Reklama

"Nie chcemy brzmieć po polsku"

Delons to kolejny gitarowy zespół rodem z Mysłowic, ale jest to szczególny wykonawca. Główną postacią jest Marek Jałowiecki, prekursor miejscowej sceny indie rockowej. To w dużej mierze dzięki jego zespołowi Generał Stilwell, swoją karierę zaczęła grupa Myslovitz, a później Negatyw. Delonsów z Myslovitz łączy więcej - Jałowiecki jest autorem kilku utworów zespołu Artura Rojka. Poza tym w nagraniu debiutanckiego albumu "Wersji z napisami" Delons, grupę wspomógł Przemek Myszor. Z Markiem i Przemkiem z okazji wydania płyty zespołu rozmawiała Barbara Bardadyn. Muzycy opowiedzieli jej o inspiracjach muzycznych, mysłowickiej scenie oraz o pierwszym spotkaniu w liceum. Nie zabrakło także pytań o Myslovitz.

Właśnie wydaliście debiutancki album "Wersja z napisami", ale trudno uznać was za debiutantów - w podobnym składzie działaliście już w latach 80. jako Generał Stilwell. Czy Delons jest w jakimś stopniu kontynuacją tamtego zespołu?

Reklama

Marek Jałowiecki: Tak, szczególnie początki Delonsów to typowa kontynuacja. Graliśmy indie pop, indie rock, ale w stylu garażowym, bez żadnego szlifu. Niektóre z piosenek, które wykonywaliśmy wtedy, gramy do dziś, ale oczywiście w innych aranżacjach.

Gracie razem od siedmiu lat. Dlaczego płyta ukazała się dopiero teraz?

Przemek Myszor: Kiedy zaczęliśmy nagrywanie, nie myśleliśmy, że ta płyta może się w ogóle ukazać. Dałem demówke Maćkowi Pilarczykowi [menedżer Myslovitz, teraz także Delons - przyp. red.], któremu się spodobała. Zadzwonił po jakimś czasie, mówiąc, że EMI chce podpisać kontrakt.

Nagle z zabawy zaczęła się poważna jazda. Nikt nie nastawiał się na sprzedaż. Było to o tyle fajne, że robiąc te piosenki mogliśmy nie przejmować się tym, że one mają trwać po trzy minuty, by mogły być puszczane w radio, żeby było ciepłe brzmienie i by Marek śpiewał o kwiatkach i miłości. Piosenki były po prostu gotowe.

W Delons grał przez jakiś czas Mietall z Negatywu, teraz gracie razem z Przemkiem z Myslovitz. Można więc powiedzieć, że scena mysłowicka jest bardzo płynna. Jak to wygląda "od środka"?

Marek Jałowiecki: Ludzie po prostu sobie pomagają i przenikają się w zespołach. Najlepszym tego przykładem jest Przemek, który produkował naszą płytę i w pewnym momencie stał się członkiem zespołu Delons, a jest przecież znany z Myslovitz.

Przemek, jak to się stało, że znalazłeś się w Delons?

Przemek Myszor: Cała moja historia z graniem jest związana z tymi ludźmi, którzy grają teraz w Delonsach. Pierwszy zespół założyłem jeszcze w liceum z Wojtkiem [Wołyniakiem, gitarzystą Delons - przyp. red.], ale wszystko się rozleciało, bo on chciał grać metal, perkusista covery Maanamu, a ja jeszcze coś innego. Potem założyłem normalny zespół, który nazywał się Zagrożenie Publiczne.

Wystartowaliśmy w konkursie szkolnym, gdzie udział brał też Generał Stilwell, którego wtedy jeszcze nie znaliśmy. Byłem tak stremowany, że zupełnie nie wiedziałem jak grać. I nagle zobaczyłem przed sceną kolesia w skórze, glanach, który zaczął skakać i wrzeszczeć: "Grać!!! Grać!!! Dawać!!!". My byliśmy chłopcami z grzecznych domów i chcieliśmy grać rock'n'rolla, a tu wyskoczył taki koleś, który przerażał mnie swoim wyglądem, a był nim właśnie Dżałówa [Marek Jałowiecki - przyp red.].

I tak się poznaliśmy. Od razu się zakolegowaliśmy i chyba gdzieś w powietrzu wisiało to, że kiedyś będziemy musieli razem cos zrobić. Poza tym Marek napisał dla Myslovitz kilka piosenek [m.in. "Peggy Brown", "Książka z drogą w tytule" - przyp. red.]. Mieliśmy nawet pomysł, by nagrać całą płytę z piosenkami Marka, ale na szczęście tak się nie stało, bo teraz nie byłoby tego albumu.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: chcę | przemek | liceum | piosenka | generał | Indie | dolly | piosenki | Myslovitz | Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje