Recenzja Lenny Kravitz "Raise Vibration": Czasoumilacz dla każdego

W jednej z pierwszych polskich encyklopedii rzekomo pod hasłem "Koń" miała pojawić się definicja "jaki jest, każdy widzi". Parafrazując: Lenny Kravitz - jaki jest, każdy słyszy. Nadal cierpiący na artystyczną schizofrenię oraz niezbyt odkrywczy, a jednocześnie wyjątkowo przyjemny w odbiorze i kipiący talentem.

Lenny Kravitz na okładce płyty "Raise Vibration"

Casus Lenny'ego Kravitza był dla mnie zawsze dość niezwykły. Facet, któremu oberwało się na pierwszej - bardzo udanej zresztą płycie - za kopiowanie stylu Jimiego Hendrixa, w latach 90. stał się symbolem męskiego seksapilu. Muzycznie zawieszony był zaś pomiędzy popem, osadzonym w głównym nurcie r'n'b, a funkiem oraz soulem, czy nawet rockiem psychodelicznym.

Reklama

Single rzadko mówiły o zawartości samych albumów, które po pewnym czasie stawały się nieznośnie wręcz nierówne. Przy czym nikt muzykowi nigdy nie był w stanie odmówić umiejętności pisania dobrych kompozycji. Ba, nawet na tych mniej udanych pozycjach w dyskografii zdarzały się piosenki jeżeli nie wybitne, to na pewno doskonałe. Na "Raise Vibration" nie jest inaczej.

Powiedzmy to wprost: nikt nie wymieni tego albumu wśród najlepszych krążków tego roku. Źródła dopatrywałbym w samym podejściu do twórczości Kravitza: to facet, któremu nie zależy na tworzeniu wiekopomnego dzieła, nawet jeżeli byłby do tego zdolny. Jego albumy w żaden sposób nie udają, że są czymś więcej aniżeli umilaczem czasu. Niekiedy bardziej rozrywkowym, niekiedy zaś refleksyjnym. Prawdopodobnie jest to też największa siła muzyka: zaspokoi on potrzeby mało wymagających słuchaczy, przekonując ich swoją przystępnością, a tym bardziej zorientowanym ładnie połechce ego licznymi tropami muzycznymi.

Doszukujecie się hitu na miarę "The Chamber" z ostatniego albumu muzyka? Proszę bardzo: jako singiel zostało wybrane "Low". Nie uderza co prawda brzmieniem nawiązującym do przełomu lat 80. i 90., który porwał w jego poprzedniku. Wychodzi natomiast z modnymi funkowymi inklinacjami, porywając w wir szybko tłumionych uderzeń w struny gitary i dęciaków.

Sprawdź tekst utworu "Low" w serwisie Teksciory.pl

To wszystko, podlane sosem z soulowo prowadzonego wokalu i podsumowane dynamicznym refrenem składa się na wyjątkowo strawną mieszankę. Świetnie wypada hardrockowe z początku, tytułowe "Raise Vibration", które z czasem nabiera psychodelicznego sznytu, by zakończyć się afrykańskimi, etnicznymi śpiewami. Electropop? Proszę bardzo: "Who Really Are The Monsters?", na którym Lenny Kravitz wprawia w osłupienie fanów muzyki alternatywnej, cudownie chrypiąc na przesterowanych dźwiękach.

Tak, Lenny dalej czaruje i bawi się swoim głosem. Czasem snuje się jak w delikatnej pościelówce "I’ll Always Be Inside Your Soul", sposobem prowadzenia wokalu czerpiąc wprost z klasyków pokroju Marvina Gaye'a. Innym razem bliżej mu do funkowego krzykacza, na przykład w "The Majesty of Love". Potem zaś wychodzi z niego hardrockowa bestia jak w utworze tytułowym oraz "We Can Get It All Together". Co więcej, nietrudno sobie wyobrazić, że takie "Hard to Love" spokojnie mógłby zaśpiewać Lionel Richie, a "5 More Days Til' Summer" mogłoby zostać pożyczone popowej czołówce. Taki to wszechstronny jest ten nasz Lenny. A, zapomniałem: jeżeli tęsknicie za Prince'em, warto wspomnieć, że Kravitz większość partii instrumentów zagrał sam.

Momenty wybitne? "Johnny Cash", któremu jednak - wbrew nazwie - bliżej klimatem do nagrań z wyspecjalizowanym w czarnej muzyce Motown Records, zaskakuje. Tekst "Obejmij mnie jak Johnny Cash, kiedy straciłem swoją matkę" każdy słuchacz zapamięta na długo - to absolutny szczyt emocjonalny tego krążka. Trudno cokolwiek zarzucić "It's Enough". Tu mamy bowiem wszystko. Są świetnie poprowadzone wokale bez niepotrzebnego szarżowania, jest genialnie dynamizujący całość bas, jest zaskakująca aranżacja przeskakująca od bardziej wyluzowanych momentów ze swojskimi chórkami po poważniejsze momenty z podróżującymi w tle smyczkami. Serio, trudno będzie wam uwierzyć po przesłuchaniu, że macie za sobą 8-minutowego kolosa.

Dzięki "Raise Vibration" Lenny Kravitz znowu udowodnił, że można na niego liczyć. Jeżeli zdarzy wam się pokłócić z rodziną o muzykę, którą włączacie w trakcie obiadu czy kolacji, odpalcie najnowsze dzieło amerykańskiego muzyka. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że podpasuje każdemu i w nikim nie wywoła zgrzytów. Nie ma tu awangardowych pomysłów, gry dla leśnych dziadów, ani momentów tak kiczowatych, że powodujących zapadanie się pod ziemię. Jest kawał dobrej muzyki, który warto docenić.

Lenny Kravitz "Raise Vibration", Warner Music Poland

7/10

PS W ramach promocji płyty "Raise Vibration" Lenny Kravitz 8 maja 2019 r. wystąpi w Atlas Arenie w Łodzi.

Dowiedz się więcej na temat: lenny kravitz | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje