Reklama

Backstreet Boys zagrali w Krakowie: Produkt, który nadal cieszy

Backstreet Boys zagrali w Krakowie. Udany koncert? /Michael Loccisano / Staff /Getty Images

Gdy wybierasz się na koncert Backstreet Boys, spodziewaj się otrzymać Backstreet Boys. Nie nowego, odświeżonego boysbandu, lecz tej samej grupy z lat dziewięćdziesiątych w skórach nieco bardziej naznaczonych czasem. Ma to, rzecz jasna zalety, ale ma też sporo wad.

W sobotni wieczór Tauron Arena pękała w szwach. Kolejki do toalet, po zapiekanki i piwo z sokiem były najdłuższe, jakie dotąd w Tauronie widziałem. Przyjechał bowiem legendarny boysband, a to nie zdarza się często. Pomny relacji z koncertu Harrego Styles’a napisanej przez mojego redakcyjnego kolegę (przeczytaj!), obawiałem się trochę rozwrzeszczanego tłumu nastolatek, ale uznałem, że te nastolatki, które pokochały Backstreet Boys to przecież dzisiaj blisko czterdziestoletnie panie. Nie myliłem się. Entuzjazm, z jakim publiczność przywitała chłopa..., przepraszam, panów z BSB dał mi do zrozumienia, że to prawdziwi, oddani fani, a nie przypadkowi ludzie zjawili się na tym koncercie.

Reklama

Powrót do przeszłości

Panowie zaczęli śpiewanie od stosunkowo późnego, bo wydanego już w nowym millenium "Everyone", by potem przejść do znanego wszystkim zgromadzonym "I Wanna Be With You". Od tego momentu zaczęła się zabawa. Backstreet's back! Przyznam, że dziwnym uczuciem było patrzeć na scenę i widzieć pięciu chłopa, których pamięta się, jak byli nastolatkami. I tu właśnie poczułem pierwsze ukłucie. Tak jak BSB brzmieli niemal identycznie, jak przed dwudziestu kilku laty, tak ich aparycja powodowała pewien dysonans. Bo oto na scenie grupa dojrzałych mężczyzn udających dzieciaki. Albo odwrotnie, nie mogłem tego ogarnąć. Coś się nie zgadzało. Nie pomagała choreografia wyciągnięta żywcem z pierwszych klipów zespołu - toporna, bardzo nieaktualna i trochę dziś komiczna.

Naturalnie wiem, że tak miało być. Że to taki powrót do przeszłości. Przecież tego chcą fani. Nie zmienia to faktu, że miałem wrażenie jakiejś wymuszonej sztuczności. W ogóle miejscami panowie z grupy sprawiali wrażenie mocno zmęczonych i wyglądali trochę, jakby ktoś nakazał im wyjść przed tłum i udawać Backstreet Boys. Mam świadomość, że nie wszyscy podzielą moje refleksje, bo publiczność miała wyraźnie sporo frajdy z oglądania piątki z Florydy. Ja jednak patrzyłem trochę z boku, nieco mniej ekscytując się samym faktem bycia na koncercie BSB. Byłem bardziej ciekaw, jak to dzisiaj wygląda. I wygląda dziwnie.

Majtki w tłum

Z drugiej strony nie można nic BSB zarzucić. Bardzo dobrze technicznie dostarczony koncert, wiele hitów (zagrali w sumie 33 piosenki), sporo interakcji z publicznością i naprawdę niezgorsza kondycja wokalna poszczególnych członków grupy. Tego najpewniej publiczność oczekuje i to też z nawiązką dostaje. Tylko ta nawiązka. Zastanawiałem się, czy w ogóle o tym pisać, ale uznałem, że będę rzetelny i nic nie zataję. Otóż był na tym koncercie moment, który zostanie mi w pamięci na długo, chociaż wolałbym, żeby nie.

W pewnej bowiem chwili na scenie został tylko AJ i Kevin. Coś tam pogadali, pośmieszkowali, ktoś wrzucił na scenę stanik. Ot, standardowa historia z koncertów boysbandów. AJ rzucił nagle, że chciałby się za te wszystkie staniki odwdzięczyć. Czekałem na rozwój sytuacji. Zaintrygował, a nawet trochę zaniepokoił. "To my się teraz przebierzemy na scenie, co wy na to?" - padło z ust AJ'a. Pisk fanek zagłuszył moje myśli, ale nie przestawałem być czujnym. Zauważyłem, że na scenie ustawiono parawan, uff. Panowie schowali się za nim i zaczęli zdejmować ubrania. Najpierw t-shirty, potem spodnie, a na koniec... majtki, które dumnie zaprezentowali wywieszając je krawędzi parawanu. Pisków ciąg dalszy. Ja wciąż pełen niepokoju walczącego z niesmakiem. Niesmak jednak zwyciężył, bo oto dwóch około pięćdziesięciolatków postanowiło rzucić swoją bieliznę w tłum, a na ekranach dostrzec można było walczące o nią fanki.

Daleki jestem od bycia świętoszkiem, mało rzeczy mnie na tym świecie oburza i jeszcze mniej dziwi, ale tutaj poczułem ukłucie numer dwa. Było to słabe, wątpliwe estetycznie i kontrowersyjne higienicznie (chociaż optymistycznie zakładam, że były to gacie czyste, specjalnie na ten "skecz" przygotowane). Mam też wrażenie, że potem cała impreza siadła na dnie i po nim szorowała, ale to zapewne przez moje obolałe poczucie smaku.

Produkt, który cieszy

Ten koncert był w porządku. Dostaliśmy w sobotę "Everybody", było "I Want It That Way" i "Get Down". Czego chcieć więcej? Był przy tym nieco dziwaczny i trochę nienaturalny, ale tacy Backstreet Boys byli zawsze. Od zarania wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z przemyślanym, dopracowanym produktem. Produktem, który od blisko trzech dekad cieszy się nieustającym powodzeniem i jest sentymentalnie ważny dla milionów. Wprawdzie produkt ten może nie najlepiej się zestarzał, ale nie da się ukryć, że nadal potrafi cieszyć. Tylko błagam, nigdy więcej gaci na scenie.

AJ McLean (Backstreet Boys) wygrywa w programie RuPaula. Widzowie byli w szoku!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy