Buzzcocks w Krakowie: bardzo zacne 50-lecie [RELACJA]
Zespół Buzzcocks to legenda brytyjskiego punka, która grała z Sex Pistols i Nirvaną, została pokochana przez Eltona Johna i od lat - pięćdziesięciu! - nagrywa równie dobre albumy. Panowie zdecydowanie cały czas mają wszystko, co potrzeba, żeby zafundować fanom doskonały wieczór.

Ja może na początek przedstawię, bo to jeden z tych zespołów, który dla niektórych jest legendą, a inni nigdy nie słyszeli nawet nazwy. Zacznę od tego - i może to w sumie wystarczy - że pierwszy duży koncert zagrali w 1976 roku u boku Sex Pistols.
I tak, w tym roku świętują 50-lecie, choć obecnie jedynym "oryginalnym" członkiem zespołu jest Steve Diggle. "Myślałem, że jeśli uda nam się zagrać kilka koncertów, to będzie wszystko, na co możemy liczyć. Nie można było patrzeć zbyt daleko w przyszłość" - mówił mi w wywiadzie o początkach zespołu. Natomiast może i minęło pięć dekad, ale nowa płyta - "Attitude Adjustment" - pokazała, że panowie nie stracili nic ze swojego charakteru.
Po latach ponad dwudziestu przyjechali ponownie do Polski, żeby zagrać tu trzy koncerty: w Krakowie, w Warszawie i w Szczecinie. W roli supportu wystąpił warszawski zespół Moron's Morons, który sam podkreślał, że "zawsze chcieli grać w starym stylu" i zdecydowanie trafili w gusta zebranej w krakowskim Kwadracie punkowej publiczności.
Buzzcocks zaczęli z kolei od jednego z największych hitów "What Do I Get?", a później dostaliśmy cały przekrój, od pierwszego do najnowszego albumu, bo - jak wspominali przed koncertem - "bardzo trudno jest skomponować setlistę, bo mamy co najmniej 150 piosenek i zawsze znajdzie się taka, której nie zagrasz, a ktoś chciałby ją usłyszeć. Ale staramy się uwzględnić jak najwięcej utworów".
Było więc i "I Don't Mind" z debiutu, i "Everybody's Happy Nowadays" z wydanego w 1979 roku "Singles Going Steady", a potem najnowsze "Heavy Streets", "All Gone to War" czy "Queen of the Scene". Przy tym ostatnim nie zabrakło oczywiście krytyki w stronę "tych wszystkich 'Love Islands'". "Gdybyś przyleciała tu z kosmosu i oglądała telewizję, to pomyślałabyś: 'Czy to właśnie robią teraz ludzie, siedzą w tych reality show i kłócą się między sobą? What the f*ck!?'" - mówił Diggle w rozmowie i cóż, trudno się z nim nie zgodzić.
Cały koncert podzielony był na dwa sety, obejmował 25 utworów i trwał około półtorej godziny, a zespół ani na chwilę nie zwalniał. Tak samo, jak i publiczność, która - dyrygowana przez wokalistę - bardzo chętnie wyśpiewywała "Why Can't I Touch It?", "Orgasm Addict" czy zagrane na grande finale "Ever Fallen in Love (With Someone You Shouldn't've)" i "Harmony in My Head".
Może nie jest to jeden z tych koncertów, które wspomina się po latach, ale na pewno taki, który z czystym sercem można polecić fanom. Zresztą to już prawie doba, a ja cały czas mam w głowie ten tłum śpiewający "So whyyyyy (aaaa aaaa) can't I touch iiiit?!".





![Twój, Dawid: Nie chcę być wydmuszką na reklamach [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ0S4GYILGKH-C401.webp)


![The Rumjacks: "Zakochaliśmy się w podejściu Polaków do muzyki" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ4WC9AM9HLM-C401.webp)



