Reklama

Reklama

On Air Festival 2022, dzień drugi: Zobaczymy się jeszcze nie raz [RELACJA, ZDJĘCIA]

Drugi dzień On Air Festival 2022 mógł pokazać, że to strzał w dziesiątkę, albo przekreślić przyszłość imprezy. Organizatorzy osiągnęli to, o czym przez lata nie śniło się w Polsce nikomu, a to wszystko za sprawą powiewu świeżości, pięknemu wystrojowi, publiczności i artystów, którzy czuli się tu jak w raju.

Drugi dzień On Air Festival 2022 mógł pokazać, że to strzał w dziesiątkę, albo przekreślić przyszłość imprezy. Organizatorzy osiągnęli to, o czym przez lata nie śniło się w Polsce nikomu, a to wszystko za sprawą powiewu świeżości, pięknemu wystrojowi, publiczności i artystów, którzy czuli się tu jak w raju.
Tame Impala podczas On Air Festival 2022 /Ewelina Wójcik /INTERIA.PL

Pogoda w Warszawie nie dopisywała. Było pochmurno, szaro, zimno, momentami kropił deszcz, w ludziach pojawiła się apatia. Ale właśnie wtedy, gdy myślałam, że nic nie poprawi mi humoru, dotarłam na Lotnisko Bemowo, przeszłam przez bramy festiwalu i znalazłam się w innym świecie. Chociaż wykorzystano przede wszystkim bardzo popularne kolorowe światełka, zostały pięknie zaaranżowane i stworzyły niepowtarzalną atmosferę. Świetnie oświetlona była także scena Tent Stage, której design robił wrażenie. Nie można pominąć tutaj wesołego miasteczka, którego do tej pory nie wykorzystano na żadnym polskim festiwalu. Follow The Step zapowiedziało, że miasteczko będzie rozbudowywane wraz z kolejnymi edycjami On Air - cieszy to nie tylko mnie, ale wszystkich festiwalowiczów, bo kolejki do atrakcji potrafiły osiągnąć wielkie rozmiary.

Reklama

Koncerty rozpoczęli Rubens (Tent Stage) i Kaśka Sochacka (Main Stage). Pierwszy artysta to uznany gitarzysta i autor piosenek. Na co dzień można było posłuchać go na koncertach Darii Zawiałow, a całkiem niedawno jego muzykę polecał Dawid Podsiadło. No właśnie - jego solowa twórczość interesuje coraz więcej osób. O Kaśce nie trzeba mówić zbyt wiele, bo teraz jest jej czas. Powiem więc tylko tyle, że jeśli jeszcze nie byliście na żadnym jej koncercie, skorzystajcie z najbliższej okazji.

Na Tent Stage świetnie sprawdzili się wszyscy artyści, w tym The Comet Is Coming, które wyróżniło się na tle innych zespołów swoim jazzowym zacięciem. Zamiast kolejnego DJ setu na koniec imprezy, który stał się już tradycją na dużych festiwalach, dzień zakończył francuski duet Polo & Pan, który zaprezentował mieszankę house’u, elektroniki i dźwięków z całego świata. Ale to Alexandra Savior i Ralph Kaminski zdominowali tę scenę. Alexandra, którą odkryła Courtney Love, a w jej karierze pomagał Alex Turner (Arctic Monkeys), zachwyciła swoim głosem i nie mam już wątpliwości, że to dziewczyna, którą koniecznie trzeba obserwować, żeby nie przegapić czegoś pięknego.

Bal u Rafała (Ralpha Kaminskiego) to w tym roku impreza, na którą ma ochotę przyjść każdy. Tłumy ludzi zgromadziły się pod sceną, żeby potańczyć i wykrzyczeć słowa każdej piosenki Ralpha, chociaż nikt nie robi tego tak jak on sam. Jego show jest dopracowany w stu procentach. Każdy ruch jest tutaj perfekcyjny, każde słowo - wyśpiewane ze starannością, dbałością o szczegóły. Festiwalowicze nadal zwracają największą uwagę na "Kosmiczne Energie", piosenkę, którą mimo ogromnego talentu Ralpha ciężko będzie kiedykolwiek przebić. To podczas niej w słuchaczach pojawiło się najwięcej emocji - wokół widać było ludzi płaczących, wyznających sobie miłość, albo śmiejących się, wykrzykując wspólnie "METEOR!". Jedyny zarzut, jaki mam do tego występu, to wrażenie, które we mnie pozostało, że to nie było sto procent tego, co potrafi Ralph, i że show był aż dopracowany aż nadto. Nie zmienia to faktu, że koncert był fantastyczny i zaliczam go do najlepszych podczas  festiwalu.

Wróćmy na scenę główną, gdzie wystąpili między innymi The Kooks. Ich koncert był dla mnie największym rozczarowaniem, być może dlatego, że miałam wobec niego wysokie oczekiwania. Był zbyt monotonny, a zespół rockowy powinien dać z siebie więcej energii, której trochę tu zabrakło. Mimo to koncert był poprawny, ludzie świetnie się na nim bawili, a największą furorę zrobił oczywiście hit "Naive" - jestem przekonana, że całe Bemowo słyszało wtedy słowa “I know she knows that I am not fond of asking".

Tame Impala miała do wykonania trudne zadanie. Chociaż wszyscy wiemy, że Kevin Parker jest geniuszem, a utwory zespołu są zawsze na najwyższym poziomie, to niestety mam poczucie, że to jedna z tych grup, które nie mogą już zachwycić każdego. Przez ogromny sukces komercyjny płyty "Currents", zespół przez wiele osób zostanie zapamiętany tylko dzięki niej, ale fani tej bardziej mainstreamowej odsłony Tame Impali nie będą zadowoleni, że od tego czasu zespół wrócił do bardziej niszowych, mniej hitowych kawałków. Poza tym nie można zarzucić im niczego, a całość dopełniły lasery, które idealnie wkomponowały się w wystrój festiwalu.

Na koniec standardowo zostawiam sobie perełkę tego dnia i całego On Air Festival 2022. Celeste - co to był za koncert! Artystka niepostrzeżenie weszła na scenę w zwykłym polarze, od razu było wiadomo, że nie zobaczymy tutaj żadnych fajerwerków ani skomplikowanych choreografii. Jej głos, skromność, dojrzałość i piosenki bronią się same. To niesamowite, że śpiewając, przyciąga uwagę dosłownie wszystkich i rozbudza w ludziach silne emocje, a gdy czasami między piosenkami mówi “thank you", wypływają z niej skromność, pokora, wdzięczność, a nawet nieśmiałość i brak pewności siebie. To tym bardziej szokuje i skłania do refleksji - skoro taka wokalistka chyba nie do końca wierzy w swoje umiejętności, to... w muzyce bardzo rzadko chodzi o muzykę. Tyle osób zrobiło karierę, nie mając za grosz talentu, ale posiadając pewność siebie, że możemy łatwo przeoczyć artystów takich jak Celeste. Jeśli nic nie mówi wam jej imię, posłuchajcie chociażby "Stop This Flame". Tak, to jej utwór. I tak, nie słuchając jej muzyki, rezygnujecie z czegoś pięknego. Ten koncert na długo zostanie w mojej pamięci.

Chciałabym poruszyć jeszcze kwestię organizacji i atmosfery On Air Festival 2022, bo nadal jest mi ciepło na sercu, gdy myślę o tym warszawskim weekendzie. Wielkie głosy, wielkie osobowości, wielcy artyści pojawili się na Lotnisku Bemowo, w świecie On Air, który wcale nie był duży, ale cudownie zorganizowany. Dwie sceny stały blisko siebie, a koncerty zaplanowano tak, że nie było potrzeby rezygnować z połowy jednego występu, żeby zdążyć na drugi. Wystarczył krótki spacer. Festiwal był też wręcz intymny. 

Mimo frekwencji nie czuło się tłumów, a artyści byli tak zrelaksowani, że pojawiali się w namiocie VIP, nie czując się osaczonymi przez gości. Wszędzie było ciepło, miło i przytulnie. Docenieni zostaliśmy też my, reprezentanci mediów. Oprócz akredytacji każdemu dziennikarzowi organizatorzy podarowali karnet dla osoby towarzyszącej, co stanowiło przyjemne zaskoczenie - nie zdarza się to na żadnym innym festiwalu. Jedyny minus? Brak namiotu mediowego z depozytem i gniazdek elektrycznych oraz wifi w namiocie VIP - bez tego na festiwalu trudno wykonywać swoją pracę. Mimo tej wady dla garstki osób na imprezie, reszta uczestników była w pełni zaopiekowana i dostała porządną porcję świetnej muzyki oraz cudowne miejsce na mapie Warszawy. Szkoda, że można odwiedzić je tylko raz w roku, ale teraz wiem już, że jak żegnać lato, to tylko na On Air Festival. Mam nadzieję, że zobaczymy się tam jeszcze nie raz.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL