Reklama

Recenzja Gruz Braders "Grudki, smutki, rap do wódki": Muzyka regresywna

Szczecińska rada osiedlowa zbytniosię nie wysila. Przed dymisją chroni ją prezesura Bonsona i muzyczne zaplecze KPSN-a.

Okładka płyty Gruz Braders "Grudki, smutki, rap do wódki"

Tak na logikę raper powinien uważać, żeby nie przegrzać koniunktury. Nie czesać koncertami kieszeni fanów w danym mieście zbyt często, bo z pustego w próżne to i Salomon nie naleje. Po płytach zostawiać z niedosytem, ochłonąć i nie cisnąć nagrań w kółko, zwłaszcza jeśli mają być podobne. Owszem, możesz się bawić w Ostrego albo Tede, ale zapracuj najpierw na status któregoś z nich, posiedź w tym te dwie dekady, przetrwaj zmiany trendów. No to Bonson, któremu daleko do szacownych Matuzalemów, właśnie wydał piątą płytę w dwa lata. Na bitach tego samego producenta, którego słyszeliśmy na styczniowym "Postanawia umrzeć". Tyle by było logiki.

Reklama

Oczywiście Gruz Braders to nie tylko Bons. Do kupy zebrało się "trzech gigantów melanżu", pijacka elita miasta Szczecin - na pokładzie jest będący wciąż na dorobku TKZetor i prawdziwy weteran, Głowa z Projektantów i PMM. To otwiera przecież wiele nowych możliwości, jest na szansa na numery na patentach, błyskotliwe wymiany za mikrofonem, inny gust przy wyborze bitów. Zespół to nowa energia i tak dalej. Czyżby? No to tyle by było teorii.

Szczerze mówiąc, to tytuły z recyklingu mówią same za siebie: "Na ośce bez zmian", "Nie ma mnie dla nikogo", "Nie byłem nigdy", "Proszę mnie nie wk***iaj". Na tak zwanym patencie jest raptem jeden numer, traktujący o Bogu na blokach, sprytnie okraszony cutami z Łony "Widziałeś go?", do którego Głowa się zresztą nie dograł. Opcja wchodzenia sobie w słowo dotyczy właściwie tylko "Żyły wódnej", z osłabiającym (jeszcze bardziej od tytułu) refrenem "Jeszcze więcej wódy, jeszcze mniej rapu, pozdrowienia dla chłopaków". Już od pierwszego bitu producent KPSN brzmi jakby nadal słuchał w kółko "Muzyki Poważnej" Pezeta z Noonem. Tyle by było oryginalności.

W porządku, nikt nie powiedział, że hip hop musi być nie wiadomo jak świeży, żeby był dobry. Ale gdy usłyszałem pierwszą niebonsonową zwrotkę na krążku, to to było jak Zip Skład w 1999 i w żadnym razie nie piszę tego jako komplement. TKZetor ma jeszcze jakąś melodię we flow (nie zawsze w pełni ją kontroluje), kombinuje, ale Głowa jest sztywny jak skarpetki nastolatka po kolonii letniej i im dłużej rapuje, tym bardziej to u niego słychać. Obaj panowie zawsze gotowi są dostarczyć wersów o pedałach, nie gadaniu z psami, ciężkim losie dziewczyny rapera i "socjal mediach". A kiedy Bons zostawia ich na podkładach samych, robią numer o martwym ciągu, kreatynce, błonniku i braku glutenu. Co prawda z tak zwanym humorkiem, zdradzając myślenie życzeniowe, ale fani "Tłustego rapu" i tak będą pytać o to, co właściwie się wydarzyło. Aż recenzent ma ochotę pobawić w mentalny sanepid i z powodu higieny umysłu zamknąć tę piaskownicę.

Mogę jeszcze popastwić się nad refrenami, bo jeżeli lepszym pomysłem od twojego autorskiego refrenu jest didżej (skądinąd znakomity) tnący "Ja to ja" Paktofoniki, no to cóż... "Proszę mnie nie wk***iaj", "Gigant" i "Nie ma mnie dla nikogo" to pod tym względem zupełny dramat. Koniec utyskiwań, na miejscu byłaby teraz jakaś mordercza puenta, ale nic z tego, bo hip hop nie jest wcale sprawiedliwy, wart tyle, ile suma jego składowych elementów. Przede wszystkim ma działać. A "Grudki, smutki, rap do wódki" działa zaskakująco często.

Jest w tym zasługa KPSN-a, który na kanwie wyraźnej inspiracji zbudował jednak swój styl, miło odcinający się od trapu i boombapowego skansenu. Motywy przewodnie chwytają, dobrze się słucha tych zmulonych bębnów, nie ma poczucia anachronizmu, jest klimat. Ba, "Jam" to podkład-niszczyciel, w gronie najlepszych w tym roku. Przede wszystkim trzeba jednak wskazać na profesurę Bonsona, który ma w sobie taki koncentrat hip hopu, że dobrze znosi - przynajmniej na razie -  to nieustanne rozcieńczanie go. Klasę czuć po samych rozpoczęciach numerów: "Nie zmieniło się tu nic, ziomy dalej pchają towar na klatkach / dalej nie znasz odpowiedzi na to, kto nam załatwia";"Jakoś nie byłem bananowcem, chociaż mama chciała dobrze / miałem kilka lat, a już nie było o czym gadać z ojcem"; "Ósma rano, sąsiad wystukuje <siema> morsem w ścianę / po***ane, jak cię dorwę, to cię spalę"; "Spisze najlepsze wersy życia i je w szafce schowam / potem sobie strzelę w łeb na tej kanapie za sześć koła". Nikt tak nie zaczyna, a on jeszcze dobrze kończy.

Tak więc Gruz Braders jest jak najbardziej słuchalne. Prezentuje się niczym gotowane na mniejszym ogniu "Postanawia umrzeć" z mnóstwem nie najlepszych gościnnych występów, które by przeszkadzały, gdyby tak bardzo nie było czuć, że przeżyte, że niewykalkulowane, bez popisówy i autocenzury. Zespoły złożone z samych liderów dziwnym trafem nie działają.

Gruz Braders "Grudki, smutki, rap do wódki", StoProrap

5/10


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Gruz Braders | Bonson

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje