Bigga Fest 2026: kolejny raz mówię, że chcę jeszcze raz [RELACJA]
Często, rozmawiając z ludźmi związanymi ze środowiskiem jazzowym, zadaję tendencyjne pytanie, czy faktycznie jazz w Polsce - eksperymentując z innymi pokrewnymi gatunkami - przeżywa teraz odrodzenie. A dlaczego jest tendencyjne, można się przekonać, chodząc na takie spędy jak Bigga Fest właśnie.

"28 lutego 2026 spotkamy się ponownie pod sklepieniem Nieba, żeby celebrować w towarzystwie tego, co underground spod znaku soulu, jazzu, rapu i funku ma najlepszego do zaoferowania. Możecie spodziewać się niespodziewanego i mieć pewność, że doświadczycie rzeczy zupełnie niepowtarzalnych. Niezmienna pozostaje misja - dać Wam imprezę roku przed końcem pierwszego kwartału. I mamy do tego narzędzia" - tymi słowami Bigga Fest był zapowiadany. No i wiadomo, trzeba się sprzedać jakoś, coś obiecać i nie będę od razu mówić, że "ooo, tak, najlepsze wydarzenie tego roku", bo powiem to przez następne 10 miesięcy pewnie jeszcze kilka razy, ale. Ale! Na pewno przeżyłam tam jeden z tych koncertów, o których potem opowiadam ludziom przy każdej okazji i mówię, że ko-nie-cznie muszą tego kiedyś posłuchać.
Ale po kolei. Pierwsi na scenie pojawili się Master Stone i The Stoneheads, czyli Maciek Sondij z zespołem, tym razem innym niż P.Unity - który zresztą, swoją drogą, zagrał na pierwszej edycji festu. Psychosoul, idealnie wprowadzający w trans, kiedy stoisz w wielkim tłumie pod sceną. Tutaj też po raz pierwszy przypomniała o sobie formuła Bigga, bo - poprawcie mnie, jeśli się mylę - ale to właśnie jazz i metal wykształciły największą kulturę mieszania składów, również w skali międzynarodowej. Więc i na Bigga tę tradycję podtrzymano, i tak do Master Stone i The Stoneheads na dwa numery na perkusjonalia wskoczył Marcin Sojka z Torpedo, potem Omasta pomieszała się z Cinnamon Gum, potem Cinnamon Gum z Omastą… I jakże im to dobrze wyszło.
Grupy Omasta też zainteresowanym jazzem przedstawiać nie trzeba. Sami mówią, że są "zakorzenieni w jazzie, ale bardzo mocno zanurzeni w hip hopie", mi natomiast podobał się opis, który padł ze sceny, że "właśnie tak smakuje Kraków". I ja dokładnie takie rzeczy mam na myśli, mówić obcokrajowcom w hostelach, że jeśli chodzi o najpiękniejsze polskie miasta, to Kraków jest "bardziej artystyczny". Kto jeszcze nie słuchał "Jazz Report From The Hood", to przypominam, że najwyższa pora.
Później wspominany już zespół Cinnamon Gum, który słyszałam nie po raz pierwszy na żywo i z czystym sumieniem zapewniam, że to się nigdy nie nudzi. To ci z serii "ulubiony zagraniczny zespół z Polski" (The Bullseyes, proszę się nie obrażać za zapożyczenie, to dobry slogan). Wystarczy posłuchać takiego "It's Alright", żeby zrobiło się ciepło na sercu. O, albo "Simsalabim". Zresztą, co ja będę pisać, skoro "The Cinnamon Show" to jeden z najjaśniejszych wydawniczych momentów 2024 roku. Z nowości usłyszeliśmy też "Sweet Honey" i już można być pewnym, że klątwa drugiej płyty im nie grozi.
W tym miejscu muszę przyznać, że koncert Karola Guaguo (czy też Guacamouglera, czy Gkmolli) w towarzystwie "składu typu all stars" czyli The Flexatones, to była dla mnie niecała godzina spędzona pod szyldem "Nie wiem, o co chodzi, ale buja". I wiem, że część jest w mojej grupie, dla drugiej to z kolei klasyk - ja do słuchania w domu nie wrócę, natomiast za to kocham tego typu wydarzenia, że pozwalają poznać rzeczy leżące wybitnie daleko od "mojej muzyki".
I na koniec dochodzimy do zapowiadanego na początku koncertu, o którym będę wnukom opowiadać. Czyimś. Grupa Torpedo. Jeśli ktoś nie wie, o co chodziło w zdaniu, że "tam gdzie jerze spotykają ryby, żołnierze grają jazz, a wszystko toczy się pomiędzy Spatifem i Dwoma Domami powstaje Torpedo", to śpieszę donieść, że to grupa tworzona przez ludzi związanych m.in. z Jerz Igor, P.Unity, Tropical Soldiers In Paradise, Beluga Stone czy Soul Service. Moje stare serce drgnęło na przypominanie "starych, dobrych, polskich" i drga cały czas, kiedy pomyślę o tych wykonaniach "Rytmu Ziemi" Czerwonych Gitar, "Sam sobie żeglarzem" Testu czy "Lasów zielonych" Trubadurów (ten falset!). Robiliśmy w trakcie Bigga konkurs na gwiazdę wieczoru i mój głos leci na Grupę Torpedo.
Jeśli patrzycie na line-upy festiwali i się denerwujecie, że wszystko już było, to chodźcie na takie Bigga Festy. To wieczór, z którego wychodzi się z sercem pełnym szczęścia. Sprawdziłam, co pisałam w relacji sprzed roku i skończyłam na tym, że "chcę jeszcze raz". To teraz też mówię, że chcę jeszcze raz i pewnie w 2027 powtórzę to samo.






![Twój, Dawid: Nie chcę być wydmuszką na reklamach [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ0S4GYILGKH-C401.webp)


![The Rumjacks: "Zakochaliśmy się w podejściu Polaków do muzyki" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ4WC9AM9HLM-C401.webp)


