Great September 2025: wszystko jest dobrze i wszystko w sam raz [RELACJA]
Great September znowu był dla mnie (w zasadzie) zakończeniem sezonu festiwalowego. Taki ostatni weekend, podczas którego można odkryć jeszcze kilka nowości, posłuchać klasyków i to wszystko w towarzystwie najlepszych ludzi z branży.

Great September w tym roku odbył się w dniach 11-13 września, tradycyjnie w Łodzi. Ominęła mnie poprzednia edycja, porównywać więc mogę do tej sprzed dwóch lat, a trochę się zmieniło i to wszystko na plus. Na pewno dużym problemem wcześniej było to, że na tym festiwalu głównie się chodziło - raz na Piotrkowską 2, raz na 274… Teraz wszystkie kluby i centrum dowodzenia były zlokalizowane dość blisko siebie, więc kroków natarganych mniej, za to więcej koncertów na koncie. Tylko pogoda po staremu, zawsze musi być trochę deszczu.
Nie zmieniło się też to, że można liczyć tylko na dobrą muzykę, ale do koncertów jeszcze dojdziemy. Wspomnijmy najpierw, że przecież Great to też - albo przede wszystkim, to zależy - konferencja. Podzielona w tym roku na Great Story, Great Talks i Great Lab, czyli opowieści, rozmowy i warsztaty. I tak można było posłuchać m.in. dyskusji, jak zamknąć nielegalny obieg biletów, dlaczego nostalgia wciąż jest modna, o nowej fali ludowości albo czy "raper z talent show" ma w ogóle rację bytu. Tematy dość niesztampowe, bo włócząc się po showcase'ach można zauważyć pewną powtarzalność, a tu proszę, dla każdego coś ciekawego.
Podobnie jak i w strefie koncertów. Nie będę wymieniać wszystkich grających przez te trzy dni w Łodzi, bo mnie noc zastanie, ale kilka muszę skomentować. Pierwszego dnia na pewno na uwagę zasługiwał projekt specjalny Next Music - Dojrzewanie, do którego swoje pięć groszy dołożyli: LOR, Dziwna Wiosna, ZUTA, Karolina Czarnecka, Stach Bukowski, Jacko Brango, Gaya i Tom Pigment. Dawid Karpiuk kiedyś mówił mi, że "chodzi też o to, żeby rzeczy, które się czuje, były takie silne, żebyś czuła, że prawie umierasz. Dla mnie emocje wyłącznie, jak są rozj..ane na maksa, to są ciekawe", ale i z tym trzeba sobie jakoś radzić, a uczestnicy Dojrzewania mówili właśnie o zdrowiu psychicznym. Dwie-trzy piosenki jednego artysty, wideo z wypowiedzią, kolejny artysta… Dobra formuła, niepozwalająca się zmęczyć, a przy okazji przekazująca to, co muzycy chcieli przekazać.
O Ruskich Kotkach nie mogę za dużo powiedzieć, poza tym, że to jeden z tych koncertów, na których nie masz pojęcia czemu, ale nie możesz odejść spod sceny. Opisać by to można chyba słowem "kamp". Mi tam się podobało. Na tej samej scenie, czyli w Łodzi Kaliskiej, grała potem Zofia Justyńska z projektem, który debiutował na grejtowej scenie. Czego, swoją drogą, w ogóle nie było słychać. Jeśli lubicie słuchać rzeczy delikatnych i wpadających w ucho jednocześnie, to to będzie dobry wybór. Do tego saksofon i skrzypce - top. Do listy polecanych z tego dnia śmiało można dołożyć też Tonfę w sojuszu z Kosmonautami w klubie Prywatka (który był dość zaskakującym miejscem koncertowym, bo na co dzień to podobno true dyskotekownia) i Ninja Episkopat w Woolturze. Jazz not dead.
Z drugiego dnia mogę pochwalić oczywiście czteroosobowy duet Sw@da x Niczos, których chwaliłam już przy Męskim Graniu i podtrzymuję, mogę pochwalić Mona Polaski, których teksty znam, odkąd zobaczyłam ich pewnie na jakimś Next Feście… Ale najważniejszy dla mnie był koncert Lecha Janerki. I tak, wiem, że na showcase'y jeździ się, żeby poznawać tych młodych i jeszcze małych, ale są legendy i muzyczne miłości, których nie możesz odpuścić. Koncert odbył się w pięknym wnętrzu Teatr Club. Dostaliśmy kilka piosenek z "Gipsowego odlewu falsyfikatu", choćby "I moll", "Chyba", "Lewituj" czy "Nie śpię, śpię i nie śpię". Jeśli ktoś jeszcze nie słuchał tej płyty, to zapraszam do sprawdzenia. Były też mniej oczywiste "Zero zer" czy "Labirynty", oczywiście "Wieje" i najukochańsze moje "Wyobraź sobie". I przysięgam, że nie zobaczycie w życiu nic bardziej uroczego, niż Lech i Bożena Janerkowie uśmiechający się do siebie. Takich uśmiechów wszystkim nam życzę.
Trzeciego dnia sprawdzałam rzeczy z poleceń lub swojej tworzonej cały czas listy "rzeczy do zobaczenia na żywo" i na pewno przyjemny, godny powtórzenia koncert dały Powaby, zobaczyłam też w końcu bukiet. w wersji live i warto było, warto. Ale był ze mną jeszcze Tymek Hołysz, więc dajmy mu tu, proszę, trochę miejsca. Łączymy się z Tymkiem, halo, Tymku?
"Zdecydowanie największym zaskoczeniem tego festiwalu była kolaboracja rapowego duetu Tonfa oraz jazzowej grupy Kosmonauci. Wiedziałem, że będzie dobrze, obie ekipy w swoich 'klasycznych' wydaniach wypadają na żywo fenomenalnie, o czym miałem okazję przekonać się wielokrotnie. Tutaj show wzniósł się jednak na zupełnie inny poziom. Solówki Miłosza Pieczonki, Bartłomieja Lucjana, Tymona Kosmy i Jana Pieniążka mistrzowsko dopełniali swoimi zwrotkami kaserolaaa i kierat. Ten koncert potwierdził, że romanse polskiej sceny hiphopowej i jazzowej to nie tylko dobrze wykalkulowane kompozycje z przestrzenią do rapowania, ale okazja do świetnej wymiany artystycznej przyszłości obu gatunków.
Tytuł najlepszego koncertu tego wydarzenia muszę rozdzielić z kolei pomiędzy Węże, Kosmę Króla, Ninja Episkopat i Lecha Janerkę. Każdy z wymienionych twórców na swój sposób i w swoim gatunku - bo mamy tu kolejno hardcore punk, hip hop i jazz - całkowicie pozamiatał. W przypadku pierwszego z zespołów mieliśmy do czynienia z bardzo dobrze dopracowanym koncertem, który porywał nie tylko swoją energią, ale i brzmieniem oraz inkluzywnością. Kosma Król to z kolei młody, acz wyjątkowo charyzmatyczny raper, bardzo mocno stawiający na technikę, świetny kontakt z publicznością i fe-no-me-nal-ny freestyle. Ninja Episkopat zaprezentowali się z wyjątkową mieszanką jazzu, elektroniki i metalowych wpływów, prezentując materiał z płyty "All Thoughts Are Bad Thoughts". Z niecierpliwością wyczekuję kolejnego, o którym muzycy opowiedzieli trochę przy okazji naszej rozmowy (sprawdźcie poniżej), a jest na co czekać.
No i Lech Janerka, który chyba nie dziwi nikogo w tym podsumowaniu. Klasa sama w sobie i to na dodatek w przepięknym klubie Teatr. Choć brakowało mi nieco materiału Klausa Mitffocha, Janerka świetnie dobierał spokojniejsze utwory, tworząc wyjątkowo intymną atmosferę przełamywaną przeuroczymi uśmiechami w stronę grającej na wiolonczeli żony Bożeny. Krótko mówiąc, koncert nie do zapomnienia".
Krótko mówiąc, dość zgodni z nas ludzie albo po prostu top koncertów tej edycji jest jeden. Takich zakończeń sezonu życzylibyśmy sobie zawsze. Grono osób przyjeżdżających do Łodzi z własnej woli powiększa się!











![The Rumjacks: "Zakochaliśmy się w podejściu Polaków do muzyki" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ4WC9AM9HLM-C401.webp)




![Wojtek Mazolewski Quintet: Zabrakło wody, nie zabrakło energii [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000LYP8B36J9NKTG-C401.webp)