Reklama

"Stanie w miejscu grozi śmiercią". Wspominamy Bolca - rapera i aktora

Bolec we wspomnieniach Mr Krime'a /Gałązka /AKPA

"Kojarzy mi się z uśmiechniętym, wrażliwym i pozytywnym gościem, którego wszędzie było pełno" - tak Bolca wspomina Mr Krime, czyli pochodzący z Krakowa producent muzyczny, multiinstrumentalista i DJ, który u boku zmarłego w 2009 roku rapera widział niejedno.

Marcin Misztalski, Interia: Co wiedziałeś o Bolcu, zanim spotkaliście się po raz pierwszy?

Mr Krime: - Kojarzyłem Grzesia (Bolec - przyp. red.) dzięki mojemu bratu, który był jego znajomym. Z tego, co pamiętam, znali się dosyć dobrze. Grzesiek funkcjonował wcześniej w kapelach gitarowo - hardcore'owych. Był postacią, która cały czas gdzieś się pojawiała w Krakowie. Wszędzie było go pełno. Był znany na mieście. (śmiech) Ale nie do końca wiedziałem, czym on się tak naprawdę muzycznie zajmuje, bo te gitarowe tematy były trochę poza obszarem moich zainteresowań. W tamtym czasie nasze życie toczyło się wokół Rynku Głównego. To była przestrzeń, gdzie spotykali się załoganci z różnych środowisk. Na ulicy Floriańskiej była ulubiona miejscówka Grześka - Jemioła. Niedaleko rynku jest też pub Black Gallery, do którego lubił chodzić.

Reklama

Czyli to brat połączył cię muzycznie z Bolcem?

- Tak, tak. To było w momencie, kiedy Grzesiek realizował się już jako raper i myślał coraz poważniej o nagraniu swojego debiutanckiego albumu. Szukał więc DJ-a. Zgłosił się do mojego brata, bo wiedział, że skreczuję. Nie pamiętam już naszego pierwszego spotkania. Zapamiętałem za to, że był gościem, który lubił ludzi i był bardzo otwarty. Miał w sobie dużo entuzjazmu. Na początku odbierałem go, jako takiego... hmmm... nie chcę, by to źle zabrzmiało - takiego delikatnego oszołoma. (śmiech) Miał trochę ADHD. Trzeba przyznać, że był pozytywnie szalony. (śmiech)

Na początku waszej znajomości edukował cię muzycznie?

- Nie. Jeśli już, to działało to w drugą stronę - ja podsuwałem mu jakieś kawałki. W Grześku fajne było to - i tak naprawdę to mnie ujęło i spowodowało, że zdecydowałem się z nim współpracować - że autentycznie i szczerze interesowała go muzyka. Co ciekawe, nie był zbytnio osłuchany w rapie, ale miał na przykład duże pojęcie na temat jazzu, wiedział też czym są sample. Szczerze powiem ci, że spodziewałem się gościa z większą wiedzą o hip-hopie, ale żebym nie został źle zrozumiany - wiedział oczywiście, kim są Cypress Hill czy House of Pain. Był zresztą ich wielkim fanem, słychać to w jego twórczości.

Od czego rozpoczęliście współpracę? 

- Bardzo zależało mu na tym, bym dograł się na jego płytę i towarzyszył mu na koncertach. Byliśmy w kilku profesjonalnych, oczywiście jak na tamten czas, studiach nagraniowych w Krakowie. Kiedy tam wchodziłem, panowie realizatorzy robili wielkie oczy, bo nagle wjeżdżał jakiś małolat z gramofonami. (śmiech) Wiesz, miałem trochę wątpliwości, bo Bolec był nieco spoza mojej hiphopowej paczki. On też nie do końca został przez ówczesne środowisko hiphopowe w pełni zaakceptowany. Chodził swoimi ścieżkami i miał swoją publikę. Graliśmy głównie na wydarzeniach z muzyką okołogitarową. Pamiętam np. występ przed Kazikiem. To były tego typu opcje. Ale z drugiej stronie graliśmy też na Rap Day’u przed Run-D.M.C. Pamiętam również takie wydarzenie w Krakowie, na którym grali PejaWzgórze Ya-Pa 3. Był dobrym znajomym chłopaków z Tewu. Pamiętam, że po śmierci Grześka odbyłem kilka spotkań z jego ojcem i z Donem. Rozmawialiśmy o jego drugiej płycie "Regenerat", którą mieliśmy wspólnie wypuścić. Jednak pomysł jakoś się rozjechał.

Ta płyta ukazała się w limitowanej wersji na kompaktach w 2013 roku.

- O, to nawet nie wiedziałem. Byłem przekonany, że nic z tego nie wyszło. Mam gdzieś nawet w domu na CD-ku wersję demo albumu. Pamiętam, że ta płyta była gotowa, ale za jego życia nie trafiła na półki sklepowe. Nawet już nie pamiętam, dlaczego tak się stało. Byłem poza tymi wszystkimi okołomuzycznymi rozmowami.

Ale byłeś za to w centrum koncertowych wydarzeń.

- Działo się dużo. (śmiech) Grzesiek był jednym z największych miłośników piwa, jakiego kiedykolwiek poznałem w swoim życiu. Pamiętam taką sytuację, kiedy jechaliśmy na koncert do Świnoujścia, na festiwal... (po dłuższym namyśle) Fama. Wyjechaliśmy pociągiem z Krakowa z samego rana. Mieliśmy w końcu do pokonania całą Polskę. Wsiadamy do przedziału, pociąg już ruszył i w pewnym momencie Grzesiek wpadł w autentyczną załamkę. Nie było to udawane, w stu procentach szczera reakcja. Schował głowę w ręce i zaczął mówić: "Ja pie****e, tragedia". "Co się stało?" - zapytałem. "Masakra, nie wiem, co robić. Zapomniałem siatki z browarami". I gwarantuję ci, że to nie był żart. (śmiech) Naprawdę się tym przejął.

Z tego festiwalu wracaliśmy jakimś pożyczonym Polonezem, który po drodze prawie się rozleciał. Bolec był za "kółkiem" i ścigał się ze sportowymi samochodami. (śmiech) Polonez wznosił się na wyżyny swoich możliwości, ale ostatecznie nie dawał rady w tych rajdach, choć naprawdę wyciskał z niego wszystko, co tylko się dało. Cudem dojechaliśmy w jednym kawałku do Krakowa. Teraz mi się przypomniało, że na jednym z koncertów miał przepychankę z takim wielkim, łysym gościem. Nie wiedziałem, o co chodzi. Nagle rzucili się na siebie z pięściami, ale po chwili wybuchli śmiechem. Okazało się, że są kolegami. Grzesiek lubił robić takie performance.

Lubił też przebywać w totalnie różnych środowiskach. Pamiętasz, jak wkręcił się do wytwórni Pomaton?

- Lubił chwalić się swoimi znajomościami. Często mówił, że zna tego i tamtego. Otaczał się totalnie różnymi osobami. Miał aspiracje, by być obecnym w show-biznesie. Interesował się filmami, później zaczął w nich grać. Występował też na deskach teatru. Miał jakieś umocowania towarzyskie. A co do jego płyty, album "Żeby było miło" to tak naprawdę jeden z pierwszym polskich krążków, które ukazały się w dużej wytwórni. Na rynku nie było jeszcze "Skandalu" Molesty. Myślę, że deal z Pomatonem pomógł mu ogarnąć jego menedżer - syn Kory, Mateusz Jackowski. Mateusz miał różne dojścia i znajomości. Przypuszczam, że tak to się musiało odbyć, ale nie mam pewności. Bolec miał duże plany względem płyty. Chciał nagrywać kolejne krążki, grać koncerty i żyć rapowym życiem. Bardzo zaangażował się w ten projekt. Roztaczał wizję, że będzie fajnie, że będzie miło. (śmiech)

Czytałem, że album "Żeby było miło" przeszedł trochę bokiem. Jak ty oceniasz jego przyjęcie?

- Bokiem? Czy ja wiem? Nie do końca dobrze został przyjęty przez środowisko rapowe, to na pewno. Choć w pewnych kręgach ma status płyty kultowej. Sądzę, że bardziej trafiła do "ogólnego" odbiorcy. Z samej płyty był bardzo zadowolony, a czy z przyjęcia? Tego już nie pamiętam. Bardzo płynął wtedy na fali takiego... ogólnego entuzjazmu. (śmiech) Tak to ujmę.

W książce "Desperado" pan Tomasz Stańko powiedział, że Bolec był bardzo wrażliwym gościem, który przejmował się wieloma rzeczami.

- Oni się znali. Grzesiek bardzo go poważał i często o nim mówił. Grali nawet razem w filmie "Poniedziałek". Dużo jest prawdy w słowach Tomasza Stańki, które przytoczyłeś. Miałem wrażenie, że czasami ubierał maskę twardego gościa, łobuza, ale był bardzo wrażliwym, niegłupim i zdolnym facetem. Ta wrażliwość powodowała, że trochę się pogubił. Poszukiwał przeżyć, różnych doznań i skrajnych emocji. Nasze drogi w pewnym momencie się rozeszły, ale dochodziły do mnie różne słuchy o jego kłopotach i o mocnym, imprezowym życiu. Z tymi imprezami to zdaje się w pewnym momencie zaczął przesadzać.

Pamiętam taki wywiad, w którym powiedział "Stanie w miejscu grozi śmiercią".

- Było coś takiego. Bardzo chciał się rozwijać i działać na wielu płaszczyznach. Snuł też wizje o jakimś biznesie, chciał chyba otwierać klub muzyczny. Nie wiem, czy były to poważne gadki, czy tylko takie fantazje.

Myślisz, że jego udziały w filmach go zmieniły?

- To był moment, kiedy on przeprowadził się z Krakowa do Warszawy. Tam działo się więcej w show-biznesie. W Warszawie miał dużo pracy. Wtedy miałem z nim już mniejszy kontakt, ale z tego, co wiem, to nie zmienił się. Nie stał się nagle niedostępny czy coś takiego. Cały czas reprezentował swój szalony, zabawny styl. (śmiech) Niepokojące jedynie były te głosy o jego częstych imprezach, które wymykały się spod kontroli.

Pamiętasz wasze ostatnie spotkanie?

- Ostatniego nie pamiętam, ale ostatnie, które kojarzę miało miejsce w Nowej Hucie. Nagrywaliśmy wtedy skrecze na jego drugą płytę. Mogło być tak, że później przecięliśmy się jeszcze przez przypadek na mieście. Chociaż on miał swoje miejsca, w których ja niekoniecznie się pokazywałem. Ale Kraków to mimo wszystko małe miasto, więc mogliśmy na siebie gdzieś wpaść. Wiadomość o jego śmierci przekazał mi chyba mój brat. Z jednej strony była to szokująca informacja, a z drugiej - wiedziałem przecież, że od jakiegoś czasu nie było z nim dobrze. Choć... no nigdy nie spodziewałbym się, że dojdzie do tragedii.

Do dzisiaj tak naprawdę nie wiem, co dokładnie mu się stało. Nie wiem, czy to był wypadek. Nie spodziewałem się informacji, że odejdzie z tego świata, bardziej spodziewałem się, że ktoś mi kiedyś powie, że Grzesiek odstawił coś grubego na imprezie i wywołał jakiś skandal... Został w pamięci wielu ludzi. Był postacią bardzo charakterystyczną. Kojarzy mi się z uśmiechniętym, wrażliwym i pozytywnym gościem, którego wszędzie było pełno. Był duszą towarzystwa i trochę zwariowanym typkiem. Gdybym go nie poznał, miałbym pewnie o nim zupełnie inne zdanie. Pokazał mi, że nie można bać się realizować własnych planów.

WdoWA: Wszyscy piszą o miłości [WYWIAD]

A Fuzz Supreme: Nadajemy na tych samych falach

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL