Reklama

Burzum "Thulêan Mysteries": Oppa vargman style! [RECENZJA]

Vikernes opróżnia przepastne szuflady swojego archiwum, przebąkuje o pożegnaniu z muzyką, a efekt jest... No, jakiś jest.

Okładka płyty "Thulêan Mysteries" Burzum

Kilka kwestii na początek: siedem bodaj lat temu Vikernes ogłosił, że pod szyldem Burzum nie pojawi się już żadne nagranie metalowe. Póki co, na nowej płycie, obietnicy dotrzymuje. O ile można to faktycznie nazwać płytą, a nie opcją "sprzątałem szpargały i jakoś tak wyszło", bo niektóre numery z "Thulêan Mysteries" służyły wcześniej jako muzyczne tło na jego Youtube'owym kanale.

Reklama

Stylistycznie to więc nie klimat Oppa Gangvar Style, ale logiczne rozwinięcie tego, co wydawał ostatnio, to jest na płycie z niemądrym tytułem geograficzno-astronomicznym i na "Ways of Yore". Innymi słowy - niezdrowa podjarka starociami z obozu Tangerine Dream przepuszczonymi przez własny, wsobny, vargowski filtr. A filtr ten, z drobnymi zmianami, znamy nie od dziś.

O ile det som engang var (nor. to, co kiedyś było) mogło na dwunasto-trzynastoletnim niżej podpisanym robić w głębokich latach 90. wrażenie czegoś straszliwie niebezpiecznego, a zatem również ekscytującego, biorącego całego ducha rockowego buntu i popychając go do absolutnego ekstremum, o tyle życiowe i artystyczne perypetie Krystiana (obecnie to już nie Krystian i również nie Varg - obecnie to Louis Cachet) w trakcie i po odsiadce budzić mogą już tylko uśmiech politowania.

Między bajki włóżmy (robi to akurat całkiem nieźle raczej nieudany film "Lords of Chaos"), że Norwegia w pierwszej połowie lat 90. stała hordami dotkniętymi członkiem przez samego Lucypera. Nie. Przynosząca zawód prawda była taka, że dzieciakom z niczym niewyróżniających się rodzin należących do norweskiej klasy średniej poprzewracało się w czterech literach. A to, co najpierw miało zdenerwować mamę i tatę po prostu wymknęło się spod kontroli.

O ile jednak większość rzeczonych dzieciaków (choćby Ihsahn i Satyr) ze śmiesznostek młodości wyrosło, o tyle Vikernes organizuje nam na dobrą sprawę te same kocopoły, co podówczas. Z taką może różnicą, że nie jest już naziolkiem, ale "narodowym społecznym konserwatystą". Jakkolwiek śmieszny, nie jest to przypadek odosobniony. I w naszym kraju dosyć powszechnie naziolskiego parcha pudruje się określeniami: "narodowiec". "konserwatysta", a ostatnio także "wolnościowiec".

Przydługi to może i pozamerytoryczny (ale czy na pewno?) wstęp, ale gena nie wydłubiesz. Varg pozostanie Vargiem. Nawet jeśli dziś nie robi sobie fotek w karwaszach i z plastikową bronią sieczną, tylko w czapce z daszkiem uosabia ideały prepperskie, mentalnie nadal siedzi, gdzie siedział. Czyli w małym pokoiku zawalonym kolekcjonerskimi wydaniami Tolkiena, w kajeciku amatorsko rekonstruuje burzum (czyli czarną mowę Mordoru), potem puści sobie "Thulêan Mysteries" i odpali jedynkę "Baldura". I zagłosuje na Konfę.

Jeśli szukacie pseudo-wikińskich wzniosłości, olejcie tę płytę i kupcie coś z obozu Wardruny, bo lepsze. Jeśli szukacie dungeon synthu, bierzcie lepiej ostatniego Mortiisa, bo zabawniejszy. Jeśli z kolei jesteście subskrybentami jakiegoś oddziału Thule-Gesellschaft, cóż... psychiatria to nie moja specjalność. Nie dajcie się jednakowoż przekonać, choćby jazzującym pianinkiem w "A Thulêan Perspective", czy dyskretnym użyciem imitacji saksofonu, że oto macie do czynienia z czymś awangardowym i artystowskim.

Mówimy wszak o kolesiu, którego jedyny wartościowy okres twórczy trwał niewiele ponad rok (styczeń 1992 - marzec 1993) i - abstrahując od tego czy muzyka Burzum nie zdarzyłaby się i tak nawet bez Burzum - jest ojcem takich muzycznych potwórków, jak cała scena blackgaze. A samo "Thulêan Mysteries"... Pod oldskulową sesję RPG jak znalazł. Mnie cofnęło do podstawówkowo-licealnych kudłoszczurzych czasów. Stąd zawyżona ocena.

Burzum "Thulêan Mysteries", Back on Black

5/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Burzum | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje