Reklama

Ryan Lott (Son Lux): Nie robię sobie przerw od oddychania [WYWIAD]

Ryan Lott jest członkiem zespołu Son Lux /Burak Cingi/Redferns /Getty Images

Son Lux od początków swojego istnienia eksploruje nowe przestrzenie i wymyka się wszelkim schematom sceny elektronicznej. Ich koncerty to synchron emocji i perfekcyjnie dopracowanych dźwięków, a kolejna okazja na takie przeżycia już wiosną w Krakowie, Gdańsku i Warszawie. Wraz Ryanem Lottem, założycielem projektu, przyglądamy się intensywnej pracy nad muzyką do filmu "Wszystko, wszędzie, naraz", zaufaniu do samego siebie i przełomowej płycie "Lanterns", która niebawem skończy 10 lat.

Justyna Borycka: Spotkaliśmy się cztery lata temu w Katowicach podczas festiwalu Tauron Nowa Muzyka, a jednocześnie jakby w zupełnie innym świecie. Tak po prostu, bez wielkich podsumowań - jak się czujesz?

Ryan Lott (Son Lux): - Czuję się dobrze, zdecydowanie jestem szczęściarzem. Mam wrażenie, że ostatnie lata dały mi szansę spojrzeć z innej perspektywy na pewne sprawy i docenić, ile dobrego mnie spotkało. Jestem wdzięczny, bo to był wyjątkowo owocny, kreatywny czas, pełen energii i możliwości. A to niestety nie było rzeczywistością dla wielu ludzi.

Reklama

To prawda. Myśląc o ostatnich dwóch latach pierwsze, co przychodzi mi do głowy to scena z "Ricka i Morty'ego", w której główni bohaterowie wsiadają do swojego statku kosmicznego po długiej, ekstremalnej misji, będąc świadkami rzeczy, których nigdy nie chcieli widzieć. Kiedy tylko zamykają się w środku, krzyczą i klną, żeby dać upust temu, co przeżyli. Tymczasem ty, pomimo ogromnego stresu i strachu, w jakim nadal funkcjonujemy, byłeś w stanie wydać trzy płyty, potem rework "Tomorrows" i do tego stworzyć ścieżkę dźwiękową do filmu "Wszystko, wszędzie, naraz". Jak to możliwe?

- W pewnym stopniu to był po prostu szczęśliwy zbieg okoliczności, bo jako zespół właśnie kończyliśmy trasę koncertową związaną z "Brighter Wounds", a we wrześniu 2019 byliśmy już w studiu, nagrywając nowy materiał. Nie wiedzieliśmy, co z tego będzie, ale tak właśnie pracujemy - nagrywamy bardzo wcześnie, odkrywamy coś nowego, bawimy się brzmieniem, szukamy pomysłów...

A więc nie idziecie do studia z myślą: "Ok, czas nagrać nowy album". Po prostu sobie jammujecie?

- Jest w tym trochę jam'u, ale to nie istota naszej pracy. Każdy z nas przynosi do studia niekompletne pomysły. Nagrywamy bez konkretnego planu, po prostu przypatrujemy się tym rozproszonym fragmentom, gwiazdom na niebie - każda z nich błyszczy w innym kierunku i ma ogromny potencjał. Kiedy spotykamy się z Rafiqiem i Ianem, "odbijamy" brzmienia od siebie, używając pierwotnych pomysłów jako punktów startowych. Dużo gramy i pozwalamy się porwać chwili, a potem zabieramy nagranie ze sobą do domu i staramy się odkryć, czym jest. Uwielbiamy też współpracować z przyjaciółmi, zatrudniać innych muzyków i pracować zarówno na podstawie wcześniej skomponowanych fragmentów, jak i improwizacji. Tak układamy te puzzle.

Jesienią 2019 roku byliśmy w trakcie tego procesu, kiedy Daniels (Daniel Kwan i Daniel Scheinert, reżyserzy "Wszystko, wszędzie, naraz" - przyp. red.) skontaktowali się z nami w sprawie filmu. Scenariusz był prawie gotowy i bardzo chcieli, żeby właśnie Son Lux odpowiadał za ścieżkę dźwiękową. Nie mieli jeszcze nawet potwierdzonej obsady, tylko scenariusz. To bardzo rzadkie być jako kompozytor włączonym w proces powstawania filmu na tak wczesnym etapie. Byliśmy bardzo podekscytowani i od razu zaczęliśmy patrzeć na naszą pracę nad własnym materiałem przez pryzmat tej nowej szansy.

Podobno wcale nie wierzyłeś w to, że ten film rzeczywiście powstanie. To dlatego przyjąłeś propozycję?

- Cóż, właściwie tak! To wielki zaszczyt być poproszonym o skomponowanie muzyki do takiego filmu, ale Daniels są totalnie szalonymi reżyserami i nie sądziłem, że uda im się zrealizować film dokładnie na podstawie pierwotnego scenariusza. Byłem zdecydowany stworzyć dla nich coś wspaniałego, bez względu na to, co później się z tym stanie.

Być może to nastawienie pomogło w tworzeniu, bo zdjęło z ciebie ciężar odpowiedzialności.

- Zdecydowanie! Poza tym pierwotny plan zakładał wplątanie w film istniejących już utworów Son Lux, poza oryginalną ścieżką. To też pomogło nam przyjąć wyzwanie. Ostatecznie jednak pandemia przerwała zdjęcia na dwa dni przed ich zakończeniem, a twórcy mieli mnóstwo czasu, żeby z nagranego materiału dobrze ułożyć historię i dokładnie zaplanować te sceny, które musiały zostać dokończone. Wraz z wydłużeniem procesu produkcji miałem więcej czasu, żeby skupić się na tym, czego ten film potrzebuje i stworzyć coś, co w innych warunkach nie byłoby możliwe. Tak powstał w całości oryginalny, unikatowy soundtrack - bez kompromisów, zupełnie od zera. Scena po scenie, zamiast standardowego "dopasowywania" fragmentów muzyki.  

Pracę nad tym materiałem zaczęliście jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć do filmu. Myślisz, że w pewien sposób mieliście wpływ na to, co ostatecznie widzimy na ekranie?

- Tak, z pewnością.

Zazwyczaj to filmowe sceny są inspiracją dla towarzyszącej im muzyki, nie odwrotnie. Tutaj proces trochę stanął na głowie, byliście niemal jak drudzy reżyserzy!

- Wiem, to nie zdarza się często. Przez cały czas Daniels okazywali wielki szacunek do muzyki, doskonale rozumieli jej znaczenie, a to dość wyjątkowe dla artystów związanych wyłącznie z filmem - bez muzycznego backgroundu. Ekipa "Wszystko, wszędzie, naraz" miała zaufanie do wprowadzanych przez nas zmian, wierzyli w ich dobry efekt. To była wspaniała przygoda, bo mogliśmy bez przeszkód komunikować swoje zdanie i dzielić się uwagami. Być świadkiem tego, jak "rośnie" film to już ogromny przywilej, a podlewać to ziarenko i opiekować się rośliną to coś wspaniałego!

I wszystko miało miejsce w tak dziwnych czasach. Może paradoksalnie łatwiej jest tworzyć, kiedy jesteśmy wystawieni na tak trudne emocje, jak strach, niepewność, rozczarowanie...

- Oczywiście, tak. Przygoda z tym filmem była trudniejsza, niż nam się wydawało. Częściowo przez jej wydłużony czas i w związku z tym większe oczekiwania w stosunku do naszej pracy. Ale jestem za to wdzięczny, bo ostatecznie my także się rozwinęliśmy i znaleźliśmy w sobie przestrzenie, o których nie mieliśmy pojęcia. Tak jak Evelyn w filmie, odkryliśmy wiele wersji siebie, w wyjątkowych, twórczych sytuacjach...

Widzę, że masz coś konkretnego na myśli. Możesz o tym opowiedzieć?

- Cóż, jest wiele przykładów... Wciąż bawi mnie pierwsza rzecz, o którą poprosili nas Daniels, to było najbardziej absurdalne i najmniej "sexy" zadanie, jakie mogliśmy dostać. Chodziło o napisanie musicalowej piosenki. Trudno to wyjaśnić, ale w filmie regularnie pojawia się telewizyjny musical, coś w stylu "Król i Ja" - trochę romantyczny, bardzo cheesy... Nie zdradzając zbyt wiele, w pewnym momencie jest też wyjątkowo obciachowy występ w rytm utworu, który mieliśmy stworzyć. Tak więc wbrew naszym oczekiwaniom praca przy tym filmie nie zaczęła się od skomponowania najlepszej melodii w naszym życiu, rozwijania przestrzeni za pomocą dźwięków, a właśnie od tego absurdalnego, musicalowego numeru. Intuicja od razu podpowiedziała mi, żeby poprosić kogoś o pomoc, bo nie mieliśmy pojęcia, jak się za to zabrać. Ostatecznie jednak Daniels wierzyli w nas bardziej, niż my sami. Wiedzieli, że możemy to zrobić i nie bez powodu zatrudnili właśnie Son Lux - zespół trzech wyjątkowych muzyków z wyjątkowymi spojrzeniami, z których każdy ma także swój solowy projekt. Mieliśmy więc całe, nomen omen, multiwersum możliwości.

Mówiąc o tym wydajesz się bardzo pewny siebie. Jakbyś był dumny, że dokonałeś czegoś, o co nigdy byś siebie nie podejrzewał.  

- Jak najbardziej, ale tym razem to zasługa wsparcia twórców i ich wiary w nasz nieoczywisty potencjał. Jedną z moich słabości jest to, że kiedy z początku nie wiem, jak się do czegoś zabrać...

...od razu chcesz zaangażować w to kogoś innego?

- Albo nawet nie podejmować próby. Ten projekt pomógł mi zmierzyć się z tym faktem o sobie i zdać sprawę, że nie muszę taki być. A nawet nie powinienem. To, że nie rozumiem, jak coś może być zrobione, nie oznacza, że w rzeczywistości jest niemożliwe do wykonania.  

Brzmi jakbyś właśnie uświadomił sobie, że przez całe życie do momentu pracy nad tym filmem sam narzucałeś na siebie ograniczenia.  

- Dokładnie, na 100%. Nie ograniczaj się tak, Ryan (śmiech).

Niesamowite, jak to rezonuje z tematami, o których mówi "Wszystko, wszędzie, naraz" - multiwersum, niekończące się możliwości bez ograniczeń... Da się odczuć, jak to odnosi się do twojej pracy także w kontekście niezwykłych osobowości, z którymi przez lata miałeś okazję współpracować. Mitski, David Byrne, Moses Sumney, Randy Newman to przykłady tylko z filmowego soundtracku, ale listę można by rozwijać aż do projektu Sisyphus, który 10 lat temu stworzyłeś z Sufjanem Stevensem i raperem Serengeti... Masz jakieś szczególne wspomnienia związane z którąś z tych współprac?

- W serii "Tomorrows" zdecydowanie pojawiło się najwięcej nazwisk ze wszystkich płyt Son Lux, ale współprace zawsze były w sercu tego projektu. Od solowych początków, aż do czasów gdy przekształcił się w zespół i wymagał jeszcze większej wymiany idei i doświadczeń, na fundamentalnym poziomie. Wraz z "Tomorrows I" odważyliśmy się jeszcze bardziej zwrócić w stronę intuicyjnych, kreatywnych impulsów artystów, z którymi współpracowaliśmy, dając im więcej wolności i możliwość bycia po prostu sobą. Dobrym przykładem jest utwór "Plans We Make", który ma dwie wersje. W pierwszej Kadjha Bonet pojawia się w tle, a w "Plans We Make" wychodzi na front - słowa i melodia są jej autorstwa. Przychodzi mi też do głowy jeden z naszych ulubionych numerów z całej kolekcji, "Sever". Pracował przy nim niesamowity wokalista, kompozytor i multiinstrumentalista Holland Andrews. Podobnie jak w przypadku Kadjhi, daliśmy mu całkowitą wolność. A ścieżka dźwiękowa do "Wszystko, wszędzie, naraz" to już projekt z założenia kolaboratywny, ale w innym sensie - tutaj współpracowaliśmy z całą produkcją, reżyserami i staraliśmy się urzeczywistnić ich wizje przy pomocy wielu różnych muzyków.

"This Is A Life" tworzyłem mając w głowie duet. Napisałem słowa i muzykę dla Mitski, a ona zaśpiewała dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałem. Potem poprosiłem Davida (David Byrne - przyp. red.), żeby napisał swoją część. Zaaranżowaliśmy to i wyprodukowaliśmy, a cały proces był niesamowicie satysfakcjonujący! David jest ikoną popkultury i wciąż tak aktywnym, eksplorującym i zaskakującym artystą. To była wielka radość i zaszczyt pracować z kimś takim.

Niezwykłe, jak wiele zaufania i szacunku masz do ludzi, z którymi tworzysz.

- Wiesz, to ma związek z wybieraniem do współprac tych artystów, których naprawdę podziwiasz i ufasz już na podstawie słuchania ich twórczości. Z drugiej strony to niesamowita okazja i przygoda pisać dla Mitski, a potem jeszcze nagrywać to z moimi najlepszymi przyjaciółmi - moim zespołem. This is a life! (To jest życie!) Pełne niespodziewanych cudów.

Myślisz, że Son Lux będzie dalej zmierzał w tym kierunku, zapraszając kolejnych niezwykłych artystów do waszego świata?

- Współprace są zawsze świetną przygodą i zabawą, świat jest pełen żywych kolorów i wspaniałych ludzi. Myślę, że jeśli nadarzy się kolejna taka szansa, wykorzystamy ją. Ale wciąż uważam, że chemia między naszą trójką to nadal nie w pełni wykorzystany potencjał. Czuję, że nie drasnęliśmy nawet jego powierzchni.

Wydaje mi się, że taki styl działania - zakładający współpracę na równych prawach - wymaga między wami dużego zaufania i cierpliwości. Wyobrażam sobie, jak pomysły czasem się ścierają, a tobie zależy na osiągnięciu określonego efektu...

- Wiem, o czym mówisz. Wielu twórców postrzega swoją pracę jak dziecko, chcą sprawować nad nim kontrolę i to jak najbardziej zrozumiałe. Mimo to myślę, że jest w tym moim działaniu coś bardzo egoistycznego. Kiedy Son Lux powiększył swój skład, zdawałem sobie sprawę, że chłopaki uczynią ten projekt lepszym i sprawią, że będę "wyglądał" lepiej, brzmiał lepiej... po prostu będę lepszym muzykiem i performerem. To trochę jak ze związkiem - jesteś w nim dla własnego dobra. Widzisz przed sobą lepszą przyszłość, więc idziesz w to.

Skupiając się na moment na konkretnych efektach tej pracy, "Live Another Life z Tomorrows II" jest jednym z tych, które rezonowały ze mną najmocniej w ostatnich latach. Warstwy tradycyjnych instrumentów, "połamanej" perkusji, cała ta muzyczna dekonstrukcja i oczywiście tekst... Widziałam twój filmik dla "Soundfly", w którym tłumaczysz, jak "Live Another Life" powstało od zera. Totalnie zaskoczyło mnie, jak podekscytowany i radosny byłeś, mówiąc o technicznej stronie tworzenia. A to przecież emocje tak różne od tych, jakie wywołuje końcowy efekt!  

- Haha, tak, to dwa różne światy. To prawda, że wraz z chłopakami z Son Lux jesteśmy totalnymi geekami, zafascynowanymi nawet najmniejszymi technicznymi szczegółami. Ale ostatecznie to ma służyć czemuś, co będzie wyjątkowo emocjonalne - jak yin i yang, oba aspekty muszą dla mnie istnieć. Szukam właśnie pierwszej notatki głosowej związanej z tą piosenką. To powinno być zaraz po tym, jak skończyliśmy "Brighter Wounds"...

To był pierwszy utwór o jakim pomyślałeś po tamtej płycie?

- W sumie to trzeci, przez długi czas miał tytuł "Next 3". Zawsze, kiedy kończę większy projekt, zamiast zrobić sobie przerwę, od razu zaczynam z czymś nowym. Domykanie projektu to trudny moment, bo bezwiednie przychodzi do mnie mnóstwo świeżych pomysłów i muszę je "przycisnąć", zanim uciekną. Kiedy uda mi się doprowadzić poprzednie rzeczy do końca, mogę wreszcie swobodnie wbiec w tę szeroką, nową przestrzeń!

Ale czy to się kiedyś kończy? Robisz sobie czasem reset, wakacje od myślenia i szukania pomysłów?

- Nie robię sobie przerw od oddychania.

Ok, zanotowane.

- Tak to ze mną jest... O, znalazłem! 26 września 2017.

(Ryan pokazuje pierwszą notatkę głosową dla Live Another Life na swoim iPhonie)

Wiesz, tak sobie improwizuję.

Brzmi zupełnie inaczej, ale wciąż słyszę tę samą, logiczną linię, co w finalnej wersji.

- Tak, nagrywam dużo notatek głosowych, bo to najszybszy sposób na uchwycenie pomysłu, zanim zniknie. Zrobiłem to nawet dziś, jak tylko przyjechałem do hotelu. Miałem w głowie pewną melodię i musiałem ją zarejestrować, bo później już nigdy nie będzie taka sama.  

Muzyka zawsze płynie do ciebie z taką łatwością? Nigdy nie masz problemu z tworzeniem?

- Wiesz, ta walka zawsze gdzieś jest. W moim przypadku niekoniecznie dotyczy braku pomysłów, jakieś artystycznej blokady - z tym nie muszę się mierzyć. Ale mam przeciwny problem, tak jakby obsesyjnie muszę mieć kontrolę nad wszystkim. Zawsze.

Wszędzie.

- W domu, w autobusie, pociągu, samolocie... Tak, dla mnie trudność leży właśnie w tym oraz w nietraceniu magii oryginalnego pomysłu. Nie ufam sobie, że zapamiętam to konkretne uczucie i nigdy nie wiem, kiedy znów będę mógł się z nim skontaktować. A jak już rozwijasz ten piękny, szalony wachlarz dźwięków i idei, skąd wiesz, że nie tracisz magii pierwotnego pomysłu? To bardzo delikatna kwestia.

Pewnie czasem można przesadzić...

- Przesadzić albo wręcz przeciwnie - nie rozwinąć czegoś wystarczająco. Tak naprawdę nie ma reguły. Trzeba mieć dyscyplinę, żeby wyczuć, gdzie coś się łączy, a gdzie powinno ewoluować. Na szczęście w Son Lux nie ma sztywnych zasad, wszystko może mieć swoje miejsce. Ale ta dyscyplina jest potrzebna.

Chciałam jeszcze zapytać o album "Lanterns", który w przyszłym roku skończy 10 lat. To był zdecydowanie przełomowy punkt w historii Son Lux. Jakie odczucia masz teraz w stosunku do tej płyty?

- Bardzo lubię "Lanterns". Dla wielu twórców ich przełomowy moment dzieje się w pewnego rodzaju kreatywnej ekspresji, a kiedy z niej wyrastają, rośnie w nich niechęć do własnego "hitu". Istnieje też coś takiego, jak klątwa popularności - mam na myśli utwory, które zyskują taką sławę, że definiują ciebie, twoją tożsamość i przyszłość. Pomyślałem teraz o Gotye - "Somebody That I Used to Know" było największym hitem przynajmniej połowy dekady, Prince wręczał mu Grammy... Gotye jest świetnym gościem, dużo działał kreatywnie i od tamtej pory żyje spokojnie, ale sukces takiej skali kompletnie by mnie zniszczył. To samo w przypadku Lorde - mieć 16 lat i robić gigantyczną, światową trasę, totalne szaleństwo! Jestem bardzo wdzięczny, że nie musiałem tego przeżywać. Mam 43 lata i nie wiem, czy dałbym radę.

Uważam, że "Lanterns", a w szczególności "Easy" są pod tym względem w idealnym punkcie. Mogę spojrzeć w przeszłość z uśmiechem i nie traktować tamtej płyty jak ciągnący się za mną cień. Wciąż mogę powiedzieć, że kocham naszą najbardziej znaną piosenek - "Easy" jest po prostu świetnym utworem! Nadal uwielbiam go grać, a ta płyta ma w sobie coś, co trudno uchwycić. Wtedy nie miałem pojęcia o tym, jak inni tworzą muzykę, nie miałem na album żadnych planów. Po prostu nagrywałem to, co sobie wymyśliłem i nie porównywałem tego z niczym innym. To oczywiście czasy przed Spotify i innym streamingowym gównem, nie przejmowałem się algorytmami i tym, co z tą twórczością zrobi komputer.

A tym, co zrobią z nią ludzie?

- Zakładałem, że nikt tego nie będzie słuchał, co było bardzo wyzwalające. Może to zabrzmi egoistycznie, ale w ogóle nie myślałem wtedy o innych ludziach.

To chyba dobrze. Już wtedy przyjmowałeś postawę, która zdejmowała ciężar odpowiedzialności i strachu przed oceną.

- Tak, gdybym wtedy wiedział, że "Easy" będzie odsłuchane setki milionów razy na całym świecie, totalnie by mnie to zniszczyło! Ten numer na zawsze będzie miał specjalne miejsce w moim sercu, bo umożliwił mi robienie muzyki, której ludzie dalej chcą słuchać. Son Lux prawdopodobnie nigdy nie będzie miał bardziej znanej piosenki niż "Easy", a nawet "Lost It To Trying". Przede wszystkim przez to, jak działają algorytmy.

A jednak trzymam kciuki, to wcale nie jest niemożliwe.

- Trudno powiedzieć, bo jednym z głównych powodów, dla których "Easy" stało się popularne, był bardzo wczesny "wystrzał", jaki dała mu Lorde. Pamiętam jej tweet: "Żyję tą płytą, szczególnie tym numerem", a poniżej link do "Easy" na YouTube. Właśnie to sprawiło, że tak wiele osób mogło usłyszeć Son Lux. Takich rzeczy nie da się zaplanować, to po prostu głupie szczęście. Kiedy poznałem Lorde, była w trakcie światowej trasy i grała "Easy" w swoim secie - jedyny utwór, którego nie napisała. Powiedziała mi, że słucha Son Lux odkąd skończyła 9 lat, więc od samych początków projektu. To tak niesamowite, że tworzenie muzyki gdzieś na strychu w Cleveland, bez refleksji nad tym, czy ktokolwiek będzie jej słuchał (a już na pewno nie wielka gwiazda pop, która była wtedy dzieckiem), może mieć taki efekt. Życie jest totalnie dziwne, a wszystko, co możesz zrobić, to tworzyć muzykę, w którą wierzysz i ludzie ostatecznie będą z nią rezonować.

Ale wracając, masz rację - nie powinienem zakładać, że powtórzenie tego sukcesu jest niemożliwe. Jednocześnie czuję się zupełnie ok po prostu z tym, żeby skupić się na jednej rzeczy, która naprawdę ma znaczenie - komponowaniu szczerej i najpiękniejszej jak to tylko możliwe muzyki. Cała reszta jest tylko dodatkiem.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy