Reklama

Turbo: Między parówką i kieliszkiem wódki [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Na stronach Interii możecie przeczytać kolejny fragment książki "Zetrzyj krew i graj dalej", biografia metalowej grupy Turbo autorstwa Filipa Bogaczyka.

Grzegorz Kupczyk w 2005 r.

"Kilkanaście płyt. Prawie czterdzieści lat na scenie. Masa wzlotów i upadków, niewykorzystanych szans, zaprzepaszczonych okazji. Historia wielkiego poświęcenia muzyce i wycierania scen w każdym zakątku kraju. Oto historia Turbo - bez retuszu, oczami samych członków zespołu, których przez te wszystkie dekady przewinęła się niezliczona ilość. Historia czasem zabawna, czasem smutna, nierzadko niewiarygodna. W końcu legenda, jeden z wielkiej trójcy rodzimego heavy metalu. Oto historia twórców 'Dorosłych dzieci', 'Kawalerii Szatana' i 'Ostatniego Wojownika'" - czytamy w opisie biografii zespołu Turbo.

Reklama

Dowodzona przez Wojciecha Hoffmanna (gitara) grupa Turbo zaliczana jest do tzw. Wielkiej Trójki polskiego heavy metalu - obok Kata i TSA.

W ciągu blisko czterech dekad przez zespół przewinęło się kilkudziesięciu muzyków, w tym m.in. Grzegorz Kupczyk (obecnie wokalista CETI), Robert "Litza" Friedrich (m.in. Luxtorpeda, Arka Noego, 2TM2,3, wcześniej Acid Drinkers, Kazik Na Żywo, Flapjack), gitarzysta Andrzej Łysów, perkusiści Tomasz Goehs (Kult, Kazik Na Żywo, 2TM2,3) i Tomasz Krzyżaniak (m.in. Luxtorpeda, Arka Noego, 2TM2,3, Armia).

"Na Metalmanię pojechaliśmy po to, żeby odzyskać starych fanów i pozyskać nowych - wspomina Andrzej Łysów - nie liczyłem na jakieś gwiazdki z nieba, ani na to że coś się z nami po tym stanie dobrego. Przypuszczam, ze każdy z nas chciał wyjść i zagrać jak najlepiej, pokazać, że Turbo jednak potrafi grać.

My mieliśmy zawsze takie pretensje do losu, że byliśmy kapelą która naprawdę dużo pracowała. Każdy z nas przykładał się warsztatowo, żeby ewoluować, żeby to nasze rzemiosło było na możliwie jak najwyższym poziomie. Oczywiście na tyle na ile to w danym momencie potrafiliśmy. Wydaje mi się też, że ten nasz poziom nie był najniższy. A mimo to, cały czas obrywaliśmy od życia po dupach. Nie mieliśmy nigdy dobrego menedżera, za to ciągle mieliśmy pecha. Wydawało nam się, że wszyscy wokół brnęli do przodu, a my staliśmy w miejscu, a nawet niekiedy się cofaliśmy. Na tamtej Metalmanii okazało się, że to był nasz wystrzał. Ludzie byli w szoku. Było czuć, że to gra super kapela. Wcześniej można było odczuć, że grają poszczególni muzycy. Z tym koncertem to wszystko odeszło".

Tuż przed koncertem, kiedy Wajcht udawał konferansjera miała miejsce sytuacja, o której dopiero po fakcie dowiedzieli się nasi chłopcy. Otóż, jak obrazowo rzecz ujmuje [Grzegorz] Kupczyk: "Wszyscy mieli w dupie, to co wtedy Turbo grało. Położyli na nas lachę".

Praktycznie wszyscy dziennikarze, redaktorzy i całe medialne towarzystwo poszło do baru na przysłowiową parówkę i kieliszek. Poznaniacy z co najmniej średnio przyjętym "Smakiem ciszy", wstydliwym okresem zagubienia i pewnym niebytem medialnym za sobą, nie byli w stanie zaimponować nikomu. Zastanawiano się zresztą, jakim cudem oni w ogóle znaleźli się na Metalmanii. W zapowiedziach festiwalu pojawiały się co prawda enigmatyczne zapowiedzi, w których pisano, że zespół "przeszedł do kontrofensywy w nowym repertuarze, reprezentującym wszystko co najlepsze w heavy metalu", ale niewiele osób w to uwierzyło.

Gdy tylko Turbo zagrało pierwsze riffy pochodzące z nieznanej jeszcze publice "Kawalerii szatana", Spodek oszalał, a powyższe zapowiedzi okazały się jak najbardziej prawdziwe. "Roman Radoszewski mi taką historię opowiadał, że ktoś podobno wpadł do tej knajpki - relacjonuje Hoffmann - I zaczął nawoływać, żeby szybko poszli na koncert, zobaczyć co tam się dzieje. Oni wyszli, zobaczyli co się wyrabia i było wielkie 'wow', że my - Turbo coś takiego gramy".

Kupczyk tak relacjonował tę sytuację Danielowi Wolakowi: "Jak 'Kawaleria...' miała być zagrana w Spodku na Metalmanii, to ludzie wtedy uważali, że Turbo jest zespołem do kasacji [...] Zostaliśmy tam zaproszeni i żeby się dobrze przygotować, to graliśmy próby codziennie przez miesiąc pod kątem tego jednego koncertu. Wyglądało to tak, że zaczynaliśmy o dziesiątej rano i graliśmy do piętnastej. Potem obiad i od szesnastej do późnego wieczora. Przerwa na kolację i do czwartej rano. Wiedzieliśmy potem, że jesteśmy bardzo dobrze przygotowani i gotowi. Zagraliśmy rewelacyjny koncert. Pamiętam taką sytuację, że wszyscy redaktorzy się rozeszli, bo zaczęło grać Turbo i nie warto słuchać... Paru zostało i potem biegała taka babka, która nam to potem opowiedziała, że pobiegła do tego 'piekiełka' i wołała ich, bo gra Turbo. Oni że 'a tam Turbo...'. 'Chodźcie zobaczyć jednak, co się dzieje' i przyszli. Zespół wtedy faktycznie postawił się na nogi".

Już po koncercie, nieco wstawiony Grzegorz przechodził backstage'm Spodka i spotkał dwóch młodych chłopaków, którzy "siedzieli sobie i słuchali jakiejś kapeli na kaseciaku. Podszedłem do nich i zapytałem, czego słuchają, bo to musi być dobra kapela. Oni na mnie spojrzeli trochę krzywo i po chwili odpowiedzieli, że to my! Nie poznałem własnego zespołu!".

Odbiór w prasie był jak najbardziej pozytywny. W Muzyce Młodych z początku 1987 roku znajdujemy relację: "Największy sukces na 'Metalmanii' odniósł [...] zespół Turbo. Koncertem 4 kwietnia grupa udowodniła, że ponownie stać ją na dołączenie do krajowej czołówki heavy rocka. Zaskoczyła obserwatorów świeżością i żywiołowością swojej muzyki. Skończyły się dla Turbo ciężkie czasy... ach cóż to były za czasy, kiedy lider zespołu, Wojtek Hoffmann praktycznie sam musiał zabiegać o nagranie przez zespół drugiego albumu. Kres kłopotom z menażerami położyło podpisanie kontraktu z Tomkiem Dziubińskim, menażerem Kat. Odtąd Turbo bezdyskusyjnie zasiadło na firmamencie polskiego ciężkiego rocka, będąc rodzimym odpowiednikiem brytyjskiego giganta metalu - zespołu Iron Maiden".

Książka "Zetrzyj krew i graj dalej" ukaże się 7 czerwca nakładem Wydawnictwa KAGRA.


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Turbo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje