"Legenda, a nie potrafi sprzedać u nas koncertu". Gwiazdy, których kult nie docierał do Polski
Lata obecności Polski po wschodniej stronie żelaznej kurtyny sprawiły, że po upadku ustroju komunistycznego masowo nadrabialiśmy zaległości muzyczne, którym w PRL-u nie udało się do nas "przemycić" przez sprytnych prezenterów radiowych. Nie wszystkim muzykom, którzy cieszyli się legendarnym statusem na Zachodzie, udało się zdobyć takowy w Polsce. W tym tekście zajmiemy się 7. takimi przypadkami.

David Bowie
Zanim osądzicie mnie od czci i wiary, że na samym początku zestawienia umieściłem Davida Bowie'ego, spójrzmy na fakty. Owszem, wiele zawdzięcza Polsce - w końcu Warszawie poświęcił utwór z legendarnej płyty "Low" z 1977 roku, zainspirowany jego przesiadką na trasie Moskwa-Paryż cztery lata wcześniej. Ale czy polscy słuchacze odwzajemniali to zainteresowanie? Cóż, niekoniecznie.
W czasach PRL-u pojedyncze utwory muzyka przewijały się co prawda w Programie Trzecim Polskiego Radia, ale Bowie'emu daleko było do pozycji, jaką mógł się pochwalić w zachodnim świecie. Upadek komunizmu wiele w tej kwestii nie zmienił. Wystarczy wspomnieć, że w 1997 roku muzyk miał zagrać koncert na stadionie Lechii Gdańsk z okazji 1000-lecia istnienia miasta. Do występu jednak nigdy nie doszło, gdyż biletów sprzedało się - jak na ironię - zaledwie 1000.
Dopiero w pierwszej dekadzie XXI wieku popularność Davida Bowie'ego w Polsce zaczęła doganiać jego status na Zachodzie, o czym świadczyły wielkie sukcesy albumów "The Next Day" oraz wydanego 3 dni przed śmiercią artysty "Blackstar".
Big Star
W Stanach Zjednoczonych Big Star to grupa obdarzona dziś ogromnym kultem. Owszem, w momencie wypuszczenia ich pierwszych płyt na światło dzienne w latach 70. docenienie przyszło głównie ze strony krytyków muzycznych. Jednak brak sukcesu komercyjnego sprawił, że zespół rozpadł się zaledwie po czterech lat działalności.
Nazwa zespołu wówczas była kompletnie nieadekwatna, ale okazała się prorocza. I nim dojdziemy do tego momentu, warto tu wspomnieć, że nie dożył go wokalista i gitarzysta grupy, Chris Bell, który niedługo po rozpadzie Big Star w wyniku wypadku samochodowego dołączył do Klubu 27.
Nazwa zespołu pojawiła się na ustach słuchaczy w momencie, gdy muzycy R.E.M. i The Replacements, świętujący swoje pierwsze sukcesy komercyjne, nazywali otwarcie Big Star jedną ze swoich największych inspiracji. Rosnący kult doprowadził w latach 90. do reaktywacji, a krytyków do odkrywania ich dyskografii na nowo i zalewania najwyższymi możliwymi notami. Zresztą ich pierwsze trzy płyty nagrane w latach 70. trafiły na listę 500. najlepszych albumów wszech czasów według magazynu Rolling Stones. Trudno natomiast nie odnieść wrażenia, że u nas naprawdę mało kto o nich słyszał.
UFO
Zespół, który wymieniany jest jednym tchem z Deep Purple czy Led Zeppelin, a do inspiracji nimi przyznawali się muzycy Iron Maiden oraz Def Leppard. W kategorii legend szarpania strun wyniósł również wysoko Michaela Schenkera - niemieckiego muzyka, a prywatnie młodszego brata Rudolfa Schenkera z grupy Scorpions, w której zresztą gościł w kilku inkarnacjach.
Choć riffy rozpoczynające "Doctor Doctor" z "Phenomenon" kojarzy prawdopodobnie każdy fan hard rocka, a muzycy kilkukrotnie grali w Polsce, ich rozpoznawalność znacząco ustępuje wspomnianym zespołom. Przez to też trudno było im liczyć w kraju nad Wisłą na osiągane przez tamtych bez problemu koncerty stadionowe. Tym samym UFO w Polsce, choć ma bardzo wierną grupę fanów, pozostaje formacją rozpatrywaną raczej w kategorii "ulubionych zespołów twoich ulubionych zespołów".
XTC
A skoro mowa o ulubionych zespołach twoich ulubionych zespołów, nie sposób nie wspomnieć w tym tekście o XTC. Choć Wikipedia bywa wątpliwym źródłem danych, to warto tu potraktować ją jako wyznacznik w trochę inny sposób: polski wpis o zespole to zaledwie jeden akapit tekstu oraz obowiązkowe wymienienie wszystkich płyt w dyskografii, anglojęzyczna wersja natomiast obfituje w kilkadziesiąt tysięcy znaków wypełnionych masą szczegółów.
Trudno wyobrazić sobie, gdzie by był britpop i alternatywny rock lat 90., gdyby nie zarówno wczesny, nowofalowy okres XTC, jak i bardziej wysmakowana power popowa inkarnacja zespołu. Ba, John Frusciante wprost wymieniał XTC jako główną inspirację dla albumu "By The Way" Red Hot Chili Peppers - zapewniam was, że to słychać.
The Durutti Column
Wspomniałem o gitarzyście "papryczek", więc wyobraźcie sobie sytuację, w której John Frusciante ogłasza cię najlepszym gitarzystą w historii muzyki. Znana plotka głosi natomiast, że w jednym z wywiadów Brian Eno nazwał twoją płytę najlepszym krążkiem wszechczasów. W takim razie twój status musi być legendarny, prawda?
W krajach anglojęzycznych, owszem. Ale jeżeli mieszkasz w Polsce i słyszałeś o The Durutti Column - projekcie skupionym przede wszystkim wokół gitarzysty Viniego Reilly'ego - prawdopodobnie w codziennym życiu unikasz jak ognia muzyki radiowej i co roku jeździsz na OFF Festival (tak jak autor tych słów). Co ciekawe, część muzyków, którzy zdobywali doświadczenie, towarzysząc Reilly'emu w studiu i na scenie, utworzyło później o wiele bardziej znany u nas zespół… Simply Red.
Gang of Four
Na tym etapie pisania tekstu myślę, że grupy, którymi inspirowali się muzycy R.E.M. i Red Hot Chili Peppers muszą mieć w Polsce z jakiegoś powodu pod górkę. Gang of Four to bowiem zespół, który jako wzór stawiali sobie zarówno Michael Stipe, jak i Flea, a wyraźne wpływy słychać również w Rage Against the Machine czy Nirvanie. Niewątpliwie to im zawdzięczamy niespotykaną przed nimi mieszankę lewicowo zaangażowanego punk rocka oraz disco-funkowej energii w sekcji rytmicznej.
Z pochodzenia wspomnianych zespołów możecie łatwo wywnioskować, że Gang of Four osiągnęli w USA sukces znacznie większy niż w rodzimej Anglii. W Polsce za to zagrali dwukrotnie - w 2011 roku podczas OFF Festivalu w Katowicach oraz w 2015 roku w Warszawie - ale nie były to występy, które obiły się szerokim echem.
Black Flag
Choć zasadność dowodów anegdotycznych bywa wątpliwa, muszę tu wspomnieć o sytuacji przygotowywania się do tego tekstu. Tezę o popularności Black Flag postanowiłem wypróbować na swoim koledze, 50-letnim byłym punkowcu, który na niejednym Jarocinie kanapki jadł, a wielokrotnie podczas rozmów jednym tchem wymieniał polskie oraz brytyjskie zespoły punkowe i hardcore punkowe. O amerykańskim Black Flag - ku mojemu zaskoczeniu - jednak nigdy nie słyszał.
Tymczasem w Stanach Zjednoczonych to formacja wręcz kultowa - szeroko rozpoznawalna również poza gronem punkowym. Szczególnie mowa tu o inkarnacji z lat 1981-1986 z Henrym Rollinsem na wokalu, która niejednego coveru wśród innych popularnych zespołów się doczekała. Sam Rollins - owszem - wystąpił kilka razy w Polsce, przede wszystkim ze swoim projektem spoken wordowym. Black Flag, aktywne - z przerwami - do dziś, zagrało natomiast tylko raz, w 2003 roku.
W kraju Orła Białego nie można im odmówić istnienia grupy oddanych fanów, ale jaka jest procentowa szansa, że ktoś spytany na ulicy będzie ich kojarzył? Otóż to.


![Twój, Dawid: Nie chcę być wydmuszką na reklamach [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ0S4GYILGKH-C401.webp)

![The Rumjacks: "Zakochaliśmy się w podejściu Polaków do muzyki" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ4WC9AM9HLM-C401.webp)



