Reklama

Reklama

Billie Eilish "Happier Than Ever": Wysublimowana ironia [RECENZJA]

Szalona EP-ka, chwytliwe single (wpierw "Ocean Eyes", potem "Bad Guy"!), szeroko komentowany i obsypany nagrodami Grammy longplay. Mało? Niech będzie jeszcze ta piosenka dla Bonda i wpływ na fanów, którym spodobały się nie tylko zielone włosy. Billie Eilish była zjawiskiem nie tylko dla zasmuconych nastolatek, ale i dla całej branży poszukującej charyzmatycznej persony, która wniesie coś nowego do współczesnego popu. Po takich sukcesach oczekiwania były olbrzymie, ale czy udało się je spełnić?

Billie Eilish na okładce nowej płyty

Tak, i to z nawiązką, bo "Happier Than Ever" raz, że nie cierpi na syndrom drugiej płyty, a dwa jest zwyczajnie lepszy od poprzednika. Publika i dziennikarze powinni być zadowoleni i tyczy się to także samej Billie Eilish, mimo że najnowszy longplay siły przebicia "When We All Fall Asleep, Where Do We Go?" nie ma. Artystka udowadnia jednak, że kluczowe są rozwój i poszukiwanie własnej drogi, a swój fenomen, tym razem w trochę innej formule, potrafi racjonalnie wytłumaczyć. Najprościej jak się da. Świetnymi piosenkami.

"Happier Than Ever" uderza autentycznością, ale już od samego początku można odnieść wrażenie, że Billie Eilish igra ze słuchaczem. Szczęśliwsza niż kiedykolwiek? To tylko pozory. Tytuł jest dość przewrotny, bo wokalistka opowiada o popularności i ciężarze sławy, co przekłada się na zamianę przyjemności na regularną, tytaniczną pracę w domowym, kalifornijskim studiu. Śpiewa o codziennym życiu w pandemicznym świecie. Izolacji, samotności i dostosowaniu społeczeństwa do zupełnie nowej sytuacji. O relacjach damsko-męskich, skutkach oglądania pornografii, dorastaniu i body shamingu. Rzeczach ważnych zarówno dla nas wszystkich.

Reklama

Teksty to jedno, ale na uwagę zasługuje również forma. Podobać się może spoken word w patetycznym "Not My Responsibility". Świetnie brzmi jej doniosłość w głosie w "Everybody Dies". Będę chwalił za naturalne przejście ze śpiewu do melorecytacji w "Therefore i Am", które jest mniejszym bratem legendarnego już "Bad Guy". Tak, świetnie potrafi operować wokalem, mimo że na dłuższą metę jego spokój staje się męczący, wręcz usypiający.

Szczerość Billie Eilish zyskuje jeszcze bardziej dzięki głównemu producentowi - Finneasowi. Brat artystki przygotował solidny grunt, łącząc akustyczne dźwięki i oszczędny, pulsujący, momentami wręcz wysublimowany, awangardowy pop. Specyficzne brzmienie jest tu dopracowane i dopieszczone do granic możliwości. Tak bardzo, że każdy detal ma kolosalne znaczenie. Wysamplowane szczekanie psów w "I Didn't Change My Number" to tylko jeden z przykładów, kiedy maleńki fragment zwyczajnie dodaje jakości.

Weźmy też takie "I Didn't Change My Number" - ślamazarny, ascetyczny podkład w swojej końcowej fazie zmienia się w igranie z paranoicznymi dźwiękami. Jak to się ma do akustycznego, pięknego "Your Power" i "Male Fantasy" czy leniwego "Billie Bossa Nova"? Cóż, kontrasty, których jest tu naprawdę wiele.

Kwasowość "Therefore I Am" czy "OverHeated" przecina się z filmowym "Everybody Dies" i triphopowym "Lost Cause". Hipnotyzujące "NDA" czy "Getting Older" ściera się z rozbudowanym, rosnącym tytułowym numerem, którego końcowa faza przecina psychodeliczne gitary z chórem i krzykami. Albo "Goldwing" - zachwyca przestrzenią i swoją eterycznością, po czym przechodzi w transowy, muskularny beat, który każdy traper chciałby mieć na swoim albumie.

Dwuletnia przerwa sprawiła, że Billie Eilish stała się dojrzalsza, ale "Happier Than Ever" nie ma tak potężnego wydźwięku. Może to i dobrze, bo jednak świadomość własnej wartości i konsekwentna praca zaowocowały efektem w postaci jednej z najlepszych płyt roku. Nie tylko głośnych, ale i piekielnie dobrych.

Billie Eilish "Happier Than Ever", Universal Music Polska

8/10

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Billie Eilish | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje