Reklama

Krzysztof Zalewski bez prądu w Krakowie. "Wszystko będzie dobrze"

Krzysztof Zalewski zawitał do Krakowa z trasą "MTV Unplugged" /Aleksander Salski / Kayax /materiały prasowe

Krzysztof Zalewski nareszcie zawitał do Krakowa ze swoją trasą "MTV Unplugged". Energetyczne show nie mogło obyć się bez politycznych manifestów, ale było przede wszystkim niemal dwugodzinną celebracją umiejętności Zalewskiego i jego wyśmienitego zespołu. Wyprzedany do ostatniego miejsca koncert w krakowskim ICE Centrum Kongresowym uświetniły gościnie - Paulina i Natalia Przybysz.

Niemal 3000 fanów Krzysztofa Zalewskiego we wtorek wypełniło po brzegi ICE Centrum Kongresowe. Jest to jedno z lepszych pod względem akustycznym miejsc na mapie kraju, więc jeszcze przed koncertem byłem spokojny o ten aspekt.

Na scenie znalazła się idealnie odwzorowana scenografia z wydanego w listopadzie "MTV Unplugged" - słońce, agawy, a także kratery, które narzucały skojarzenie z osobną, a bogatą w minerały planetą, na której żyje i tworzy Krzysztof Zalewski. 

Koncert otworzyły "Her Majesty" oraz "Dystans", by przejść skrzętnie do "Annuszki". Od pewnego czasu sekcja dęta, szczególnie podczas koncertów w utworach popowych i rockowych przykuwa moją większą uwagę. Niegdyś zdarzało się, że muzycy szli na łatwiznę i dęciaki zastępowali syntezatorami. Tutaj dostaliśmy żywe i prawdziwe instrumenty, dlatego wielkie brawa należą się właśnie im - Olaf Węgier na saksofonie, Kuba Kurek na trąbce i Szymon Białorucki na puzonie.

Reklama

Ogólnie rzecz biorąc bardzo mocną stroną show "MTV Unplugged" jest ekipa muzyków, z którymi Krzysztof Zalewski pojawia się na scenie. Całe przedsięwzięcie nie polega tylko na odpięciu gitary elektrycznej od zasilania, ale - jak w wypadku innych koncertów z tej serii - jest świetnie przemyślaną próbą przetworzenia znanych i uwielbianych piosenek na nową modłę, dzięki czemu w warstwie muzycznej nabierają całkiem innych, czasem zaskakujących barw. 

Krzysztof Zalewski jest tym rodzajem artysty, który mógłby wyjść na scenie jedynie z perkusyjnymi pałeczkami, a zapewniam, że wystukując rytm o statyw mikrofonu byłby w stanie rozbujać publiczność. Zalewski żartował, że chciał przyoszczędzić, dlatego na scenie prezentuje się zaledwie 9 muzyków, a sam grał m.in. na gitarze, pianinie czy klarnecie. Wielkim zaskoczeniem były dla mnie partie, które brawurowo odegrał na wibrafonie - gdyby nadać mu inny przydomek, z pewnością byłoby to określenie "Orkiestra". 

Fenomenalna wersja "Zabawy", a także "Kurier", który w nowej aranżacji od razu nasuwa skojarzenia z bondowskim klimatem. Zaśpiewane następnie "Ptaki" (premierowa piosenka, która powstała specjalnie na to wydarzenie) brzmiały całkiem inaczej w kontekście wojny w Ukrainie. Temat rosyjskiej inwazji przewijał się kilkukrotnie tego wieczoru, między innymi wtedy, gdy Zalewski nazwał Putina tym, gdzie w ostatnim czasie obrońcy Wyspy Węży kazali udać się rosyjskim żołdakom. Poza tym Krzysztof Zalewski rapujący klasyk Eminema "Lose Yourself" - to naprawdę zaskakujący i całkiem udany moment koncertu.

Klejnotem w koronie występu była niespodzianka, moment, gdy na scenie pojawiły się Natalia i Paulina Przybysz. Jak przyznał Zalewski, nie wykonywali wspólnie tych piosenek od chwili zarejestrowania koncertu w czerwcu ubiegłego roku. Słynni Everly Brothers czy Bee Gees byli ze sobą spokrewnieni, a ich harmonie wokalne nadal są wymieniane w czołówce najlepszych popisów w historii muzyki. Nie dziwi więc fakt, że śpiewające razem siostry Przybysz brzmią wyjątkowo, zwłaszcza z pomocą Zalewskiego i w utworach Niemena. "Romanca Cherubina" oraz "Jednego serca" poruszyły najwidoczniej nie tylko mnie, bo cały ICE reagował naprawdę gorącymi owacjami. 

Choć widzowie domagali się jeszcze jakiegoś akustycznego coveru Iron Maiden, to mimo braku tego rodzaju repertuaru w secie, nie zabrakło rockowego hymnu "Początek". Przed nim usłyszeliśmy riffy do "Under Pressure" i "Another One Bites The Dust", które przerodziły się w hymn "Męskiego Grania". Krzysztof w naszej rozmowie z listopada stwierdził: "parę razy usłyszałem na trasie do 'Zabawy', że jest trochę w tym moim byciu na scenie coś z Freddiego i pierwszy raz nie odczytałem tego jako zarzut, że jestem podobny do kogoś, tylko naprawdę poczułem się zaszczycony i dopieszczony". Po koncercie nie mam wątpliwości, że choć może nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, to właśnie tego, co Zalewski zrobił na scenie w Krakowie potrzebujemy. A w nowej, akustycznej aranżacji rozbujał widzów nie gorzej jak wersja elektryczna. 

Na koniec koncertu natomiast na scenie pojawiła się ukraińska flaga, a z dedykacją dla naszych sąsiadów muzyk wykonał "Miłość, miłość". Koncert Zalewskiego można by zamknąć w kilku słowach - kameralnie i z rozmachem. Bo pomimo faktu, że w budynku każde krzesło było zajęte, to oświetlenie, a także intymna sceneria pozwoliły na zachowanie kameralnego (jakże ważnego dla projektu "Unplugged") klimatu. Dodatkowo mnogość instrumentów, a także przede wszystkim wysoka jakość samego przedsięwzięcia powodują, że z pewnością nie było osoby, która wyszłaby z występu niezadowolona.

"Wszystko będzie dobrze" - wyśpiewał ze sceny na koniec koncertu w Krakowie Zalewski. Nawet mimo dziwnych czasów, w jakich przyszło nam żyć, trudno nie odnieść takiego wrażenia. Krzysztof Zalewski na trasie "MTV Unplugged" daje z siebie wszystko, a jego oddani fani z pewnością nie pozwolą mu, by w nawet najgorszych momentach dawał im ze sceny trochę radości i oddechu od często nie tak kolorowej rzeczywistości.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama