Recenzja Cannibal Corpse "A Skeletal Domain": Wciąż najGOR(E)si

Poranna kawa, wieszanie na haku; drugie śniadanie, betonowanie żywcem; obiad, defloracja nożem; kolacja, jeszcze tylko szybka lobotomia czekanem i można iść spać - dzień jak co dzień. Witamy w królestwie Cannibal Corpse.

Od ponad ćwierć wieku rezydująca w Tampie na Florydzie, pochodząca z Buffalo formacja ze stajni Metal Blade budzi przerażenie rodziców i nauczycieli, wprawia w konsternację rzesze psychologów, pozbawia resztek włosów obrońców praw wszelakich i - a może przede wszystkim - pozostaje jednym z najbardziej szanowanych i najpopularniejszych tworów w historii muzyki metalowej, którego fanami są nie tylko nastoletni zwyrodnialcy, ale i gwiazdy Hollywood, na czele z Jimem Carreyem (słynne cameo Kanibali w "Ace Ventura: Psi detektyw").

Reklama

Warto wszak pamiętać, że przy całym zrozumieniu dla kiczowatej estetyki gore, której nikt przy zdrowych zmysłach nie traktuje serio, gdyby nie stojąca za nią muzyka, zuchwała licentia poetica Cannibal Corpse - zwłaszcza po latach eksploatowania tematu - byłaby równie wciągająca co nieudany remake klasyka kina grozy.

Wyobraźmy sobie jednak kultowe obrazy Clive Barkera ("Hellraiser"), Sama Raimiego ("Martwe zło") czy George'a Romero ("Noc żywych trupów") sprzed 30 lat nakręcone w 3D z wielokanałowym nagłośnieniem w technice DTS lub THX, przy jednoczesnym zachowaniu atmosfery pierwowzorów. Tym właśnie są kolejne płyty zespołu niestrudzonego Aleksa Webstera, tym też jest "A Skeletal Domain", 13. album formacji, bez której death metal byłby jak Freddy Krueger bez rękawicy z ostrzami - sfajczonym kolesiem w śmiesznym kapeluszu.

W przeciwieństwie do piątkowych ofiar zamaskowanego Jasona, trzynastka z pewnością nie będzie dla Cannibal Corpse samospełniającym się przesądem o pechu z dziedziny numerologii dla ubogich. Po trzech poprzednich albumach rejestrowanych pod okiem Erika Rutana (lidera Hate Eternal i byłego gitarzysty Morbid Angel), postawienie tym razem na Marka Lewisa, producenta o znacznie szerszym portfolio, sprawiło, że "A Skeletal Domain" nie brzmi może tak wulgarnie, za to bez wątpienia klarowniej, bardziej współcześnie, słowem - potężniej. Jest to tym bardziej istotne, że zbrodnie jakich dokonują na tym albumie, są Everestem technicznego death metalu, któremu zdecydowanie sprzyja czytelna produkcja.

Owych wyżyn technicznej ekwilibrystyki Cannibal Corpse sięga już na samym początku w "High Velocity Impact Splatter" (z doskonale słyszalnym basem Webstera), i kontynuuje w wielowymiarowym "The Murderers Pact". Niewykluczone, iż spora w tym zasługa Pata O'Briena, który odpowiada za przeważającą część skomponowanego tu materiału. Koncertowe terminowanie byłego gitarzysty Nevermore kilka lat temu w Slayerze w zastępstwie Hannemana, docisnęło też piętno na większości solówek, oraz krótkim, utrzymanym w duchu Zabójcy z Huntington Park, na wskroś slaylerowskim "Sadistic Embodiment".

Nie tylko szybkość, ale i potworny ciężar osadzony w wolniejszych partiach odnajdziemy w brzmiących wyjątkowo mrocznie "Funeral Cremation" i numerze tytułowym. Chwytliwością, w kategoriach ekstremalnego death metalu, co jasne, atakują za to "Icepick Lobotomy" (ten groove!), "Headlong Into Carnage" czy dynamiczny "Vector Of Cruelty". Na stałe zadomowienie się w koncertowym repertuarze Cannibal Corpse, na miarę niedawnych "Scourge Of Iron" lub "Make Them Suffer", mają też spore szanse "Asphyxiate To Resuscitate", klasycznie brzmiąca petarda "Hollowed Bodies", a przede wszystkim bezapelacyjnie najbardziej zniewalający "Kill Or Become", w którym George "Corpsegrinder" Fisher apeluje dziarsko: "Fire up the chainsaw / Hack their fucking heads off" (już się robi, panie majster!). A skoro jesteśmy już na budowie, nie sposób nie wspomnieć o miażdżącym "Bloodstained Cement" - uwspółcześnionej kwintesencji stylu Cannibal Corpse, jak z najlepszych momentów "Vile" (1996 r.).

Parafrazując słynne hasło z pierwszej polskiej encyklopedii z połowy XVIII wieku: Cannibal Corpse jaki jest, każdy słyszy. "A Skeletal Domain" umiejscawiam jednak wysoko w osobistym rankingu najlepszych dokonań zespołu. Może nie w jednym szeregu z pomnikowymi "Tomb Of The Mutilated" i "The Bleeding" (i absolutnie nie chodzi mi tu o tęsknotę za rykami Barnesa), za to tuż obok "Vile" i "Bloodthirst". Przemilczając najsłabszą okładkę w dziejach Cannibal Corpse, niewątpliwie jedna z najlepszych płyty ery Corpsegrindera.

8/10

Cannibal Corpse "A Skeletal Domain", Mystic Production

Czytaj recenzje płytowe na stronach Interii!

Dowiedz się więcej na temat: Cannibal Corpse

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje