Reklama

Machine Gun Kelly "Tickets To My Downfall": Ubogi kuzyn [RECENZJA]

Raper Machine Gun Kelly postanowił wrócić do czasów młodości i nagrał płytę w klimatach pop-punkowych, którego to gatunku wówczas słuchał. Ale może czasem warto, aby wspomnienie pozostało tylko wspomnieniem?

Machine Gun Kelly na okładce płyty "Tickets to My Downfall"

Łączenie klimatów gitarowych z rapem to nie żadna nowość. Run DMC nagrywające z Aerosmith, Public Enemy z Anthrax, Beastie Boys wywodzące się ze sceny punkowej i chętnie sięgający po swoje stare instrumenty. Trudno się temu dziwić, skoro Rick Rubin - współtwórca najbardziej kultowej wytwórni hiphopowej w historii, Def Jam Recordings (która wydawała też wyżej wymienione rzeczy) - był współtwórcą sukcesu Slayera i odkrył System of a Down.

Reklama

Dziś Rubin jest zresztą bardziej kojarzony z rockiem i metalem niż rapem. Nie można też nie wspomnieć o wielkim sukcesie, jakim była ściezka dźwiękowa do filmu "Judgement Night", na której Pearl Jam potrafił spotkać Cypress Hill, a Biohazard nagrywał z Onyx. Można wymieniać i wymieniać, bo było tych udanych prób łączenia gatunków całkiem sporo.

Ale co z sytuacją, gdy raperzy postanawiają zupełnie zmienić gatunek? Boleśnie przejechał się na tym zakochany w alternatywnym rocku raper Logic, którego "Supermarket" pozostaje jedną z najgorzej ocenianych płyt 2019 roku. Machine Gun Kelly na "Tickets To My Downfall" zdecydował się na równie radykalną woltę stylistyczną i... równie nieudaną.

To nie tak, że nie można było się przygotować na "Tickets To My Downfall", bo już zeszłoroczne "Hotel Diablo" chętnie brało na tapet gitarę elektryczną. Kończące płytę "I Think I'm Okay" było zresztą numerem czysto rockowym i naprawdę nie obraziłbym się, jakby nowy album MGK tak brzmiał. Przynajmniej byłby znośny. Ale tak nie brzmi.

MGK zrezygnował zupełnie z rapowania i elektroniki. Na nowej płycie głównie śpiewa, a towarzyszą mu gitara elektryczna, gitara basowa i perkusja. Brzmi zachęcająco? "Tickets To My Downfall" to powrót do pierwszej dekady XXI wieku, gdy z wypiekami na twarzy słuchało się takich zespołów jak Blink-182, The Offspring czy Fall Out Boy czy nawet Paramore (to zabawne, gdy w "Forget Me Too" Halsey brzmi bardzo, bardzo podobnie do Hayley Williams). Ale nawet nie z czasów, gdy ci silili się na odrobinę kreatywności.

Niestety "Tickets To My Downfall" brzmi jak ubogi kuzyn tych zespołów. Przypomina trochę ten mem, w którym dziewczynka próbuje odrysować kota i wychodzi jej pokraczny rysunek - niby bez problemu można tu rozpoznać wzór, ale nie za bardzo można się nim zachwycić. Albo ten, w którym dziecko prosi o Blink-182, a matka odpowiada, że przecież mają Blink-182 w domu. Dobra, dość.

Jakie są więc podstawowe problemy nowego MGK? Przede wszystkim totalna przezroczystość - te piosenki brzmią jakby były pisane z pop-punkowego generatora. Jest trzymanie się schematu, ale brakuje czegoś, co mogłoby zatrzymać słuchacza na dłużej. Mało tu dobrze napisanych, tkwiących w pamięci refrenów oraz melodii, które pozwoliłyby zostać przy tych piosenkach.

Najlepiej pod tym kątem prezentuje się pomysłowe pod kątem aranżu "Concert for Aliens" czy pozbawione bezsensownych szarży i faktycznie wkręcające się "Kiss Kiss". Ale szybko zorientujecie się, że "Bloody Valentine", "Drunk Face" czy "Jawbreaker" to piosenki, które próbowano pisać w podobny sposób z o wiele gorszym skutkiem.

Totalnie nietrafionym pomysłem jest próba łączenia tej pop-punkowej stylistyki z trapowymi hi-hatami w "All I Know" czy "My Ex’s Best Friend" - brzmi to jakby piosenka była mixowana w dwóch różnych studiach, z których każde specjalizuje się w jednej stylistyce, ale nie za bardzo wie, jak ugryźć ją z drugą.

Dużo tu przesłodzenia i ograniczania się. Z najbardziej agresywnego na płycie "WWIII" dałoby się wyciągnąć o wiele więcej, gdyby tylko pozwolić muzykom na puszczenie hamulców. Tekst jest wulgarny, perkusja gna tu w tempie nieokiełznanym, ale pełzająca w tle słodka melodia sprawia, że efekt końcowy przypomina co najwyżej pierwszą reakcję na zobaczenie grupy Babymetal. A to wykrzyczane "f*ck" brzmi tak bezsilnie, jakby w dniu nagrywania i w dniu poprzedzającym MGK nic nie jadł.

I co z tego, że Machine Gun Kelly potrafi śpiewać, że ma autentycznie przyjemny głos, a wchodząc w górki włącza mu się fajna chrypka, skoro ostatecznie piosenki śpiewa na dokładnie tę samą modłę? Do tego dochodzą naprawdę okropne teksty, których poziom skomplikowania mógłby zaskoczyć co najwyżej osoby ciągle niemogące przeżyć jedynki za słówka z angielskiego w czwartej klasie podstawówki.

Tu nie potrzebujecie absolutnie żadnego przygotowania intelektualnego, nie traficie na metafory. Wersy są proste do bólu. Działa to wyłącznie w jednym przypadku - skierowanego do córki, szczerego "Play This When I'm Gone", chociaż tutaj od strony wokalnej włączają się jakieś dziwne fałsze, których przemóc nie sposób.

To słodko-gorzki żart, że Machine Gun Kelly i Eminem, będący świetnymi raperami z niesamowicie porządnymi pozycjami w dyskografii, mogli się równocześnie dissować o to, kto uczestniczył w większej liczbie nijakich piosenek popowych. Koniec końców Eminem ma swoje "Revival", Machine Gun Kelly ma swoje "Tickets To My Downfall" - równowaga w przyrodzie została zachowana. Szkoda, że słuchacze muszą na tym cierpieć.

Machine Gun Kelly "Tickets To My Downfall", Universal Music Polska

2/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Machine Gun Kelly | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama