Reklama

"FYRE: Najlepsza impreza, która nigdy się nie odbyła": Jaka piękna katastrofa!

Teren pola namiotowego na Fyre Festival /SplashNews.com /East News

"To nie mogło wypalić!" – to jedna z najczęstszych myśli przechodząca przez głowę podczas oglądania dokumentu o Fyre Festival. Spektakularna katastrofa organizacyjna, a jednocześnie największy przekręt ostatnich lat wpisał się na stałe do światowej popkultury. Dokument "FYRE" rzuca na powstawanie imprezy nowe światło. Oto kilka wniosków.

W telegraficznym skrócie

Reklama

Wymyślony przez Billy'ego McFarlanda i rapera Ja Rule Fyre Festival, od początku reklamowano jako ekskluzywną imprezę na Bahamach, mającą być ulepszoną wersją Coachelli. Ceny za bilety wahały się od 500 do 1500 dolarów, a w pakietach bardziej luksusowych wynosiły nawet 12 tysięcy (willa do wynajęcia) i 250 tysięcy dolarów (weekend na jachcie).

Imprezę reklamowały najpopularniejsze modelki (Bella Hadid, Emily Ratajkowski), a na wydarzeniu mieli wystąpić: Migos, Major Lazer i blink-182.

Reklama

Zaplanowany na ostatnie dni kwietnia festiwal okazał się jednak katastrofą organizacyjną. Przybyli na wyspę uczestnicy nie zastali luksusowych warunków, a niedokończone pole namiotowe. Na terenie wydarzenia pojawiły się problemy z jedzeniem, wodą pitną, toaletami, a nikt z obsługi nie potrafił zapanować nad chaosem.

Organizator nie uniknął odpowiedzialności karnej. Oprócz procesów cywilnych wytoczonych mu przez uczestników imprezy, sprawą zajęło się FBI. W wyniku śledztwa Billy McFarland został skazany na sześć lat więzienia za liczne oszustwa i niedotrzymywanie umów. Zarządzono też konfiskatę jego majątku w wysokości 26 milionów dolarów. Pieniądze przeznaczono na spłatę inwestorów.

Niemożliwe już na starcie

Gdy McFarland pojawił się na corocznym spotkaniu organizatorów festiwali w Las Vegas, jego pomysł imprezy pośrodku niczego, został wyśmiany. Doświadczeni organizatorzy dobrze wiedzieli, jakie nakłady i jakie przygotowania wchodzą w grę przy tworzeniu dużego wydarzenia. McFarland nie miał o tym zielonego pojęcia.

Wraz ze swoimi zaufanymi ludźmi organizację rozpoczął od nagrania słynnej reklamówki, w której pojawiły się topowe modelki. Jej kręcenie przypominało jednak bardziej kilkudniową imprezę.

Dzięki nagranemu wtedy materiałowi oraz wykonaniu sesji fotograficznej, agencji marketingowej mającej opiekę nad całym wydarzeniem udało się stworzyć kreację idealną. Taką, która przyciąga klientów, ale i w jawny sposób ich okłamuje.

Kolejne tygodnie pracy nad imprezą pokazały organizatorom, jak daleko od celu się znaleźli. Ekipa Fyre nie miała pojęcia o tworzeniu infrastruktury, kontraktowaniu artystów, o kontaktach z klientami oraz o bilansowaniu finansów.

Jakby tego było mało, na kilka tygodni przed startem festiwalu organizatorzy musieli szukać nowego terenu wydarzenia, gdyż właściciel wyspy Norman's Cry, wściekły po obejrzeniu pierwszego spotu, kazał im ją opuścić.

Coraz bardziej absurdalne i nieodpowiedzialne decyzje (a było ich doprawdy mnóstw), które podejmował główny pomysłodawca wydarzenia, nie sprawiły jednak, że festiwal został odwołany.

Nikt nie zatrzymał tego szaleństwa

Trudno orzec jakimi szarlatańskimi metodami McFarland wpływał na swoich współpracowników, ale trzeba mu przyznać, że techniki manipulacji ludźmi opanował w stopniu aż nadto zadowalającym.

27-letni przedsiębiorca początkowo wydawał się człowiekiem z głową na karku, mającym smykałkę do interesów. Zaledwie w kilka miesięcy sytuacja diametralnie się zmieniła. Połączenie braku wiedzy z głupim uporem i wygłaszaniem frazesów godnych najgorszych trenerów personalnych, dało katastrofalne efekty.

Jednak co wydaje się najbardziej dziwne w całej historii - nikt z ludzi pracujących przy imprezie nie sprzeciwił się w zdecydowany sposób. Wszystko kończyło się na dyskusjach. Ostateczną decyzję i tak podejmował McFarland, a nie dopuszczał on do siebie możliwości odwołania imprezy. Jego pracownicy pracowali więc 24 godziny na dobę, fundując sobie po drodze ataki paniki i liczne upokorzenia.

Marc Weinsten, konsultant Fyre, wprost stwierdził, że gdyby nie nadludzki wysiłek wszystkich ekipy, impreza nie doszłaby do skutku, co z perspektywy czasu, byłoby korzystnym rozwiązaniem dla każdej ze stron. "Sami stworzyliśmy potwora" - przyznał.

Udawani i prawdziwi poszkodowani

Ścisłe kierownictwo festiwalu mające świadomość tego, co się stanie podczas pierwszego dnia imprezy, dopiero pod koniec dokumentu zaczęło zastanawiać się nad swoją winą. Billy McFarland, który zdecydowanie przeszarżował ze swoimi marzeniami, stał się idealną wymówką ich bierności.

Co do samych uczestników, spora grupa z nich wykazała się sporą naiwnością, jednak byłbym daleki od wyśmiewania osób, które dały się nabrać przez twórców imprezy. Poza tym, to wciąż ludzie wywiezieni na odludzie, a wbrew temu, co się mówi, nie wszyscy z nich byli bogatymi dzieciakami z dobrych rodzin.

Największymi poszkodowanymi bez wątpienia byli jednak podwykonawcy zatrudnieni na Bahamach. Ludzie, którym obiecano wieloletnie kontrakty, zostali z długami wobec swoich współpracowników. Wielkim echem w sieci odbiły się słowa właścicielki restauracji, która straciła oszczędności swojego życia. Internauci zebrali dla niej po emisji dokumentu ponad 100 tysięcy funtów.

Cała wina na celebrytów

250 tysięcy dolarów za jeden wpis - tyle skasowała Kendall Jenner za reklamowanie Fyre Fest. Amerykańskie media zwracają uwagę na fakt, że posty celebrytów, promujące całe wydarzenie nie były oznaczone jako reklama, co przykuło uwagę Federalnej Komisji Handlu. Granica tego, co jest reklamą, a co nią nie jest, została niebezpiecznie przekroczona.

Influencerów uznano za współwinnych tego, co wydarzyło się na Bahamach, gdyż promowali imprezę, która nie miała prawa się udać. Z drugiej strony, z dokumentu dowiadujemy się, że celebryci prawdopodobnie do samego końca nie wiedzieli o przekręcie (o skali problemu nie wiedzieli też niektórzy pracownicy, jak czegokolwiek domyślać miała się więc np. Emily Ratajkowski). Poza tym, brutalnie mówiąc, pewnie niezbyt obchodziły ich losy przedsięwzięcia po otrzymaniu gaży za reklamę. Tak jak innych celebrytów nie obchodzi, czy sprzęt przez nich promowany może być wadliwy lub szkodliwy dla naszego zdrowia. Czy więc powinniśmy winić za to jedynie gwiazdy biorące udział w spotach i kampaniach, czy może branżę, która sama dopuściła do takich patologii?

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Fyre Festival

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje