fast", a także dorównujący temu "Here All Night" to dowody na to, że artystka wraca do mainstreamu, ale mimo wszystko jest na tym swoim dancefloorze dojrzalsza, silniejsza i pogodzona ze sobą. Kto wie o jej burzliwym życiu prywatnym, ten wie, ale teraz wszystko wskazuje na to, że w życiu prywatnym Demi panuje względna stabilizacja - i słychać to w jej muzyce. Dzisiaj chce się bawić. Ostatni raz w tak dobrej formie widziałem ją w 2013 roku. Może nie zmartwychwstanie, ale odrodzenie?
ZAZ "Sains et saufs" - kolejną artystką, która zostawiła swój ból za sobą i z większą lekkością podeszła do nowej muzyki to autorka tego świeżutkiego albumu, którego premiera była 19 września. "Cali i zdrowi", bo tak można przetłumaczyć ten tytuł, promują single "Je pardonne" i tytułowe "Sains et saufs", które musieliście gdzieś już usłyszeć, jeśli lubicie francuską muzykę. Przyznam się, że do tej polecajki śmiało mogę dopisać Reni Jusis. To właśnie ona, przy okazji konferencji French Touch 2025, zasugerowała mi powrót do twórczości tej artystki. Zdradziła też, że zawsze, gdy bywa w Paryżu i tylko ma okazję, wybiera się z siostrą właśnie na koncert ZAZ.
Zdradzę też, że w jej głosie słychać nową jakość. Oprócz tego charakterystycznego, lekko zachrypniętego brzmienia, pojawiła się łagodność, równowaga i pewnego rodzaju wewnętrzny spokój. Już nie krzyczy. Niedawno opowiadała, że kiedyś śpiewała głośno, bo bała się, że inaczej nikt jej nie usłyszy. Dziś wie, że emocje można oddać ciszej, delikatniej, a one i tak dotrą do ludzi. Czasem największą siłą jest spokój.
RAFAŁ SAMBORSKI
Ala Zastary "Co Cię jara" - w napisanej przeze mnie recenzji napisałem, że najnowszy album Alicji Boratyn i Jakuba Sikory "3" utulił mnie czule, jak dawno nie uczynił tego żaden inny album. A jeżeli chcecie poczuć dawkę motywacji, to "Co Cię jara" jest chyba najlepszym możliwym wyborem. Słowa refrenu "Rób, co cię jara i nie martw się jutrem / Trzymaj się z dala od lęku i ściem / Dni są za długie, a życie zbyt krótkie / Spory i kłótnie popsują ci sen" na papierze brzmią bardzo prosto. Ale zostały wykonane z tak realną czułością, że sposób, w jaki twórcy przekładają swoją wrażliwość na muzyczną materię jest dla mnie autentycznie imponujący. I będzie imponować, nawet jeżeli "czasem jest po prostu gorszy miesiąc / czasem po prostu jest gorszy rok".
Maruja "Pain to Power" - pamiętam, że kiedy zobaczyłem ich na żywo na OFF Festival 2024, główną uwagę zwróciła testosteronowość zespołu. Nie wiedziałem wówczas, że zespół o ewidentnie punkowej energii grał w pomniejszonym składzie, a to właśnie jazzowe inklinacje, jakie wprowadza nieobecny wówczas saksofonista świadczą o wyjątkowości Maruji. Trochę czekaliśmy na ten album, ale zdecydowanie było warto. Utwory są intensywne, energiczne, ale jednocześnie zachwycające swoją wrażliwością i kruchością. A singlowe "Saoirse" z rzucanymi pod koniec słowami "to właśnie różnice czynią nas pięknymi" (tł. własne) zawsze powoduje u mnie ciarki.
To jeden z kandydatów do płyty roku, a dodam, że jedno 10/10 już w tym roku wystawiłem. To by była druga dziesiątka ode mnie w 2025 na łamach naszego serwisu, gdyby nie to, że ktoś przebiegły z redakcji rzucił się na ten album szybciej niż ja. Jeżeli nie będzie tam maksymalnej oceny, to oficjalnie czekam na propozycję od jakiejś organizacji walk freak-fightowych. Dwóch bijących się recenzentów - tego chyba jeszcze nie było?




![Wojtek Mazolewski Quintet: Zabrakło wody, nie zabrakło energii [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000LYP8B36J9NKTG-C401.webp)



