Reklama

WaluśKraksaKryzys: Kod do szczęśliwego życia [WYWIAD]

WaluśKraksaKryzys jest nadzieją polskiej sceny muzycznej /Kurnikowski /AKPA

- Robienie tego, co się kocha, to kod do szczęśliwego życia - mówi WaluśKraksaKryzys. Podczas OFF Festivalu razem z zespołem zagrał swój nieoficjalny debiut, wydany w oficynie Trzy Szóstki album "MiłyMłodyCzłowiek". Chwilę po koncercie opowiedział nam o tym, co chce osiągać poprzez tworzenie muzyki.

Anna Nicz, Interia: Skąd wziął się pomysł na zagranie płyty "MiłyMłodyCzłowiek" w całości na OFF Festivalu?

WaluśKraksaKryzys: - Pomysł urodził się w głowie Artura Rawicza, Artura Rojka i trochę mojej. Pomyśleliśmy: fajnie, idźmy w to, to jest OFF Festival. Fajnie zrobić coś niekonwencjonalnego. Jaram się tym koncertem, to była dla mnie super chwila. Jestem w takim ciągu koncertowym, że nie mieliśmy dużo czasu na przygotowanie, ale mieliśmy kilka intensywnych prób. Graliśmy te kawałki wcześniej, niektóre na próbach, niektóre na koncertach. One w nas zostały, to jak jazda na rowerze. Zrobiliśmy sesje przypominające i wyszło git.

Reklama

Gdy nagrywałeś pierwszą płytę sam w domu, myślałeś o tym, że kiedyś będziesz grał ją w takiej formie, na dla wielu osób kultowej festiwalowej scenie?

- Podświadomie pewnie tak, bo gdybym nie miał wiary w to, co robię, pewnie bym tego nie robił. Trzeba poświęcić kilka lat, czasem nawet 26, żeby doprowadzić swoje życie do stanu, że gra się takie koncerty. Wierzę nadal, że to co robię będzie moim życiem zawodowym. Robienie tego, co się kocha, to kod do szczęśliwego życia. Wydaje mi się, że to powinno zastąpić nam wizję świata skoncentrowanego na dogmatach, które nie są prawdziwe.

Pamiętasz moment, czas, kiedy dotarło do ciebie, że zdobyłeś ten kod?

- Czasem czuję, że go zdobyłem, czasem okazuje się, że on nie działa. Czasem w życiu dzieje się fajnie, czasem nie. Są momenty, że czuję się naprawdę git. Jak na koncercie z Cool Kids Of DeathBłażejem Królem w Warszawie. To był dla mnie kosmos. Nagle stoimy na jednej scenie i nawet nie tyle wykonujemy muzykę, co cieszymy się tym momentem.

To jest taka rzecz, którą chcesz osiągać dzięki muzyce?

- Wiesz, co chcę osiągać? Spotkania z ludźmi, z muzykami, ekipą techniczną, z którymi w sezonie festiwalowym widujemy się co tydzień. Pozornie obcy, nie powiązani z tobą biologicznie ludzie, tworzą twoją nową rodzinę, od której otrzymujesz wsparcie, czasem jakieś kopniaki w tyłek, ale przeżywasz coś z kimś, nie jesteś sam. I to mam na celu - mieć z ludźmi dobre relacje i dać się poznawać poprzez moją muzykę.

Ostatnio coraz lepiej poznaję się z Mrozem. W tym momencie Łukasz jest dla mnie jednym z topowym polskich artystów. Zachęcam do pójścia na jego koncert, bo jest fenomenalnym artystą. Przebył niesamowitą drogę. Widzieliśmy początek, widzimy co dzieje się teraz. Teraz Łukasz jest dla mnie fenomenem. Gdy zobaczyłem jego koncerty na Męskim Graniu, poczułem, że jestem w środku jakiejś hipisowsko-rockandrollowej rewolucji. Bo to, jaką on ma w sobie energię, pasję do muzyki i dawania ludziom tej siły jest dla mnie niepojęte i fenomenalne. Myślałem, że taką energię czerpie się z czynników zewnętrznych. Ale gdy z nim rozmawiam, widzę człowieka, który jest przepełniony pasją. Do muzyki, do życia. Cieszę się, że mogę na swojej drodze poznawać takich ludzi, bo ciągnie mnie to w górę, inspiruje i zachęca do tego, żeby wstawać codziennie z łóżka. Bo czasami jest różnie.

Wracając jeszcze do “MiłegoMłodegoCzłowieka", jak wspominasz wydanie płyty w Trzech Szóstkach? Jak to się zaczęło?

- Nie wiedziałem, co zrobić ze swoją muzyka. Każdy, kto zaczyna, nie wie, co zrobić ze swoją muzyką. Chyba że twój tata jest szefem wytwórni albo Zbigniewem Ziobrą i może wszystko. Pisałem nawet do fanpejdży zajmujących się muzyką niezależną z pytaniem, czy mogą pomóc itd. Ale najlepsza rada w takich sytuacjach to uzbroić się w cierpliwość, mieć dużą pokorę; jeśli kiedyś to ma przyjść, to przyjdzie.

W końcu wyczaiłem Trzy Szóstki. Napisałem maila do Krzyśka Kwiatkowskiego. Byłem tym tak przejęty, że musiałem się mocno zalkoholizować. Po kilku dniach Krzysiek odpisał, ale musiałem się znowu uchlać, żeby mieć odwagę to przeczytać. Otworzyłem maila, było w nim pytanie: "Hej, o co tobie w ogóle chodzi?" Przeczytałem mojego maila - pisząc go byłem na etapie nie trafiania w literki.

Wykorzystałem resztki energii pozwalające na odpisanie Krzyśkowi, wysłałem mu materiał. Daliśmy sobie chwilę do namysłu. On zdecydował, że działamy. Dużo w tym zasługi chłopaków z zespołu Zwidy, studia Wieloślad, którzy posłuchali mojej muzyki. Jestem ze Spały, w której mieszkają trzy tys. osób i nagle ktoś zasiał ziarno w Warszawie. No i poszło.

Mówisz, że trzeba uzbroić się w cierpliwość, mieć dużo pokory, ale jednak trzeba jakoś się pokazać, wykonać pierwszy krok, żeby ktoś dostrzegł twoją muzykę.

- Gdy chciałem, żeby ktoś mnie usłyszał, musiałem mieć piosenki. Później musiałem pokazać te piosenki, pokonać barierę wstydu i obaw przed otwarciem się. Jest mało prawdopodobne, że muzykę taką jak moja czy inną alternatywną ktoś gdzieś usłyszy, zauważy i ci pomoże. Warto iść przez życie z jakimś głośniczkiem i odpowiednio się ustawić, żeby ktoś cię zauważył. Nie chować się z tym, tylko uwierzyć. Trzeba podjąć jakieś działania, tylko trzeba mieć w sobie dużo pokory. Pogodzić się z tym, że Robert Lewandowski jest Robertem Lewandowskim, a Tomasz Kot jest Tomaszem Kotem. Ja jestem Waluś, nigdy nie będę Lewandowskim ani Kotem, tylko Walusiem. Pewne rzeczy wychodzą mi lepiej, a w innych jestem totalnie beznadziejny. Trzeba być ciekawym życia, mieć otwarta głowę i w końcu znaleźć sobie tę rzecz, która sprawi, że będziesz robić to, co kochasz. I to będzie twoim życiem.

Wspomniałeś o barierze wstydu. Pokonanie jej było dla ciebie trudne?

- Bardzo trudne. Nie panowałem nad swoim ciałem, gdy grałem pierwszą w życiu próbę, stresowałam się tym, że będę przed kimś śpiewał. Gdy nagrywałem pierwsza płytę, brat był w szkole, mama w pracy. Mimo że w domu nie było nikogo, wszystkie drzwi musiały być zamknięte na klucz, wszystkie okna musiały być zamknięte i zasłonięte, żeby nikt mnie nie widział, absolutnie nikt nie słyszał, żeby nikt nie wiedział, że się tak uzewnętrzniam. Strach przed nieznanym to nieraz abstrakcja, boisz się czegoś, co nie istnieje, boisz się swoich myśli. 

Oczywiście pierwsze próby wokalne były gorsze jakościowo niż te teraz, ale zrozumiałem, że nie robię niczego istotnego na skalę wszechświata. Po prostu sobie śpiewam. I zauważyłem, że nie jest to takie straszne, tak trudne, jak mi się wydaje. Gdy grałem swój pierwszy koncert, w "Dzień Dobry TVN", miałem w głowie myśl, że przecież za rogiem nie czeka czarny charakter, który za chwilę unicestwi mnie za to, co robię. Zdystansowałem się od tego problemu, poradziłem z tym w głowie i dzięki temu zaśpiewałem.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL