Wikukaracza (Łąki Łan): Łąki Łan to akty radości [WYWIAD]
W drugiej połowie listopada zespół Łąki Łan wyruszył w kolejną trasę koncertową, która zakończyć ma się w marcu przyszłego roku. Podczas trasy złapaliśmy na krótką rozmowę frontmana Łąki Łan - Wiktora "Wikukaraczę" Kwarciaka - który przyjął wakat pozostawiony po Paprodziadzie. Z muzykiem porozmawialiśmy zarówno na temat jego roli i odnalezieniu się w zespole, koncertach i energii, jaką dzieli się grupa, jak i… duchowych odkryciach, które doprowadziły go do zasilenia szeregów Łąki Łan.

Rafał Samborski, Interia Muzyka: Muszę przyznać, że masz na sobie naprawdę piękny strój. Powiedz mi o nim coś więcej.
Wiktor "Wikukaracza" Kwarciak: Dzięki. To jest sari. Zajmuję się jogą i kiedyś taki strój był kwestią mojego upodobania, a teraz to już jest po prostu część mojego życia, więc chodzę tak na co dzień. A ten kaptur… Ludzie myślą, że zakładam go po prostu dla mody, ale w kwestiach jogowych kaptur ma zupełnie inne znaczenie.
Mam koleżankę, która jest certyfikowaną nauczycielką jogi.
Wydaje mi się, że mówimy w tym momencie o dwóch różnych rzeczach. Filozofia jogi i to, jak większość ludzi postrzega jogę, to zupełnie dwa różne światy. Filozofia jogi, jogasutr nie ma potrzeby uznawania czegoś takiego jak kursy jogi czy zawód trenera jogi w tradycyjnym sensie, choć osoby prowadzące takie zajęcia rzeczywiście wykonują dobrą pracę. Sam uczestniczyłem kiedyś w takich lekcjach, ale to było głównie związane z aspektem fizycznym.
Poza tym, niestety, rzeczywistość jest taka, że łatwo można trafić na prowadzących, którzy nie mają pełnego zrozumienia, czym joga jest w swej istocie. Prawdziwe źródła jogi leżą na Wschodzie i zawsze fascynowało mnie, co tak naprawdę ona oznacza, bo jej sens jest zupełnie inny niż się powszechnie sądzi. Oczywiście, ćwiczenia fizyczne mają swoje zalety, ale chodzi przede wszystkim o medytację, świadomy oddech i skupienie, o pracę nad koncentracją. Joga i medytacja to nie tylko czynność czy proces, lecz przede wszystkim jakość.
Od pewnego czasu codziennie medytuję i widzę, jak bardzo pomaga mi to w kwestii skupienia, radzenia sobie ze stresem. Moje tętno bardzo się uspokoiło. To niesamowite, jak tak prosta czynność może wpłynąć na komfort życia.
Dostąpiłem zaszczytu by być zainicjowanym przez prawdziwego guru z Indii - to było dla mnie niezwykłe przeżycie. Historia tej inicjacji mogłaby spokojnie posłużyć za scenariusz filmowy: otworzył się główny ashram kriya jogi, tej najstarszej i najbardziej ukrytej tradycji jogi z Indii. Co ciekawe, ten ashram powstał w Tłuczani koło Wadowic - w domu niedaleko mojej rodzinnej miejscowości, do którego jeździłem jeszcze jako dziecko na rowerze. Nieprzypadkowo znałem ten dom od dawna, a kiedy podzieliłem się swoją historią z praktykującymi tam joginami, usłyszałem, że takie rzeczy po prostu się zdarzają w ich świecie. Czasem przez całe życie ciągnie cię jakaś wizja, a potem jako dorosły trafiasz w miejsce, które okazuje się kluczowe na twojej duchowej ścieżce. Tak samo było z zespołem Łąki Łan.
Tak rozmawiamy o duchowym aspekcie życia i zaczynam czuć wyrzuty sumienia, bo spotkaliśmy się w innym celu.
Tak, ale powiem, że nie byłoby żadnego Wikukaraczy w Łąki Łan, gdyby nie moje duchowe odkrycia.
No właśnie - jak się czułeś, wchodząc w tak żywy, charakterystyczny i ugruntowany organizm, jakim jest Łąki Łan?
Muszę przyznać, że wszedłem do zespołu z ogromną lekkością, co pewnie wynikało z tego, że przez lata byłem ich wiernym fanem. Od dawna czułem, że to zespół, który przekazuje wartości bliskie mojemu sercu i gra muzykę, która naprawdę mnie porusza. Nigdy nie przypuszczałem, że pewnego dnia stanę się jego członkiem, ale tak właśnie się stało.
Ten proces odbył się dla mnie naturalnie, bez niepotrzebnego napięcia czy poczucia, że muszę się na siłę odnaleźć. Z perspektywy czasu widzę, że od lat stopniowo uświadamiałem sobie swoje miejsce i to, co naprawdę chcę w życiu robić. Tworzenie pięknych rzeczy polega
na tym, by pamiętać, dlaczego się to robi. Wtedy się wie gdzie bije serce naszej pasji. Tego właśnie każdemu życzę - by znaleźć się dokładnie tam, gdzie "bije jego/jej serce", z pełnym przekonaniem i miłością do tego, co się robi.
A łatwo było się rozepchać z obowiązkami nie tylko wokalnymi i tekstowymi, ale również kompozytorskimi? Łąki Łan to jednak zbiór charakterystycznych osobowości.
Bartek Królik często powtarza w wywiadach, że jestem tym zaginionym członkiem Łąki Łan. To określenie dobrze oddaje mój proces odkrywania własnej tożsamości w zespole. Moment, gdy uświadomiłem sobie, kim nie jestem (to trudne ale bardzo ważne), był dla mnie przełomowy. W świecie muzyki często szukamy odpowiedzi na pytania o to, kim naprawdę jesteśmy. Gdy już zrozumiałem, że nie jestem Paprodziadem, lecz odrębnym "ja", otworzyły mi się oczy. Co do chłopaków z Łąki Łan, od początku obserwuję ich pracę z podziwem, jednak w pewnym momencie zrozumiałem, że oni podchodzą do mnie z równie dużą otwartością i szacunkiem. Czekali na moment, kiedy sam zrozumiem, że jestem równorzędnym członkiem tej muzycznej rodziny.
Jak długo trwało takie dostrajanie się?
Oczywiście, proces tworzenia nowej płyty to już konkretne wyzwania organizacyjne. Najtrudniejsze bywa wtedy, gdy zaczynamy zastanawiać się, czego oczekują odbiorcy, a to paradoksalnie zaprzeczenie istoty muzyki. Jeśli próbujesz na siłę trafić w gusta, blokujesz własną kreatywność. Dla mnie meritum tworzenia to autentyczność. W muzyce najpiękniejsze rzeczy rodzą się wtedy, gdy jesteśmy prawdziwi wobec siebie i innych. Dlatego relacje w zespole budujemy na wzajemnym uznaniu naszych wyjątkowych cech. Proces twórczy staje się dzięki temu czymś wyjątkowym.
Czy to brzmienie Łąki Łan sprawia, że czujesz się "forever young"?
Absolutnie tak. Łąki Łan to zespół, który faktycznie potrafi zachować młodzieńczą energię i przekazać ją innym. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że nie znam drugiej takiej grupy. Mówię to z pełnym przekonaniem, bo najpierw byłem ich fanem, a dziś jestem wokalistą. Mam więc perspektywę z obu stron i mogę stwierdzić obiektywnie: naprawdę warto przychodzić na koncerty Łąki Łan, bo właśnie tam można poczuć się "Forewa Łan".
A co do rzeczonego utworu z nowej płyty. Rzeczywiście, powstał on z inspiracji powrotu do młodości, do odnalezienia w sobie wewnętrznego dziecka. Chodzi tu o filozofię sięgania do pierwotnych, czystych radości, które nie zostały jeszcze niczym skażone. To właśnie taka autentyczność i spontaniczna radość są siłą tej muzyki i zespołu. I cechą ludzi na naszych koncertach.
Łąki Łan - mimo tej otoczki zabawy - to jednak zawsze był duchowo zaangażowany zespół.
Wszystko przecież jest w pewnym sensie duchowością. Wystarczy być obecnym w tym, co się w życiu robi. Słowo duchowość jednak niestety często kojarzy mi się z wyrafinowaniem i biznesem, który nie ma z nią nic wspólnego. Istota tkwi głęboko w ciszy, a nie w nazewnictwie. Nie chodzi przecież o to, by wrzucać nas do szufladki z napisem "muzyka duchowa", gdyż ludzie będą chcieli to na siłę zrozumieć. A to kwestia czucia bardziej niż rozumienia. Jest to czymś bardzo subtelnym, wymykającym się prostym definicjom i kategoriom. To coś, czego nie da się jednoznacznie opisać czy zracjonalizować. Tak jak muzyki Łąki Łan i dlatego to odpowiedni zespół w odpowiednim miejscu i czasie. Dlatego tak trudno zawsze było sklasyfikować rodzaj muzyki granej przez ŁŁ. W mojej ocenie to jest proces, który przypomina samo życie - wymyka się ramom i pozostaje niepowtarzalny.
To dlaczego ze wszystkich możliwych zwierząt patronackich wybraliście przy okazji nowej płyty dżdżownicę?
"DżDż" to po staropolsku deszcz. Inspiracją dla tytułu naszej płyty była właśnie ta etymologia, ale też sposób, w jaki dżdżownica - czyli "deszczowe" stworzenie - porusza się w przyrodzie. Ten jej naturalny, falujący ruch stał się dla nas symbolem pulsu, który wyczuwamy podczas koncertów Łąki Łan. To coś organicznego, rytmicznego, bardzo bliskiego temu, co sami przeżywamy na scenie.
To ważne: owszem, występy Łąki Łan to dużo barw, śmiechu, funku, punku i kabaretu, ale w istocie zwierzęta, w które się przebieramy na scenie, są dla nas czymś więcej niż tylko kostiumem - to symbol naszej łączności z otoczeniem, z naturą, która jest nam wszystkim najbliższa. Nie tylko naturą planety, ale naturą nas samych.
Publiczność podczas koncertów może dzięki temu poczuć się częścią tej energii, poczuć ten puls życia, który płynie przez muzykę, płynie między ludźmi. "A Wasze tętno to nasze techno" jak mawia nasz nowy utwór. Ten moment, gdy ludzie zaczynają tańczyć w naszym własnym pulsie, zawsze kojarzył mi się z czymś niezwykle autentycznym, dzikim i niewymuszonym. Jako widz, obserwowałem to z ogromnym zdumieniem, a jako twórca jestem tego główną częścią, to niesamowite. Nagle wszystkie kurtyny opadają, wszyscy po prostu stają się sobą. Nie ma innego wyjścia, bo tej energii po prostu nie da się powstrzymać, ani przetrwać inaczej. To coś zupełnie naturalnego, jakbyśmy wspólnie uprawiali taki przyrodniczy aerobik.
Jesteście w trakcie trasy koncertowej i chciałem zadać pytanie, czego można się podczas niej spodziewać. Ale chyba po części mi odpowiedziałeś.
To muszę dodać, że Łąki Łan to dla mnie czysta radość - to zespół, który potrafi zburzyć wszelkie bariery i zrzucić z serca ciężar codzienności. To ten moment, kiedy lód topnieje, a człowiek odzyskuje lekkość i energię. Muzyka Łąki Łan niesie ze sobą wszystko, co podnosi na duchu i wyzwala autentyczne, pozytywne emocje.
A w tym całym wirze koncertowym znajdujecie czas na tworzenie nowego materiału?
Cały czas jest robiony nowy materiał, bo to jest część tego zespołu. Tu się nic nigdy nie zatrzymuje ani nie kończy.






![Senny: "Artystycznie daję sobie chwilę oddechu" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000M7HDHOODU8K4W-C401.webp)
