Bad Bunny spróbuje swoich sił w świecie filmu. Tym razem wokalista dostał główną rolę
Ostatni rok w muzyce należał do Bad Bunny'ego, a tegoroczne rozdanie statuetek Grammy tylko to potwierdziło. Portorykańczyk zgarnął nagrodę w najważniejszej kategorii wieczoru za album "DeBÍ TiRAR MáS FOToS" (pierwszy raz w historii za album hiszpańskojęzyczny) i wystąpił podczas Super Bowl Halftime Show, który przez wielu fanów wydarzenia jest nazywany tym "podsumowującym karierę muzyczną". Teraz okazuje się, iż gwiazdor spróbuje swoich sił w świecie filmu.

To jest bardzo dobry czas dla Bad Bunny'ego. Przypomnijmy, że artysta ma na swoim koncie masę prestiżowych wyróżnień: 6 nagród Grammy, 17 nagród Latin Grammy, 16 nagród Billboard Music Awards i aż 54 nagrody Billboard Latin Music Awards, co czyni go jednym z najchętniej nagranych artystów ostatnich lat.
Na kolejny ruch Bad Bunny'ego w show-biznesie czeka cały świat. "Ciekawe, co teraz zrobi" - zastanawiają się fani w serwisie X, skrupulatnie patrząc na jego ręce i poczynania. Jego nowe plany, choć niezwiązane ściśle z muzyką, nadal oscylują pomiędzy światem kultury. Co ma w planach?
Bad Bunny ma teraz swoje pięć minut. Jakie wokalista ma plany na przyszłość?
Po raz pierwszy w 60-letniej historii finału NFL, flagowy występ został zaprezentowany głównie w języku hiszpańskim. 13-minutowy występ gwiazdy zawierał w sobie takie hity jak "Nuevayol" i "Baile Inolvidable", a także gościnne występy Lady Gagi i Ricky'ego Martina. Ostatnim utworem był "DtMF", tytułowy utwór z albumu "Debí Tirar Más Fotos", który zdobył kultową nagrodę Grammy. Wokalista zszedł z boiska z piłką futbolową w dłoni, śpiewając przed billboardem z napisem: "Jedyną rzeczą potężniejszą od nienawiści jest miłość".
Jak się okazuje, Bad Bunny nie zwalnia tempa i poszerza pole swoich artystycznych wyborów. Piosenkarz zagra w dramacie historycznym "Porto Rico", co, mając na myśli pochodzenie gwiazdora, idealnie wpasowuje się w jego wrażliwość.
Zobacz również:
Za reżyserię odpowiada René Pérez Joglar, zdobywca Grammy i portorykański raper znany jako Residente - to jego pełnometrażowy debiut reżyserski. Film opisywany jest jako "epicki karaibski western". Twórcy określają tematykę filmu w kontekście opowieści inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami o początkach Portoryko.
"Marzyłem o zrobieniu filmu o moim kraju od dziecka. Prawdziwa historia Portoryko zawsze była otoczona kontrowersjami. Ten film to potwierdzenie tego, kim jesteśmy - opowiedziane z intensywnością i szczerością, na jakie zasługuje nasza historia" - przyznaje René Pérez Joglar, a fani Bad Bunny'ego już nie mogą się doczekać, aż zobaczą go na wielkim ekranie.
"Ten film wpisuje się w tradycję dzieł, które głęboko kochamy - od 'Ojca Chrzestnego' po 'Gangi Nowego Jorku'. To filmy, które ekscytują nas intensywnym dramatem, wyrazistymi bohaterami i charakterystycznymi epokami, a jednocześnie zmuszają do zmierzenia się z cieniem kryjącym się pod amerykańską narracją idealizmu. Wszyscy wiedzą, jakim poetą języka i rytmu jest René. Teraz zobaczą także, że jest wizjonerem obrazu. Połączenie jego i Bad Bunny'ego, by opowiedzieć prawdziwą historię korzeni Portoryko, będzie jak płomień trafiający na laskę dynamitu, która czekała na iskrę" - przyznał Edward Norton, który u boku Javiera Bardema oraz Viggo Mortensena również znalazł się w obsadzie.
Co ciekawe, dla Bad Bunny'ego będzie to pierwszy film z zagraniem głównej postaci. Wcześniej gwiazdor zachwycił w "Bullet Train" u boku Brada Pitta oraz w produkcji "Złodziej z przypadku" w reżyserii Darrena Aronofsky'ego.









