Reklama

Wojciech Bojanowski: Muzyka jest dla żołnierza "jego" jedyną rzeczą [WYWIAD]

Wojciech Bojanowski w trakcie pracy /Archiwum prywatne /

"Kiedy go słucham, mam przed oczami obrazy, jak ludzie giną... widzę zwolnione ujęcie, na którym ktoś pali fajki. Ale w tym numerze słyszę też trochę nadziei, że może ta wojna się skończy" - mówi nam Wojciech Bojanowski, autor wielu reportaży, filmów dokumentalnych i korespondent wojenny, który relacjonował wojnę w Ukrainie.

Marcin Misztalski, Interia: Muzyka jest ważna w twojej pracy?

Wojciech Bojanowski: - Tak. Zdziwiłem się, kiedy powiedziałeś, że chcesz ze mną rozmawiać o muzyce, ale później pomyślałem sobie, że przecież to ważny element i jedno z narzędzi mojej pracy. W moich reportażach czy filmach dokumentalnych muzyka odgrywa kluczową rolę. Przynajmniej dla mnie. Poświęcam jej bardzo dużo uwagi. Bardzo się przykładam do tego, co widzowie usłyszą w moich reportażach. Spotykamy się dziś w miejscu, w którym montuję materiały i - jak widać - panuje tu umiarkowany burdel (śmiech). Z reguły jest tak, że ponadprzeciętnie wkręcam się w słuchanie i wybieranie muzy. Gdybyś teraz zapytał moich współpracowników, to pewnie powiedzieliby ci, że strasznie tu skaczę, biegam i wariuję, słuchając różnych rzeczy.

Reklama

Czasami wpadam w euforyczny stan, nakręcam się, piję litry yerba mate, kawy i słucham kawałków, mentalnie przygotowując się do montażu. Muzyka to przede wszystkim cudowny i najwspanialszy nośnik emocji i nastroju. A dobra telewizja, również newsowa, pokazuje, opowiada i wywołuje w ludziach emocje. Dlatego często przy produkcji filmów dokumentalnych, zależy mi na tym, by zbudować za pomocą muzyki - często bardzo teksturalnej i minimalistycznej, odpowiedni klimat. Poza tym, niestety niebagatelne znaczenie dla sukcesu bądź porażki projektu ma mój nastrój i wiara w to, czy uda się wykrzesać z tematu coś dobrego. Staram się więc sam siebie wprawić w konkretny nastrój, by móc pracować.

Dużo czasu poświęcasz na selekcjonowanie utworów?

- Nieprzyzwoicie dużo! Często trwa to całą noc. Rano słychać już śpiewające ptaki, a ja nabuzowany tą yerba matą, jadę do domu na rowerze środkiem ulicy, tnąc "powietrze mroźne jak freon". Muzyka, którą mogę wykorzystać w materiałach, pochodzi głównie z baz muzycznych typu Audio Network i innych, do których mamy dostęp. Jest tam nieprzebrana ilość różnych kawałków we właściwie każdym stylu. Tam jest prawie wszystko, oczywiście poza twórczością gwiazd muzyki. Taka baza produkcyjna. Pamiętam, jak robiłem kiedyś materiał "Miasto na wodzie" - opowiadający o tym, jak wygląda dzień na lotniskowcu USS Eisenhower. Jeden dzień pływania lotniskowca na morzu kosztuje milion dolarów. Takie są koszty jego funkcjonowania. Milion dolarów! 

Pamiętam, że polecieliśmy na niego z Cypru samolotem, który przy lądowaniu cholernie szarpał, bo tak jak każdy inny samolot, zatrzymywała go taka guma na pokładzie. Spędziliśmy tam cały dzień - oglądaliśmy, to co najbardziej lubię, czyli backstage backstage'ów, ale też mostek, starty, lądowania i życie toczące się na tym, zasilanym energią atomową, lotniskowcu. Razem z operatorem Kamilem Młyńczykiem nagraliśmy naprawdę mocny materiał. No i stanąłem przed wyzwaniem, by opowiedzieć tę historię w odpowiedni sposób. Zdecydowałem się postawić na muzykę operową. Akurat w tamtym momencie miałem zajawkę na operę. Dużo klasyków, które każdemu obiły się o uszy - "La ci darem la mano" Don Giovaniego Mozzarta i inne kawałki, które już dawno przedarły się do popkultury również dzięki uduchowionym reklamom margaryny. To pasowało jak ulał. Przyszła mi do głowy taka metafora, że w operze podobnie, jak i na lotniskowcu wszystko jest na wysoki połysk, na pełnym wypasie, na bogato i trochę przesadzone. Tak, jak opera ma wywrzeć na widzach określony efekt, tak samo pojawienie się atomowego lotniskowca na jakichś wodach, w jakiejś mierze, po prostu ma zrobić wrażenie. Wszystko w bardzo podniosłym klimacie... (w tym momencie Wojciech śpiewa głosem operowym).

Marcin Meller powiedział mi niedawno: "'Blood Sugar Sex Magic' Red Hotów to album, który kojarzy mi się z wojną. Gdy byłem w dawnej Jugosławii, to akurat spędzałem czas z Serbami, kiedy grzali silniki czołgów przed wyruszeniem na linię frontu. Chłopaki siedzieli na czołgach i puszczali sobie z boomboxa ten krążek. Dla mnie było to surrealistycznym doświadczeniem, bo ja Red Hotów słuchałem w Warszawie na imprezach, a oni jadąc na wojnę". Ty masz podobne wspomnienia?

- No mam, mam... tak. Wiesz, ja sam nie mam za dużo czasu na słuchanie muzyki, będąc w strefie konfliktu zbrojnego - raczej działam w trybie "terminator mode" - Gdzie jest prąd do ładowania? Gdzie internet do wysyłki materiałów? Gdzie jedziemy? Jak sprawić, żeby wszyscy ludzie, za których biorę odpowiedzialność, wrócili w jednym kawałku? Denerwuje mnie nawet włączone w samochodzie radio, bo ciężko mi się skupić. Tam jest naprawdę bardzo solidny zapieprz. Cały czas ktoś do mnie pisze albo coś ode mnie chce. Wiszę na telefonie, bo non stop jestem w kontakcie z redakcją i potencjalnymi bohaterami. Chłonę bez przerwy mnóstwo informacji z różnych źródeł - od Twittera, przez agencje prasowe, aż po czaty z dobrze poinformowanymi źródłami. No i mam cały zespół, o który muszę dbać. Jest to więc moment, w którym potrzebuję skupienia. 

Jeśli już zdarza mi się czegoś posłuchać to po to, by odciąć się od rzeczywistości. Słucham wtedy rzeczy dość, nazwijmy to, chilloutowych. Mam taką playlistę "peaceful ambient" i ona na maksa kojarzy mi się z pracą. Słuchałem jej w Ukrainie i zawsze słucham w samolocie. To stało się takim rytuałem. Poza pracą po nią nie sięgam. Słuchanie muzyki w takich warunkach też może wydawać się trochę surrealistyczne, biorąc pod uwagę, co dzieje się tuż obok mnie. Staram się wtedy zbudować muzyką taki kokon, który mnie otula, grzeje i trochę odcina od rzeczywistości.

A mógłbyś podać jeszcze jakiś konkretny przykład?

- Mam bardzo silne skojarzenie z reportażem "Niech toną", który realizowałem na statku Sea-Watch 3. U wybrzeży Libii wypatrywaliśmy pontonów z migrantami, którzy próbowali przedostać się do Europy. Na statku była świetna ekipa wolontariuszy. Tam całą dobę napierdalała muza z głośników bluetooth, szczególnie na mostku kapitańskim, na którym mieliśmy dyżury po 8 godzin - czasem w środku nocy, a czasami od 5 rano. Na statku było w sumie 21 osób i tylko dwóch dziennikarzy - Kamil Młyńczyk i ja. Resztę stanowiła załoga. Wśród nich był 50-letni Brytyjczyk, Robin, który miał mega muzę. Wziąłem od niego połowę jego playlisty. Na przykład piosenkę Josha Winka - "Higher State of Consciousness". Ten kawałek zresztą znalazł się w tym reportażu. 

Wyłowiliśmy z wody 31 osób, które dryfowały na zniszczonym pontonie, nie mogliśmy dopłynąć do żadnego portu, bo nikt - ani na Malcie, ani we Włoszech - nie chciał nas przyjąć. Sprawa migrantów stała się bardzo polityczna. My byliśmy podmiotem tej międzynarodowej polityki, uwięzieni na statku w święta Bożego Narodzenia, z dala od rodzin. Pływaliśmy tam i z powrotem, czekając na decyzję polityków. Mówiąc delikatnie, byliśmy na maksa sfrustrowani, bo nie mogliśmy nawet zbliżyć się do brzegu. Siedzieliśmy po kolacji w mesie i wymyślaliśmy, a właściwie marzyliśmy o jakimś rozwiązaniu sytuacji. Robin kazał nam sobie wyobrazić, jakby to było, gdybyśmy tym statkiem wpłynęli na plażę, odpalili wszystkie światła i się na nią wpieprzyli. Beachlanding! Ogłosił konkurs na soundtrack, jaki powinniśmy wtedy puścić z głośników. Robin zaproponował wspomniany wcześniej numer Josha Winka. Za chwilę Kim, czyli pierwszy oficer, rzucił Darude -"Sandstorm". Na szczęście nagrałem komórką całą naszą rozmowę. Na koniec wrzuciłem ją w reportaż. To moje nagranie z komórki, w którym wymyślamy, jaramy się i tańczymy, było więc ważnym elementem tego, by pokazać ludzką stronę historii. Pozytywnych, ale sfrustrowanych ludzi, którzy chcieli, żeby świat był trochę lepszym miejscem, a wylądowali w kilkusettonowej blaszanej puszce.

Opowiadaj dalej...

- Od 2015 roku zajmuję się kryzysem migracyjnym, którego niedawno tak mocno doświadczyliśmy przy granicy z Białorusią. W Melilli, niewielkiej hiszpańskiej enklawie na północy Maroka, przygotowywałem reportaż o ludziach, którzy chcą dostać się do Europy. Przeskakiwali przez płot, a właściwie to trzy wielkie płoty obwiązane drutem kolczastym. Często niestety nie wychodzili z tego cali i ginęli. Byłem na Wyspie Lesbos, w Libanie, w Iraku i w wielu innych miejscach, gdzie trafiają uchodźcy i migranci. Poznałem dziesiątki ludzi, a z niektórymi nawet się zaprzyjaźniłem. Niemal każdy z nich ma na telefonie swoją playlistę. Jedni na Spotify'u, inni na Tidal'u albo w Apple Music. Wiesz, dlaczego o tym mówię? Ponieważ niestety często patrzymy na uchodźców jak na gorszych ludzi. A oni są tacy sami jak my. Mają swój świat, swoją muzykę, która często nie różni się za bardzo od tej, po którą my sięgamy. Wydaję mi się, że czasem takie spojrzenie na nich pod tym kątem, spowoduje, że przejrzymy się w muzycznym lustrze i zobaczymy w nim kogoś podobnego.

To zachowanie ludzkiego oblicza w warunkach wojny to w ogóle ciekawy temat. Chyba Wiktor Bater powiedział kiedyś, że był świadkiem sytuacji, w której facet odbijał sobie piłkę o mur, podczas gdy kilkaset metrów dalej trwał ostrzał.

- Potrafię sobie wyobrazić sytuację, którą opisujesz, bo każdy ma jakiś krytyczny punkt tego, co jest w stanie znieść. Do jakiegoś momentu się boisz, a później, nie to, że masz wywalone, ale po przekroczeniu pewnej granicy strachu czy zagrożenia przychodzi takie... ok... let it be... jak w piosence Johna Lennona. Co się stanie, to się stanie. Pamiętam reportaż, który robiłem w Ukrainie w 2014 roku - "Słowiańska gra w wojnę". Swoją drogą, wiele osób zapomina o tym, że ta wojna nie zaczęła się 24 lutego, tylko 8 lat temu. Ja tam wtedy też byłem i doświadczyłem sytuacji o wiele trudniejszych niż w tym roku. 

No i wiesz, oczywiście, że gra mi teraz w uszach muzyka, która znalazła się w tamtym reportażu. Doskonale pamiętam na przykład ostatnią scenę. W żołnierzach, po którejkolwiek nie byliby stronie, staram się widzieć po prostu ludzi. Najczęściej to młode wystraszone chłopaki, które nie za bardzo chcą tam być. To, że oni siedzą w okopach i czegoś tam sobie słuchają na głośnikach, a niedaleko trwa bombardowanie, czyni ich w moich oczach bardziej ludzkimi. Dla mnie dostrzeżenie w każdym przede wszystkim człowieka jest strasznie istotne. Należy pamiętać, że ci żołnierze zostali nagle wytrąceni ze swojego normalnego życia, zostali w mniej lub bardziej przymusowy sposób wcieleni do armii... Czy oni na pewno wiedzą, o co walczą? Czy oni mają jakieś takie poczucie, że to ma sens? Chyba niekoniecznie.

Żołnierze chyba nie mogą zabrać ze sobą za wielu rzeczy na front, więc jeśli zabierają głośniki, to ma to szczególne znaczenie.

- Praktycznie nic nie mogą zabrać. W wojsku panuje uniformizacja - każdy jest w mundurze, nie można się wyróżniać. Wiadomo, że łatwiej jest zarządzać ludźmi, wśród których nie ma indywidualności. Między innymi po to obcina się im włosy na krótko. Razem z nimi tracą swoje fryzury, czyli pewien element tożsamości. Armia, po to by łatwej było wydawać i egzekwować rozkazy, ma zabić indywidualność i w pewnym sensie podmiotowość, jak również możliwość wyrażania siebie siebie W wojsku nie ma na to przestrzeni. Trzeba słuchać rozkazów i z nimi nie dyskutować. Wojsko nie ma i nie może mieć zbyt wiele wspólnego z tym, czego ty chcesz. Często muzyka jest dla żołnierza właśnie jedyną "jego" rzeczą, na którą może mieć wpływ. Paradoksalnie, to może czynić ją ważnym element każdej współczesnej wojny. Widzę w żołnierzach ludzi, a nie maszyny do zabijania. Powinniśmy uszanować ten jedyny dostępny dla nich sposób wyrażania siebie.

Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że masz problem z tym, by po powrocie z wojny bezpiecznie "wylądować na ziemi". Muzyka w tym lądowaniu w jakkolwiek sposób pomaga?

- Lądowanie po takich traumatycznych przeżyciach jest bardzo trudne. Mówię otwarciem o tym, że chorowałem na depresję i przestrzegam, by nauczyć się dbać o siebie i o swoją psychikę. Nie od dziś wiadomo, że osobom pracującym w organizacjach pozarządowych niosących pomoc czy korespondentom wojennym, grozi PTSD, czyli zespół stresu pourazowego. Ja wracając w 2014 roku z Ukrainy, teraz zresztą też, miałem bardzo trudne momenty i było mi, a może wciąż jest, ciężko odnaleźć się w rzeczywistości. Bo to jest tak, że masz poczucie, że tam daleko dzieją się rzeczy ważne, ale też bardzo straszne - synowie umierają matkom na rękach, ludzie giną, tracą domy i swój dobytek. A tu nagle wracasz do rzeczywistości, w której masz pójść do galerii handlowej i kupić sobie nowe buty albo pójść do hipsterskiej kawiarenki na alternatywną przelewową kawkę z Chemexa. Wtedy myślisz sobie: "Czym ja zasłużyłem na to, żeby mieć takie wygodne życie? Skoro inni nie zasługują na to, by żyć, ja powinienem? Dlaczego?". Te momenty bywają naprawdę trudne. 

Po latach pracy wykształciłem kilka takich barometrów, jeśli chodzi o mój stan psychiczny. Jeśli czuję się dobrze, to muzyka towarzyszy mi przez cały dzień. Kiedy jestem w dobrej formie i nastroju, uwielbiam lodowate prysznice, drę się wtedy, ale mogę wytrzymać zimno. Jeśli źle się czuję, nie mogę i nie chcę tego wytrzymywać. Podobnym wskaźnikiem nastroju, jest ilość muzyki wokół mnie. Jak jest dobrze to, muzyki słucham naprawdę dużo. Gdy mam doła, to nie słucham jej wcale. Pytasz mnie, czy muzyka pomaga w takich sytuacjach... hmm... powiem w tej sposób: tak, jak dym jest oznaką palącego się ogniska, tak słuchanie przeze mnie muzyki jest oznaką, że czuję się całkiem nieźle.

Potrafisz wskazać muzyczny kawałek o takiej śmierci, jaką ty widziałeś?

- Staram się szukać w tym wszystkim jakiegoś pocieszenia. Można się całkiem załamać i stwierdzić, że świat jest okropny, ale ja uważam, że świat jest dobry i że ludzie są dobrzy. Uważam, że cały czas dzieją się wokół nas rzeczy przerażające, ale bardzo chciałbym wierzyć w to, że życie i świat ma sens. Że miłość i jasna strona mocy zwyciężą. Pracując nad swoimi reportażami, nauczyłem się, że czasem fajnie, kiedy muzyka kontrastuje z tym, co pokazuję. Pamiętam taki reportaż o embargu na jedzenie z Polski w Czechach. Miałem całą sekwencję z fabryki kiełbas i podłożyłem do tego piękną i bardzo pozytywną muzykę klasyczną. 

Muzyka klasyczna zresztą często pojawia się w moich produkcjach. Dla "Debaty Faktów" robiłem kiedyś materiał o emigracji. Tam była taka sekwencja z Irlandii, z dużej przetwórni drobiu. Piękna sekwencja. Powieszone, jeszcze żywe, kurczaki na hakach. One sobie jechały, później obcinano im łby... wszędzie pełno krwi, masakra. I też podłożyłem do tego muzykę klasyczną. Uważam, że rzeczy traumatycznych nie ma już co doprawiać czymś, co będzie ten smutek jeszcze bardziej podbijać. O, wiem! Eluvium - "Regenerative Being" albo "Bibio Phantom Brickworks IV" kojarzą mi się z wojną. Obydwa kawałki są dziwne. (W tym momencie Wojtek puszcza utwór "Regenerative Being"). Kiedy go słucham, mam przed oczami obrazy, jak ludzie giną... widzę zwolnione ujęcie, na którym ktoś pali fajki. Ale w tym numerze słyszę też trochę nadziei, że może ta wojna się skończy. Może, kurwa, te dzieci na stacjach metra, które wzięły ze sobą podczas ewakuacji klatkę ze szczurem albo papugą, spotka jeszcze coś dobrego. Staram się pozytywnie patrzeć na rzeczywistość, może po to, by nie zwariować. Jestem emocjonalnym facetem, który często się wzrusza i płacze.

Byłeś w tym roku po raz pierwszy na Openerze. Tam też się wzruszyłeś? (śmiech)

- Dziwię się, że dopiero teraz tam pojechałem. Wszyscy jeździli, a ja jakoś nie mogłem przez te wszystkie lata dotrzeć na Openera. Nagle dostałem zaproszenie od organizatorów, właściwie to na kilka dni przed festiwalem. Przyjąłem je z dużą radością. W ramach cyklu "Let's Talk" rozmawiałem o tym, co dziś dzieje się w Ukrainie. Opener to wyjątkowe miejsce, głównie dzięki ludziom, którzy tam przyjeżdżają. To enklawa wolności, spokoju i zabawy. To okazja, by chociaż na chwilę odsunąć coraz smutniejszą rzeczywistość na bok - kiedy okazało się, że spora część z nas przeżyła pandemię, to płynnie przeszliśmy w wojenną atmosferę. Czuję, że nasze zbiorowe zdrowie psychiczne jest w coraz gorszej kondycji i należy robić co w naszej mocy, by o nie zadbać. Ale nie ma się też co oszukiwać. Opener to bańka. Polska tak nie wygląda. Mam tego pełną świadomość. To przykre, ale większości osób nie stać na to, by wydać ponad 800 złotych na czterodniowy bilet. Nie mówiąc już o tym, że trzeba gdzieś spać i coś zjeść.

Jakie koncerty szczególnie utkwiły ci w pamięci? Widziałem, że dobrze bawiłeś się na Young Leosi.

- Oczywiście! Young Leosia jest super. Zrobiła show. Powiem tak, lubię i słucham dużo hip-hopu. Uwielbiam Pro8l3m. Ostatnio w kółko słucham kawałka "Freon". Znam już prawie cały tekst na pamięć. Mata jest dziś głosem... może pokolenia, a może jego nieco bardziej bananowej części. Fascynuje mnie jako postać. Po gigantycznym sukcesie, jaki osiągnął, ma całe życie przed sobą, ale też rodzaj odpowiedzialności, bo wie, że mnóstwo ludzi go słucha. Byłem nieco zaskoczony, kiedy na scenie byli OKI albo Young Leosia i absolutnie wszyscy znali ich teksty. Umówmy się, nie dla wszystkich odbiorców czytelne jest to uniwersum dyskursu, w którym oni funkcjonują.

Ich teksty często opowiadają o zabawie.

- No tak, ale mają w sobie coś, co sprawia, że ludzi to przyciąga. Nie ma co tego ignorować. Całym sercem kocham też muzykę Fisza. Uważam, że to facet, który ma mnóstwo rzeczy do powiedzenia i mówi to w fenomenalny sposób. Uwielbiam jego "Sarny", w którym mówi o "maleńkim oddziale bez nazwy". Tak właśnie nazywamy nasz Zespół Projektów Specjalnych. Ten utwór bardzo mi się wkręcił. Mam taki niezamknięty jeszcze - ale wierzę, że uda się go zamknąć do końca wakacji - projekt dotyczący mafii śmieciowej i odpadów. Pracujemy nad nim nieprzyzwoicie długo, natrafiając na coraz to nowe trudności i kolejne ciekawe wątki. Wiele nocy spędziliśmy śledząc różnych ciemnogwiaździstych typów, skradaliśmy się za jakimiś bandziorami po lasach i krzakach.

Można więc powiedzieć, że to kawałek o was?

- Nie mam najmniejszej wątpliwości, że całe 7:53 tego kawałka jest o nas. Na maksa się z nim identyfikujemy. Zapytałem menedżerkę Fisza, czy możemy wykorzystać kawałek do tego, by zrobić taki dedykowany teledysk i promować w ten sposób nasz serial dokumentalny, nad którym wciąż w pocie czoła pracujemy. No i okazuje się, że możemy. Nie mogę się już doczekać. To fajny moment, bo po raz pierwszy - jak prawdziwi filmowcy - wykorzystamy utwór artysty przez duże "A", którego kocham całym sercem, a nie muzykę "produkcyjną" z jednej z baz.

Na festiwalach często dochodzi do ciekawych, spontanicznych, niespodziewanych rozmów. Ciebie w tym roku takie spotkały?

- Rozmawiałem z Kubą Wojewódzkim i jego dziewczyną, która ratowała psy z urwanymi łapami w Ukrainie. Też miałem tam trochę przygód z psami, które porwały mi mikrofon. Kuba na maksa kojarzy mi się z muzyką i dziennikarstwem muzycznym. Co prawda o muzyce w ogóle nie rozmawialiśmy, ale... no, ja Kubę bardzo lubię. Wiem, że wywołuje w ludziach bardzo różne emocje, natomiast ja uważam go za ponadprzeciętnie wrażliwego faceta, który za taką fasadą, którą wszyscy znają, chowa nieprzebrane pokłady czegoś, co mnie ciekawi. Drugie fajne wspomnienie to, może nie była rozmowa, ale zaraz po tym "kataklizmie", który przerwał trzeci dzień koncertów, chciałem coś zjeść. Dosyć niespodziewanie kelner zaprosił mnie do pomieszczenia, w którym rozmawiało całe OIO plus menago Taco i jeszcze kilka osób. A ja cały przemoczony jadłem sobie obok kotleta. I tak pomyślałem, że to fajne, że mamy w Polsce tyle osób, które żyją z tego, że tworzą sztukę. Moglibyśmy przecież żyć w świecie bez sztuki.

No tak. Nie stałoby się nic wielkiego, gdyby Taco Hemingway nie wypuścił już nowej płyty.

- Swoją drogą dał całkiem fajny koncert. Fascynowałem się jego muzyką przez dłuższy czas. Lubiłem "Trójkąt warszawski". Mam coś takiego, że kiedy myślę o Taco czy o Macie, to trochę im współczuję. Odnieśli gigantyczny sukces, naprawdę gigantyczny. W takich sytuacjach często rośnie presja na to, co dalej - czy przebiją poprzednie albumy, poprzednią trasę? Muszą z tą presją żyć i sobie z nią radzić.

Myślę, że otaczają się ludźmi, którzy pomagają im z tą presją walczyć.

- Tego nie wiem. Oby tak było. Może wcale nie czują presji, tylko to moja projekcja? Mimo że uważam, że sukcesy dopiero przede mną, to też w niewielkim stopniu doświadczam presji. Kiedyś, jeszcze w erze mezozoicznej, zostałem Dziennikarzem Roku. Mam tu na parapecie trochę jakichś statuetek. To wszystko jest piękne i niezwykle miłe, ale już 5 minut po odłożeniu takiego żelastwa na parapet, myślisz sobie: "No dobra, ale co dalej? Niebawem powinienem zrobić coś zajebistego".

Czyli sam sobie narzucasz presję?

- Trudno powiedzieć. Na pewno ją sobie narzucam, bo zawsze chciałem robić rzeczy ważne, ale też takie, które mówią coś ważnego o otaczającym nas świecie. Trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo wiadomo, że ma się jakieś oczekiwania wobec siebie, ale otoczenie też tę presję w jakiś sposób wywołuje. Nie spędza mi to jednak snu z powiek i dotyczy w niewielkim stopniu, bo nie pracuję przecież dla nagród. Większość artystów w oczywisty sposób też tego nie robi. Ale niewiele osób, które cokolwiek tworzy, jest zupełnie obojętnych na odbiór ich twórczości. Kiedy myślę o artystach, którzy osiągnęli olbrzymi sukces, to uważam, że nie mają wcale takiego łatwego kawałka chleba. Nie chodzi o to, by im współczuć, bo sukces i popularność niesie ze sobą też olbrzymie profity. Mnóstwo osób przecież zazdrości raperom życia, jakie mają. Tylko na szczycie ludzie czują się często samotni.

Napisano o tym dużo kawałków.

- Dokładnie. Jest taki kapitalny film dokumentalny o Lady Gadze "Five Foot Two", która - swoją drogą - jest niezłą wariatką, co bardzo mi się podoba. Tam sława i sukces są świetnie pokazane z obydwu stron. Na przykład łzy przy fajce na chodniku obok garażu. Nie zawsze jest tak pięknie i kolorowo, jak na Instagramie.

Wracając do Openera. Czułeś presję, występując przed ludźmi, którzy przyszli cię posłuchać?

- Oj, nie. Mam poczucie, że jeśli pójdę gdzieś do ludzi i opowiem im o swojej pracy, to może ktoś sobie pomyśli: "Woow, właśnie opowiada tu historie koleś z Knurowa z bliznami po trądziku. Nie jest szczególnie rozgarnięty ani zanadto wyględny. Na czymś tam mu prawdopodobnie zależy, gdzieś tam był, coś tam sobie zrobił. Wydaje mu się to ważne. Skoro taki obwieś z wyłupiastymi oczami może, to prawdopodobnie ja też mogę. Co mi tam, spróbuję zrobić coś, czego wcześniej się bałem". Każdy z nas jest naprawdę wystarczający. To szalenie ważne. Wystarczający, żeby robić coś, co jest dla nich ważne. Jeśli po takim spotkaniu, jedna osoba tak sobie pomyśli, to warto było się spotkać. 

Nie mówię, że każdy ma być dziennikarzem, ale wierzę w to, że jesteśmy na takim etapie rozwoju społecznego, że ludzie zastanawiają się nad tym, czy mogą zrobić coś dobrego dla innych. Nie mówię, że każdy ma starać się zbawić świat, ale może zadbać o swoją wspólnotę sąsiedzką. Nie wiem, pomóc starszym ludziom zrobić zakupy, zorganizować zbiórkę dla potrzebujących albo pomóc komuś, kto jest w kryzysie psychicznym. Wierzę w kapitał społeczny, który staje się w naszym kraju coraz większy. Jestem bardzo dumny z Polaków i z tego, jak zareagowali na kryzys w Ukrainie. Podczas panelu zapytałem ludzi "Kto z was zna kogoś, kto przyjął ludzi z Ukrainy do swojego domu?". Wszyscy w sali podnieśli ręce. Jestem z tego dumny. Czyńmy dobro wokół siebie, jakkolwiek to rozumiemy. Myślę sobie, że dużo przyjemności, ale i subiektywnego poczucia szczęścia, może wynikać z tego, że zrobimy coś dla drugiego człowieka, a nie tylko dla siebie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama