Pierwszy dzień Clout Festival: Oddali hołd zmarłej legendzie
Pierwszy dzień największego w Polsce festiwalu dla fanów zagranicznej sceny rapowej już za nami. Zobaczyć mogliśmy m.in. koncerty Denzela Curry'ego, Ferga, Yeata czy długo wyczekiwanego A$AP Rocky'ego. Sprawdźcie, jak było!

Choć rapowa scena zza oceanu jest dużo bliższa mojemu sercu niż nasza rodzima (z wyjątkami oczywiście), z Clout Festivalem dotychczas się mijałem. Zwyczajnie nie było mi po drodze ze względu na inne zobowiązania, ale tym razem line up sprawił, że nie mogłem odpuścić i choć pierwszego dnia bawiłem się bardzo dobrze, zdarzyło się kilka potknięć.
Clout Festival: dzień pierwszy
Na otwarcie dnia wybrałem się na główną scenę, gdzie akurat grał Ferg. Choć A$AP zniknęło z jego ksywki już jakiś czas temu, na scenie wciąż czuć było ducha kolektywu przy numerach takich jak "New Level" czy "Yamborghini High", które poświęcone zostało zmarłemu w 2015 roku A$AP Yamsowi. Przed utworem Ferg prosił publiczność o minutę ciszy dla jednego z założycieli grupy. Cały set, choć pełen znanych przebojów i kilku nowości wydawał się trochę mało energetyczny. Zabrakło mi też trochę faktycznego rapowania, ale i tak nie był to najbardziej ekstremalny przypadek tego dnia.
Następnie przeniosłem się pod scenę Pepsi, gdzie grać zaczynał YT. Londyński reprezentant nowofalowych brzmień zebrał całkiem sporą publiczność i uraczył nas kawałkami takimi jak "#PURRR", "Diamonds" czy "Grils Trip". W pewnym momencie ze sceny padło "Warszawa, zróbcie hałas", które później powtarzane jeszcze kilkukrotnie, z każdym następnym razem brzmiało coraz lepiej, szacun za wysiłek, bo w niektórych przypadkach nawet proste "dziękuję" wychodzi dość pokracznie.
Po powrocie na główną scenę doświadczyłem zdecydowanie koncertu dnia. Denzel Curry wparował na scenę z przeogromną energią i zapodał set, który zadowolił chyba każdego fana. Znalazło się trochę przebojów z wydanego w zeszłym roku "King Of The Mischievous South Vol. 2", "Walkin", które wywołało ogromny entuzjazm wśród publiczności, no i cudowne perełki w postaci "SUMO | ZUMO" z basem który czułem w całym ciele, kultowym "CLOUT COBAIN | CLOUT CO13A1N" i technicznym "Ultimate". Świetnie wypadło też "DIET_" nawinięte pod bit z "tv off" Kendricka Lamara. Przy "HOT ONE" na scenie pojawił się też Ferg, który zarapował swoją gościnną zwrotkę. Denzel Curry na żywo bardzo dużo zyskuje i po raz kolejny potwierdził tylko, że jest jednym z najciekawszych i najlepszych współczesnych raperów.
Koncert Sos Muli z kolei był po prostu okej. Jako szalikowiec City Morgue dość mocno ubolewam przez to, jak doszło do rozłamu tego duetu i brak Zilli czuć było ze sceny. Choć studyjnie Mula radzi sobie bardzo dobrze i wydaje ciekawe projekty, na żywo brakuje mu tego czegoś, by samemu wypełnić scenę, a wycięte zwrotki z granych kawałków wspomnianego już City Morgue tylko pogłębiały to uczucie. Miło było go zobaczyć, ale sam występ pozostawił pewien smutek i pustkę.
Bardzo dużym i pozytywnym zaskoczeniem okazał się z kolei Lil Tecca ze swoim pop rapem. O jego istnieniu wiedziałem od lat, znałem też pojedyncze kawałki, ale nigdy nie leżał on w obszarze moich muzycznych zainteresowań. Ten koncert sprawił jednak, że będę musiał jeszcze raz, z nieco większą dokładnością zmierzyć się z jego dyskografią, bo było naprawdę dobrze. Od "Dark Thoughts", przez "Did It Again", "Fell in Love", aż po "I CAN'T LET GO", Tecca bardzo skutecznie dogrzewał publiczność, która patrząc na reakcje, również bawiła się przednio.
Niezbyt dobrze wypadł za to LAZER DIM 700. Studyjnie może i budzi to jakieś uczucia, ale na żywo miałem wrażenie, jakbym oglądał parodię rapera. Nie dość, że rapował strasznie niewyraźnie (i to nie w takim dobrym mumble rapowym stylu), to miał problemy z trafieniem w bit i chyba nie zaśpiewał ani jednej zwrotki w całości...
Yeat na dużej scenie zabrał publiczność w podróż przez futurystyczne, trochę cyberpunkowe brzmienia. Choć kawałki takie jak "THE BELL", "Sorry Bout That", "Monëy so big" czy "Talk" robiły na żywo wrażenie, brakowało mi tam trochę ciekawszej oprawy wizualnej, bo ta była akurat bardzo minimalna.
Wielką gwiazdą wieczoru był oczywiście A$AP Rocky, który z półgodzinnym opóźnieniem postanowił powtórzyć wyczyn z Rolling Loud i na scenę wleciał na helikopterze?! Tym razem helikopter był co prawda dmuchany, ale i tak wywołało to wśród publiczności spore poruszenie. Dodatkowy efekt "wow" wzbudził też mikrofon Rocky'ego w kształcie megafonu. Pierwsza część koncertu obracała się wokół nowych numerów z nadchodzącego krążka "Don't Be Dumb", które na żywo zdają test, ale Rocky mógłby już ten album wydać... Później dostaliśmy masę przebojów takich jak "Sundress", "L$D", Praise The Lord (Da Shine)" czy "Fashion Killa", kolejny hołd dla A$AP Yamsa i "Yamborghini High", a wszystko to domknięte cudownymi "Lord Pretty Flacko Jodye 2" oraz "Wild for the Night". Poza spektakularnym wejściem na scenę, nie był to raczej występ z kategorii tych niezwykłych, a bardziej z tych, które każdy fan współczesnego rapu powinien zobaczyć, chociażby ze względu na ogromny wpływ Rocky'ego. Do całkowitego zadowolenia brakowało mi tam trochę więcej starszych numerów, a przede wszystkim czegoś z "LIVE.LOVE.A$AP". Mimo tego niezmiernie cieszę się, że moja seria mijania się z Rockym w końcu się skończyła i mam cichą nadzieję na to, że niebawem wróci do nas z wydaną już płytą.




![The Rumjacks: "Zakochaliśmy się w podejściu Polaków do muzyki" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ4WC9AM9HLM-C401.webp)




![Wojtek Mazolewski Quintet: Zabrakło wody, nie zabrakło energii [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000LYP8B36J9NKTG-C401.webp)