Reklama

Harry Styles w Krakowie: Talent na żywo [RELACJA]

Harry Styles wystąpił w Polsce po raz pierwszy w karierze /Jo Hale / Contributor /Getty Images

Nie udało się z One Direction - zrobił to solowo. Harry Styles zagrał w Krakowie i była to jego pierwsza wizyta w Polsce! Fani przywitali go tak żywiołowo i ciepło, że na pewno na długo nie zapomni tego wieczoru. Rozmach popowego koncertu połączył z intymnością akustycznego setu w trakcie występu. A to wszystko okraszone niezwykłym talentem i melodyjnymi utworami.

Wczoraj spełniło się marzenie kilkunastu tysięcy fanów (głównie fanek) Harry'ego Stylesa. Najgorętszy popowy artysta, z dwuletnim opóźnieniem, w końcu dotarł do Krakowa. "Love On Tour" pierwotnie ogłoszone w 2019 roku i przesunięte przez pandemię nareszcie spełniło ich najskrytsze marzenia. 

Mało kto się spodziewał, że po rozpadzie boysbandu One Direction któremuś z członków uda się dotrzeć na wyżyny komercyjnego popu. Styles wypełnił tę próżnię i jest wymieniany jednym tchem obok Justina Biebera, Dua Lipy czy Lady Gagi.

Był czas na przygotowania. Choć pierwotnie tournée miało promować album "Fine Line", to w trakcie oczekiwania Styles zdążył wydać jeszcze album "Harry's House". Miłośnicy wokalisty dosłownie zalali Kraków piórami z szali boa, a w dzień wydarzenia nawet w centrum można było zobaczyć ich w nietuzinkowych, kolorowych stylizacjach. Przez to każdy wiedział, kto za kilka godzin jedzie do Tauron Areny, by podziwiać Harry'ego.

Reklama

Zanim się zaczęło, z głośników mogliśmy usłyszeć "Bohemian Rhapsody" Queen. Tysiące gardeł śpiewających tekst piosenki zapowiadało to, co nadejdzie dosłownie za minuty, gdy Harry wyjdzie na scenę. Przez to, że koncert zaczął się z 10-minutowym opóźnieniem, atmosfera gęstniała, a fanki za mną zaczęły rozważać najczarniejsze scenariusze. - Harry, wyłaź! No nie, gdzie on jest, jeszcze odwołają?! - słyszałem nieco rozbawiony, a jednocześnie pod wrażeniem tego, jak dużo znaczy dla nich jego osoba.

Mówiono, że Harry Styles to "nowy Jagger". Choć sam Jagger zaprzeczał, dodawał, że fizycznie owszem są podobni, to głosowo są na różnych biegunach, to mimo wszystko gdzieś w głowie zostało mi tu porównanie. A że byłem świeżo po koncercie The Rolling Stones, miałem szansę na obiektywne spojrzenie.

Harry Styles w Krakowie: powiedzcie sobie, że się kochacie

Nie udało mu się zawitać w Polsce ani z zespołem One Direction, ani później, gdy zaczął solową karierę. A że 1D działało od 2010 roku, to można uznać, że na krakowskie show czekaliśmy aż 12 lat! - To mój pierwszy koncert w Polsce, moja pierwsza wizyta w Polsce - mówił 28-letni Brytyjczyk, który miał problem, by przebić się przez taflę pisku, gdy tylko kończył mówić, lub zaczynał śpiewać. 

Rozpoczął "Music for a Sushi Restaurant" z nowego albumu i bez zbędnego czekania przeszedł do przeboju "Golden". Pierwsze minuty koncertu były głośne. Naprawdę głośne. Natężenie pisku niemal 20 tysięcy dziewcząt i kobiet powodowało, że można było przestać słyszeć własne myśli. Oczywiście nie było to tylko damskie święto, ale mężczyzn można było zliczyć dosłownie na palcach jednej ręki - przypomniało mi to sceny z okresu Beatlemanii, tyle, że od tych zdarzeń minęło już niemal 60 lat. Teraz działo się to na moich oczach.

Gdy tylko Styles przechadzał się wybiegiem dostawał mnóstwo przedmiotów, które wrzucano mu na scenę - przez kwiaty, po boa, flagi. Jeden bukiet położył na scenie i towarzyszył mu już do końca wieczoru - fanki były zachwycone. 

Wybrzmiały niezwykle melodyjne "Daylight", "Adore You", "Cinema" - każde przy akompaniamencie głosu fanów. Styles starał się wchodzić w interakcję z fanami zagadując do nich, pytając jak się czują. W pewnym momencie poprosił, by wszyscy zamknęli oczy. - Powiedz komuś z lewej, że go kochasz. Zamknij oczy i powiedz sobie "kocham się" - zachęcał wokalista zdradzając, dlaczego trasa nazywa się "Love on Tour".

W trakcie "Keep Driving" fani zamienili Arenę w ogromne źródło światła - i całkiem nieźle im to wyszło, co zauważył sam artysta. - Ale się zorganizowaliście! - powiedział wyraźnie zaskoczony tak ciepłym przyjęciem. Oczywiście, później nastąpił ogromny pisk. Było "Happy Birthday" zaśpiewane dla Karoliny, Marii i Julii. Polska publiczność dośpiewała im od siebie jeszcze nasze swojskie "Sto lat", a Harry był pod wrażeniem melodii: - Dlaczego każde "Happy Birthday" brzmi lepiej, niż oryginalne? - żartował.

Był też set akustyczny, a w nim "Matilda", "Boyfriends". Bardzo kameralny i trochę wzruszający, ale duży wkład w to mieli rozkochani miłośnicy Stylesa. Bo słyszeć aż tyle osób, które znają każde słowo jest dla artysty dużym wyróżnieniem. Dla uczestnika także, bo dzięki temu ma się wrażenie obcowania z fenomenem. To poczucie nie zniknęło przez cały koncert. Te słowa o "młodym Jaggerze" są używane przez media na wyrost. Ale z taką fanbazą sądzę, że Harry Styles jeszcze nie raz udowodni, jak wiele potrafi.

Gdy na brytyjskiej scenie pojawił się zespół One Direction niektórzy się śmiali, że to "zespół-produkt", że kiedy się rozpadnie, to świat zapomni o jego członkach. Czas pokazał, że to Styles mimo że niekreowany na lidera, sam potrafił być dowodzącym solowej kariery i idzie mu to całkiem dobrze. Dlatego świetnie było zrobić sobie taki szybki powrót do zamierzchłych czasów i usłyszeć pierwszy singel zespołu, "What Makes You Beautiful". Koncert zakończyły hity znane w Polsce przez grono szersze, niż tylko fanów Stylesa - "Sign of Times", "Watermelon Sugar", nowe "As it Was" oraz "Kiwi"

W Tauron Arenie energia kipiała tak mocno, że wystarczyła chwila dłużej, by fani zdmuchnęli dach. Przez niemal cały koncert siedziałem trzęsąc się, bo tańczący fani ruszali całymi rzędami krzeseł. To było piękne! Koncert był trochę krótki - spodziewałem się chyba zbyt wiele, bo sądziłem, że potrwa co najmniej dwie godziny, podczas gdy Harry zszedł ze sceny po 1,5 godziny żywiołowego występu. Tym samym idealnie wpasowałby się w jakiś festiwalowy set. Fani domagali się jeszcze piosenki "Medicine", ale skończyło się tylko na prośbach. Może następnym razem?

To było naprawdę małe wydarzenie, choć na 20 tysięcy osób, to widziałem twarze zrozpaczonych fanów, którzy pod Areną szukali biletów i nie mogli znaleźć się na tym wyprzedanym widowisku. Na szczęście to na pewno nie był ostatni raz, bo Harry już zapowiedział, że wróci. Polscy fani przywitali go tak gorąco, że z pewnością długo tego nie zapomni. - Dziękuję Wam, bo dzięki Wam tu jestem. Spełniliście moje marzenia - mówił do polskich fanów. 

Harry Styles ma talent i artystyczną świadomość. Koniec One Direction było dla niego nie zwieńczeniem, a początkiem drogi, która jeszcze przed nim. Już przeszedł jej lwią część, ale nie mogę się doczekać, by zobaczyć co będzie dalej.

Mateusz Kamiński, Kraków

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL