Reklama

Reklama

White 2115 "Pretty boy": Trapowa młodość rządzi się swoimi prawami [RECENZJA]

Pierwszy rockman polskiego rapu znowu zaprasza na imprezę i wieczór zwierzeń przy butelce drogiego alkoholu wszystkich tych, którym nie spieszy się do szkoły. White 2115 jedzie po linii najmniejszego oporu i funduje sporo opowieści o używkach, wiele o kobietach, jeszcze więcej o sobie samym.

Pierwszy rockman polskiego rapu znowu zaprasza na imprezę i wieczór zwierzeń przy butelce drogiego alkoholu wszystkich tych, którym nie spieszy się do szkoły. White 2115 jedzie po linii najmniejszego oporu i funduje sporo opowieści o używkach, wiele o kobietach, jeszcze więcej o sobie samym.
Okładka płyty "Pretty Boy" White'a 2115 /

Jak się okazuje, ciągle można robić to samo na identycznych patentach i nie mieć dość. W dodatku White'owi zwyczajnie się wybacza, bo w tym zlepku rzucanych słów i wulgaryzmów znajdują się absurdalnie chwytliwe refreny, hooki godne największych gwiazd stadionowego popu i feeling, który sprawia, że nawet ludzie, którzy na co dzień nie mają nic wspólnego z tego typu twórczością, potrafią na chwilę zastopować wszystko. "Pretty boy" aż nakazuje odstawić pracę, zapalić papieroska, odprężyć się i zrelaksować. Wsiąść w samochód i jechać w nieznane - nad jezioro z paczką znajomych, gdzie litry alkoholu będą lały się strumieniami albo gdzieś za miasto tylko po to, by chwilę posiedzieć w ciszy i powspominać, jak to kiedyś było.

Reklama

Nowy Łajcior to najrówniejszy materiał rapera i level up w stosunku do poprzedniego, solidnego "Rockstar: do zachodu słońca". To również połączenie frywolności debiutu i kilku, chociaż od razu zaznaczam, że niewielu, poważniejszych momentów, które cechowały "Młodego księcia". Bez tak zaraźliwych kompozycji jak "California" (włączcie "Intro" - wokalny samogwałt starych, dobrych czasów) czy "Morgan", za to z singlem mniejszego kalibru, oklepanym, napisanym na jedno kopyto "RiRi" z wykrzykiwanym "yeah" tylko po to, aby jakoś zapełnić zwrotkę.

White dostarczył album, który mimo swego pustosłowia wciąga jak mało który. Gospodarz obwieszcza, że w jego środku żyje jeszcze gimbus, który szkołę i pracę nie ma w d..., ale w ch... (tak, tak...), nie gada z policją, tylko adwokatem oraz pije i pali za dwóch. Można go szukać za winklem nie na winylach, ewentualnie w garażu pełnym koni mechanicznych.

Poza tym "sprawdza się" w roli romantyka w "Easy rider" ("Jestem na maksa z*** w twoich oczach / Oraz pod wrażeniem, jak potrafisz mówić nimi 'Kocham' / Chodź, to ci pokażę, jak wygląda milion w setkach / Albo jak smakują moje usta, gdy do setki nas rozpędzam") i imponuje bezczelnością w "Bulletproofie", gdy zawadiacko rzuca "Wokół tyle dz***, że zakładam burdel / Wszystkie zimne, więc zakładam kurtkę / Chciałaś mi złamać serce, k*** / Jesteś taka ładna, a taka głupiutka / Przecież jestem bulletproof".

A może znajdą się tu wordplaye, błyskotliwe wersy i przemyślane koncepty? Wolne żarty, ale wersy takie jak "Spędziłem trzy lata w klasie C, dalej latam w klasie C / Tylko tym razem w AMG" czy "Sorry, że tak długo, lecz tak wyszło / Od zera do setki się zbierałem jak Fred Flintstone" po prostu muszą się podobać. Jednak doskonale zdaję sobie sprawę, że ci, którzy już trochę się ustatkowali i mają inny tok myślenia, mogą z powodu popisów White'a mieć problemy z zaśnięciem, jednak przyda się odrobina dystansu i... częściowego zrozumienia współczesnej młodości.

White'a trzeba pochwalić za zwiększenie umiejętności wokalnych. To już nie ten raper-wokalista, który niechlujnie przeciągał końcówki na "Rockstarze" (chociaż należy się pstryczek w nos za refren "18"), a gdy nie miał nic do zaoferowania to darł się niemiłosiernie do mikrofonu. Już na wysokości poprzedniej produkcji można było usłyszeć, ile do twórczości wnosi doświadczenie, tutaj jest jeszcze lepiej. Owszem, zdarzają się momenty, kiedy trudno zrozumieć, co ma do przekazania (początek "Najmłodszego Łajciora"), ale spokojnie - jeszcze kilka płyt i wokal może będzie w końcu czysty.

"Pretty boy" to głównie podkłady, którym bardzo blisko taniego rocka, bieda riffów lub innej muzyki do wind, które w połączeniu z trapowymi paczkami dają coś tak samo "wyjątkowego", jak i wybrakowanego. Jednak jest tu kilka momentów, których skręt w nietypową dla Łaciora stronę sprawia, że może się to podobać. Klubowy "Milanówek callin'" to white'owy Wunderbaum - odświeżający, intrygujący, inny niż reszta, jednak dawkowany w zbyt dużej ilości zaczyna powodować mdłości. "Buch na dwóch" również niczego sobie, nie tylko dzięki Białasowi, którego "uwiera sto koła papieru". Ocieka syntezatorowym minimalizmem, w którym stopy wydają się zupełnie przypadkowe, ale za to otacza również swoim ciepłem.

Fenomenalnie brzmi atakujący przestrzenią "Śliczny chłopiec", podobnie jak "Booker (baw się)", zaginiony element kilkubitowych konsol, do którego ktoś postanowił dograć trochę basu i losowo dobranych ścieżek, aby było trochę rytmu. Trochę jak z tekstami White'a - bez sensu, ale na plus. Zanudzają za to "Sąsiedzi", niebezpiecznie zbliżający się do rejonów, które aktualnie uskutecznia Kizo, czyli mariażu kilku rodzajów muzyki miejskiej, co finalnie zbliża się do unowocześnionej wersji ulubionego gatunku wszystkich Polaków. Chociaż... szacunek za skrecze, tego by się nikt tutaj nie spodziewał!

White znowu to zrobił - nagrał płytę o wszystkim i niczym, czyli o... młodości. Identyczną jak poprzednie, pustą, ale przy tym wciągającą, którą chłonie się w całości, co w czasach, kiedy słucha się singli nie płyt, jest sporym wyczynem. Nie trzeba być wielkim tekściarzem, mieć podkładów od najlepszych w branży - czasami wystarczy własny styl i po prostu mocna zabawa. Dobre i to.

White 2115 "Pretty boy", SBM Label

7/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL