Recenzja Shawn Mendes "Shawn Mendes": Ścieżka dźwiękowa na wyjazd do supermarketu

Trzecia płyta Shawna Mendesa to jeden z tych albumów, na których niby wszystko wydaje się jak najbardziej w porządku - śpiew, produkcja, ucho do refrenów. A jednak po przesłuchaniu niewiele zostaje w głowie.

Shawn Mendes na okładce swojej imiennej płyty

Shawna Mendesa nie da się nie lubić - sympatyczny, przystojny, młody i wrażliwy chłopak z gitarą wyśpiewujący na zmianę smutne i romantyczne wersy o miłości. Do tego posiadacz przyjemnego, miękkiego głosu, z którym potrafi zrobić wiele, ale w żaden sposób nie zmierza w stronę efekciarstwa. Podobnie zresztą jak obecna w jego utworach warstwa muzyczna - raczej oszczędna w środkach, oparta na tradycyjnej instrumentalizacji. No, może z wyjątkiem największego przeboju Shawna Mendesa, czyli zaskakująco syntetycznego "Treat You Better" z poprzedniego albumu.

Reklama

Trzeci krążek wokalisty, zatytułowany jego imieniem i nazwiskiem, nie odchodzi zbytnio od cech, z których zasłynął piosenkarz. Dostajemy głównie mocno akustyczne utwory, na których Shawn snuje swoje opowieści o miłości w mniej lub bardziej optymistycznym wydaniu, czasami dorzuci do tego jakiś łatwo wpadający w ucho refren. Mniej tu co prawda elementów, które nadawały "Illuminate" cech typowego radiowego popu, ale być może przez to album jest jeszcze mniej inwazyjny w odbiorze. Istnieje duża szansa, że spodoba się w zasadzie każdemu - nie będzie przeszkadzać twojej rodzinie, twoim kolegom w pracy, a tu sobie ktoś nogą potupta. Niestety, to, co jawi się jako największa zaleta Shawna Mendesa, jest jednocześnie jego największą wadą.

Oczywiście, "Shawn Mendes" to solidne rzemiosło, dobrze wyprodukowane jak przystało na mainstreamowy album. Nie brakuje tu momentów: te przygrywające w tle funkowe riffy w "Lost in Japan" działają naprawdę dobrze, a skrzyżowane z falsetem i chórkami po ludzku zwyczajnie bujają. Trudno narzekać też na "Youth" z gościnnym udziałem Khalida, który swoim chrypliwym wokalem stanowi dobry kontrast wobec jasnej barwy Mendesa. Jego rozchwiana partia śpiewu wprowadza do piosenki emocje, które nie są do osiągnięcia przez Shawna, a jednak gospodarz albumu w żaden sposób nie odstaje - ta różnica między wokalistami i wyczuwalna chemia artystyczna działa, a doskonały refren jest tu tylko wisienką na torcie. Najlepszy numer na płycie i kto wie, czy nie najlepszy w całej dyskografii Mendesa.

No, właśnie - młodziak ma niewątpliwie ucho do refrenów. Kiedy w "Mutual" po spokojnych zwrotkach wchodzi w nieco bardziej krzykliwą manierę, czuć ten emocjonalny związek piosenkarza z wykonywanym utworem. W "Nervous" ta niespotykana swoboda, gdy przechodzi z nisko i chrypliwie śpiewanych zwrotek do falsetującego, niesamowicie zaraźliwego refrenu jest nie do przecenienia. Z kolei w dynamicznie budującym napięcie "In My Blood" wdraża elementy stadionowego rocka żywcem wyrwane z twórczości Kings of Leon.

Dobrze, to skoro tak w powyższych akapitach chwalę gospodarza, to dlaczego nie jest jednak dobrze? Cóż, nie da się ukryć - to album z kilkoma singlami i sporą dawką wypełniaczy brzmiących jak ich wariacje na temat. Jakby muzyk ze swoją ekipą weszli do studia z przygotowanymi kilkoma kompozycjami, a reszta była tworzona z myślą "a nagrajmy coś podobnego do kawałka X, bo może to też chwyci". Dzięki temu spory kawał albumu sprawia wrażenie pisanego od kalki. Przysłuchajcie się chociażby "Queen", które brzmi jakby miało być dynamiczniejszym "Nervous" (nawet pomysł na chórki jest powtórzony) i polega przy tym sromotnie. "Fallin' All In You" oraz "Because I Had You" operują na identycznej wrażliwości, podobnych patentach i w swojej odtwórczości jawią się niczym zaginione utwory z ostatniego albumu Eda Sheerana, co bynajmniej nie jest komplementem.

Zresztą, co z tego, że utwory są dobrze zagrane i wyprodukowane, skoro na dłuższą metę zlewają się ze sobą? Może i sprawdzają się w krótkotrwałych, pojedynczych dawkach, ale nadmiar piosenek dla dobrze ubranych trzymających w ręku gitarę akustyczną optymistycznych wrażliwców z postawionymi na paście włosami robi się z każdym kolejnym utworem coraz bardziej nieznośny.

Niestety, "Shawn Mendes" to materiał przesadnie wręcz bezpieczny, jak i mało angażujący. Może i ta stopa z głową sobie chwilę polatają, ale po przesłuchaniu całej płyty w głowie zostaje doprawdy niewiele. Jeszcze gorzej, że to wrażenie utrzymuje się nawet po kilku sesjach z krążkiem.

Owszem, słyszę już to narzekanie, że przecież ten wrażliwy chłopak Mendes jeszcze bardziej się wyciszył, dojrzał. Tylko co z tego, skoro to wciąż brzmi jak porządnie zrealizowana ścieżka dźwiękowa na wyjazd z rodziną do supermarketu niż faktyczna wypowiedź artystyczna? Takich wokalistów było już multum, żeby wspomnieć chociażby nieodżałowanego Johna Mayera, do którego autor recenzowanego albumu jest najczęściej porównywany. Niestety, Shawn Mendes robi wciąż za mało, aby wybić się w towarzystwie podobnych do siebie, wrażliwych chłopców z gitarą akustyczną w rękach. Z drugiej strony, ten ewidentny talent ma dopiero 20 lat, więc wiele jeszcze przed nim - pozostaje tylko trzymać kciuki, aby znalazł w końcu pomysł na siebie.

Shawn Mendes "Shawn Mendes", Universal Music Polska

4/10

PS Shawn Mendes 2 kwietnia 2019 r. po raz pierwszy zaśpiewa w Polsce - koncert odbędzie się w Tauron Arenie Kraków.

Dowiedz się więcej na temat: Shawn Mendes | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje