Reklama

Bon Jovi "2020": Jak Bon Jovi (nie) został Springsteenem [RECENZJA]

Bon Jovi kontynuuje dzieło swojego politycznego aktywizmu. Tym razem nawet mocniej, niż zazwyczaj. I wszystko fajnie, tylko pozostaje kwestia... muzyki.

Jon Bon Jovi na okładce płyty "2020" grupy Bon Jovi

U nas pandemia (technicznie nie do końca "pan-", bo nie występuje na Antarktydzie, czyli nie jest obecna na WSZYSTKICH kontynentach) zbiera coraz większe żniwo, to prawda. Jednak ani naszego stanu paniki, ani czterech tysięcy zakażeń dziennie, przy całym szacunku dla zarażonych i ofiar, nijak nie da się porównać do sytuacji w USA, gdzie COVID pochłonął już więcej żyć, niż wojna wietnamska przez całe dwadzieścia lat swojego trwania (!).

Reklama

A to przecież "zaledwie" tło dla masowych protestów w ramach Black Lives Matter, coraz mocniej refutowanego rasistowskiego modelu społecznego, możliwości że rosyjski kontakt operacyjny nie zechce po przegranych wyborach oddać prezydenckiego stołka i tak dalej. Może to właśnie USA najbardziej w tym roku przekonują, że jesteśmy świadkiem historii, czy idąc za chińskim przysłowiem, a może raczej klątwą: "obyś żył w ciekawych czasach", może właśnie w takich żyjemy. Mając to wszystko w świadomości, trudno dziwić się, że i muzycy zabierają się do politykowania, wszelkiej maści komentarzy społecznych i aktywizmu. Każdy ma nagle ochotę zostać nowym Springsteenem. Bon Jovi, który z wysokości Manhattanu miał doskonałe spojrzenie na swoje miasto, ponownie już w historii najsrożej w kraju doświadczone wydaje więc najbardziej rozpolitykowaną płytę w historii.

Jedni się ucieszą, że ich idol znowu się angażuje, inni powiedzą, że "woleli jak grał muzyczkę, a nie politykował". I ci, i ci mogą tak mówić. Tym drugim jednak przypomnę, że muzycy, jak każdy obywatel, mają prawo do takiej działalności. A z racji podróżowania, a co za tym idzie poznawania przeróżnych ludzkich perspektyw, mają nieraz po temu wyższe kompetencje niż ktoś, kto całe życie doił krowy w Brzeszczach. Just sayin'.

I tak po kolei. "American Reckoning" powstało pod wpływem morderstwa dokonanego przez policjantów na George'u Floydzie, "Do What You Can" to już temat czysto covidiański, "Lower the Flag" odnosi się do zeszłorocznej strzelaniny w Dayton, Ohio, w której zginęło 9 osób (ironicznie pozdrawiamy NRA). Wreszcie "Unbroken" podejmuje temat żołnierzy zmagających się ze stresem pourazowym, a "Blood in the Water" emigrantów, umierających w trakcie prób ucieczki ze stref wojny, czy zwyczajnej biedy.

Zaskoczeni? Też byłem. Pozytywnie oczywiście. Bo na papierze taki wybuch zaangażowania i empatii może tylko człowieka cieszyć, o ile nie jest jakimś skończonym szurem i incelem (a sam nazywa się "wolnościowcem" oczywiście). Radość kończy się jednak tam, gdzie zaczyna się muzyka.

Bon Jovi debiutowali w tym samym roku, w którym się urodziłem. Pierwsze wspomnienia ze zdobytej w 1991 bodaj kablówki to specjalne weekendowe maratony Bon Jovi i Aerosmith w MTV, która podówczas grała jeszcze muzykę. "Keep the Faith" było jedną z pierwszych kaset, jakie nabyłem w lokalnym sklepie muzycznym.

Niestety, po "These Days", coś się temu zespołowi stało w talent. Melodie stawały się coraz bardziej prostackie i wysilone, produkcja coraz sterylniejsza, do poziomu takiego plastiku, że wypadałoby je trzymać poza zasięgiem dzieci i większości zwierząt gospodarskich. A charakterystyczną dawniej, a dziś już najwyżej śmieszną, żabio-kaczą manierę wokalna lidera trudno traktować w kategoriach innych niż niezamierzenie autoparodystyczną czy wręcz groteskową.

Na płycie szumnie zatytułowanej "2020", a więc z pretensją do jakiegoś wydarzenia historycznego, czy przynajmniej kronikarstwa, nie znajdziecie ani jednego numeru, który tak postawionej poprzeczki by dosięgał. Dostaniecie dziesięć kompozycji w stylistyce którą zazwyczaj określa się dad-rockiem (po naszemu dziad-rockiem) czy nawet butt-rockiem. Kompletnie wyzutych z jakiegokolwiek polotu. Takich, które z oczami kota ze Shreka skomlą i błagają nas z radiowej playlisty, żebyśmy zmusili się do wysłuchania ich ponownie, albo chociaż dosłuchania do końca.

To jest tak granicznie niedobry, nieudany, niesłuchalny album, że na poziomie drugiego podejścia do niego każdy atom w moim ciele histerycznie drży opanowany żądzą ucieczki. Byle jak i byle gdzie, byle tylko ani przez sekundę nie wysłuchiwać już egzaltowanych lamentacji dziada, który jako chyba jedyny już na świecie wierzy we własną, dawno minioną, boskość. Miał być Springsteen, a jest gorący oddech emerytury. Odczuwalny nie tylko na plecach.

Bon Jovi "2020", Universal

3/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Bon Jovi | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje