Reklama

Recenzja Ania Szarmach "Shades of Love": Czarująca miłość

Po latach w chórkach, intensywnych studiach akademickich i wreszcie płytach nagrywanych na żywo, Ania Szarmach w końcu zdecydowała się na poważny, złożony album. "Shades of Love" jest pięknie dopracowane, zaśpiewane z uczuciem, zagrane z wyczuciem i czaruje w każdym dźwięku.

Na "Shades of Love" Ani Szarmach nie znajdziemy uczuć gwałtownych, dzikiej namiętności

Sharmi od kilku lat dzielnie przebywa swoją muzyczną drogę - krok za krokiem odkrywa siebie i otaczający ją świat. W 2010 roku odważyła się pokazać swoją autorską twórczość i wtedy - dzięki nominacji do Fryderyków - kojarzyliśmy ją z nurtem r'n'b. Dwa lata później w jej muzyce zabrzmiało więcej soulu, a to m.in. dzięki chórowi Sound'n'Grace, który dodał albumowi "POZYTYWka" szerokiego brzmienia. Po tych muzycznych eksperymentach, chociaż wciąż utrzymanych w pewnym lounge'owym i jazzowo-chilloutowym klimacie, Ania zaszyła się gdzieś daleko z pianistą Frankiem McCombem. Efektem tej muzycznej ucieczki od świata jest piękny, pastelowy album "Shades of Love", który nie tylko w pełni pokazuje wokalne walory Sharmi, ale też jej kompozytorski talent.

Reklama

"Shades of Love" to dwanaście kompozycji, które świetnie oddają muzyczny temat płyty. To właśnie "odcienie miłości", jej cienie - nie barwy, bo na "Shades..." nie znajdziemy uczuć gwałtownych, dzikiej namiętności, strachu czy rozdarcia (może poza niespokojną "Witch", której wiedźmowy temat narzuca rozedrganie kompozycji). Ania Szarmach prowadzi swoich słuchaczy po spokojnych wodach, mieniących się perlistymi akordami fortepianu, łagodnymi współbrzmieniami chórków wokalnych którym nieco pikanterii dodaje nierzadko połamana rytmika perkusji i soulowe brzmienie dęciaków - trąbki, puzonu, saksofonu.

Dużo jest tu zapowiedzianej przez artystkę inspiracji latami 80. i 90. - na pewno za te skojarzenia odpowiedzialne jest charakterystyczne brzmienie syntezatora Rhodesa, czasem głuche brzmienie bębnów. Wszystkie  te elementy łączą się w wysmakowany łagodny pejzaż, za którego perfekcyjny kształt odpowiedzialne jest zacne i spore grono świetnych muzyków, współpracowników i producentów, ale przede wszystkim - sama autorka i interpretatorka swoim kompozycji, Ania Szarmach.

Na piękne brzmienie "Shades of Love" złożyło się wiele czynników - Ania na pewno nabrała muzycznej wprawy i nieco okrzepła w tematach soul-jazzowych, dzięki czasowi spędzonemu z Frankiem McCombem. W nowych utworach Ani uwagę zwracają piękne partie fortepianowe Grzegorza "Jabco" Jabłońskiego, słychać też producenckie dopracowanie Macieja Golińskiego "Envee". Dobrze, że po latach Sharmi zdecydowała się na studyjną sesję - ten profesjonalizm brzmienia i samej muzyki na "Shades..." doskonale słychać.

Jestem jednak pewna, że i bez pomocy wszystkich wybitnych współpracowników, podczas akustycznego koncertu materiał "Shades of Love" obroni się pięknem utworów. Tę pewność daje mi zamykająca płytę, jedyna polska piosenka "Gdzie jest ta miłość", w której pobrzmiewa turnauowska poetyka i doświadczenie całych generacji polskich jazzmanów. Tą akustyczną, niezwykle intymną melodią Ania Szarmach stawia kropkę po świetnym rozdziale, jakim niewątpliwie w jej karierze będzie "Shades of Love".

Ania Szarmach "Shades of Love", Agora

7/10

Sprawdź tekst "Rolling Stones" w serwisie Teksciory.pl!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Ania Szarmach | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama