Reklama

Nickelback: Umysł otwarty (wywiad)

Nickelback w komplecie (Mike Kroeger drugi z lewej) /fot. Mark Davis /Getty Images

Kanadyjski Nickelback to jeden z najpopularniejszych zespołów świata, którego płyty przez lata osiągały milionowe nakłady. I chociaż wielu odsądza czterech Kanadyjczyków od rockowej czci i wiary, ich koncerty wciąż przyciągają tłumy. Już 21 września zespół po raz drugi wystąpi w Polsce, ponownie na warszawskim Torwarze. Rozmawialiśmy z basistą Mikiem Kroegerem, a zarazem rodzonym bratem lidera grupy.

Jordan Babula, Interia: Jak wspominasz pierwszy polski koncert Nickelback - w Warszawie w listopadzie 2013?

Reklama

Mike Kroeger (Nickelback): - Wizytę w Warszawie pamiętam i wspominam bardzo dobrze. Przed koncertem mieliśmy dzień wolnego, a ja przyjechałem z całą rodziną i pochodziliśmy po mieście. Jest bardzo fajne! Ale też w listopadzie okazało się bardzo zimne (śmiech). Odkąd przeprowadziłem się na Hawaje straciłem odporność na chłody. Pewnie nie było aż tak źle, ale trochę padał śnieg i moje dzieci kichały. Ale i tak nam się podobało. A sam koncert był fantastyczny, fani bardzo zaangażowani. Dlatego cieszymy się z powrotu. I przykro nam, że musieliśmy odwołać koncert w zeszłym roku.

Właśnie - rok temu mieliście zagrać w Łodzi, ale z powodu choroby Chada odwołaliście całą trasę. Jak zdrowie twojego brata?

- Świetnie! Miał operację krtani, ale już wszystko z nim w porządku, śpiewa nawet lepiej niż wcześniej.

Podczas waszego pierwszego koncertu graliście przeboje - trasa nazywała się "The Hits". Co zaprezentujecie tym razem?

- Właśnie się nad tym zastanawiamy... i prawdopodobnie będziemy się zastanawiać do ostatniej chwili (śmiech). Tak naprawdę nikt nigdy do końca nie wie, jakie utwory wykonamy. Wiem jedno: chcemy, żeby to były głośne, rockowe numery.

Dobrze rozumiem, że jesteś teraz na Hawajach, gdzie mieszkasz i gdzie tworzyliście muzykę na nową płytę?

- Wszystko się zgadza. Ostatnio chłopaki przyjechali, żeby trochę potworzyć i ponagrywać. Postanowiliśmy się nie spieszyć, wszystko idzie swoim tempem. Ale będziemy też komponować i nagrywać będąc w trasie. Jest więc całkiem możliwe, że w Warszawie, czekając na koncert, wymyślimy jakąś nową piosenkę.

Pracujecie w domu Helen Hunt. Jak tam trafiliście?

- Wiesz co, ona ma po prostu dom letniskowy na Hawajach. Przyjaźnię się z jej mężem i od słowa do słowa doszło do tego, że wynajęliśmy jej posiadłość. Ale wyszło to w gruncie rzeczy przypadkiem.

Chad powiedział, że wynajęliście ten dom, żebyś był blisko rodziny. W zespole ty jesteś "rodzinnym facetem"?

- Prawdę mówiąc to poza Chadem wszyscy jesteśmy bardzo rodzinni. Ja mam dwójkę dzieci, Ryan ma dwójkę, Daniel też. Tylko Chad nie ma dzieci, ale poza tym to szczerze mówiąc jesteśmy bardzo rodzinną kapelą. Mój brat odwala za nas całą robotę gwiazdy rocka.

Twój brat powiedział niedawno, że zrobiliście trochę nowego materiału, który jest OK, ale "tyłka nie urywa". To nie brzmi zbyt obiecująco.

- Rzeczywiście (śmiech). Wiesz co, bardzo często jest tak, że nagrywamy coś, co wydaje nam się w porządku, robimy temu zakładkę i odkładamy na półkę. Żeby się uleżało. A po jakimś czasie wracamy do takiej piosenki z nowym nastawieniem, świeżym spojrzeniem i przekuwamy ją w coś świetnego. Wierz mi, zdarzyło się to nam wielokrotnie. Chociażby z "Photograph". Pierwotnie w tym kawałku zwrotka i refren były zamienione. I jakoś to nie żarło, nie wiedzieliśmy dlaczego. Tymczasem jeden z naszych przyjaciół, stary radiowiec który siedzi w biznesie od wieków powiedział: "ej, a może byście zamienili te fragmenty ze sobą?" My na to: "co takiego, o czym ty w ogóle mówisz?" A on: "po prostu spróbujcie". Wcale się na to nie widziało, ale w końcu postanowiliśmy sprawdzić... i oto masz "Photograph", jakie znasz dzisiaj.

Na poprzednim albumie próbowaliście eksperymentów z elektroniką, syntezatorami, funkiem. Myślisz, że następna płyta może mieć podobnego ducha?

- Myślę, że nie możemy wykluczyć niczego, nie sądzę, abyśmy celowo unikali jakichś rozwiązań. Wszystkiego warto próbować. Jeśli więc wrócą tamte brzmienia, albo pojawią się jakieś zupełnie nowe, to je sprawdzimy. Jedno, o czym mogę cię zapewnić, to że nie będziemy podążać za żadnymi trendami, nie będziemy robić tego, co robią inni. Był czas, kiedy popularny stał się dubstep i wiele rockowych kapel włączało elementy tej muzyki do swoich piosenek. No cóż, to ciekawy pomysł, jeśli robisz to z przyczyn artystycznych. Ale jeśli ktoś robi to, bo robią to wszyscy inni, wtedy traci to sens. Wielu wykonawców obserwuje, co jest aktualnie modne i stara się, naśladując to, mieć darmową przejażdżkę. Ale wtedy jest już zwykle za późno. Dlatego my zawsze robimy po prostu swoje.

Czyli nie wiadomo, czy jako gościa do studia zaprosicie Billy'ego Gibbonsa z ZZ Top, czy może rapera Flo Ridę?

- Właśnie tak, nigdy nie wiadomo! Widzisz, kiedy dowiedziałem się, że na poprzedniej płycie ma się pojawić Flo Rida, kompletnie sobie tego nie wyobrażałem. Nijak mi się to nie układało w całość. Tymczasem kiedy usłyszałem już nagrany utwór, okazało się, że efekt jest świetny. Jak więc widzisz, nawet ja mogę nie kumać różnych pomysłów Chada, które potem okazują się bardzo dobre. Zresztą, jeśli są nie trafione, Chad się przy nich nie upiera. Po prostu warto spróbować. Mieć umysł otwarty.

Nie ma jeszcze nowej płyty, ale jest już singel "Dirty Laundry". Podobno wcale nie mieliście w planach nagrywania tego utworu.

- W czasie jednej z naszych sesji doszliśmy do takiego punktu, w którym przestaliśmy być kreatywni. To strasznie frustrujące, kiedy bardzo chcesz coś zrobić, a zupełnie ci nie idzie. Postanowiliśmy więc zagrać dla zabawy jakąś przeróbkę, żeby się wyluzować. Tu też nie było łatwo, bo wszystkie propozycje, jakie padały nie wydawały nam się wystarczająco fajne. Ale kiedy Chad rzucił "Dirty Laundry", każdemu pojawił się uśmiech na twarzy. A potem okazało się, że zrobiliśmy to chyba w jakimś telepatycznym połączeniu z naszą mamą. Kiedy się bowiem dowiedziała, że nagraliśmy ten numer, wyciągnęła skądś stare zdjęcie, na którym mamy po kilkanaście lat. Chad trzyma miotłę, ja kulę inwalidzką i udajemy, że gramy na gitarach - wtedy nie graliśmy jeszcze na żadnych instrumentach. A udawaliśmy, że gramy właśnie "Dirty Laundry" Dona Henleya. Strasznie fajnie, że zatoczyło to takie koło.

To utwór z 1983 roku, ale jego tekst, na temat mediów żerujących na ludzkim nieszczęściu jest aktualny po dziś dzień.

- Właśnie tak! Ba, dziś jest chyba nawet bardziej aktualny niż wtedy. My wszyscy, jako oglądający telewizję, oglądający wiadomości, lubimy patrzeć jak inni cierpią. To bardzo rzymskie. Kiedy gladiator zaczyna wygrywać, chcemy wypuścić lwy, żeby go rozszarpały. Jedyna różnica między współczesnością, a starożytnym Rzymem jest taka, że niekoniecznie chcemy oglądać ludzi masakrowanych fizycznie, ale raczej emocjonalnie, psychicznie.

Opowiedziałeś mi jak się narodził wasz przebój "Photoghraph". A pamiętasz jak powstał wasz największy hit, "How You Remind Me"?

- Oczywiście, że pamiętam. Mieliśmy próbę, rozgrzewaliśmy się przed nagraniami. A Chad siedział i wyrzucał z siebie poszczególne fragmenty tej piosenki. Wtedy nie był jeszcze dobrym kompozytorem, dopiero się uczył. Grał więc i śpiewał, śpiewał, śpiewał - jakby nie on tworzył, ale jakaś siła za jego pośrednictwem wypuszczała ten utwór na świat. Wszyscy byliśmy na miejscu, więc zaczęliśmy dołączać do grania i kawałek po kawałku powstał utwór, który znasz dzisiaj. Jeśli coś można nazwać "organicznym", to sposób w jaki urodził się ten numer - kilka fragmentów od Chada, wspólne ich dopracowywanie. Weszliśmy potem do studia z wielkim Rickiem Parsharem a on wydobył z nas wspaniałe wykonanie.

Zdarza się często, że zespoły nie zdają sobie sprawy, jak duży potencjał ma dany utwór - nie podejrzewają, że będzie on ich największym hitem. Jak było z "How You Remind Me"?

- Nagraliśmy ten utwór i byliśmy zadowoleni - tak, jak się jest zadowolonym z dobrze wykonanej roboty. Podobał nam się efekt, uznaliśmy, że jest bardzo obiecujący. Dopiero ludzie, którym go puszczaliśmy ocenili go właściwie. Mój przyjaciel był jedną z pierwszych osób które go usłyszały, zanim w ogóle trafił do mediów. I, pamiętam dokładnie jego słowa: "to będzie największy utwór w waszej karierze. Miliony ludzi będą go słuchać. Skąd wiesz?" - spytałem. "Po prostu to czuję" - odparł. A nie był to nikt związany z przemysłem muzycznym, nie był żadnym ekspertem - po prostu kolega. To chyba taki utwór, który ludzie czują - trafia prosto w duszę. Mi też zdarza się usłyszeć utwór innego zespołu i od razu wiedzieć, że będzie przebojem.

Można nauczyć się pisać przeboje?

- Możliwym jest nauczyć się pisać dobre piosenki. Wiedzieć, jak zestawić akordy, jak opowiadać historię, jakie ustawić brzmienie. Ale potrzebna też trafić we właściwy czas i dotyczy to także największych kompozytorów. Paul McCartney z Beatlesami napisał wiele najwspanialszych przebojów w dziejach rocka. Dziś wciąż pisze piosenki, ale nie są one takimi hitami, jak tamte. Czy to znaczy, że przestał być dobrym kompozytorem? Oczywiście nie! Zmienił się świat. Ludzie byli gotowi na te utwory wtedy, dziś są zainteresowani czymś innym.

Nickelback jest bardzo popularnym zespołem, ale macie też bardzo wielu hejterów. Pogodziliście się z tym?

- Nie mieliśmy innego wyboru (śmiech). Słuchaj, mamy szczęście żyć i występować w krajach, w których panuje wolność słowa. I naprawdę bardzo to doceniamy. Nie wszędzie na świecie możesz bez obaw wyrażać własne opinie, a w Kanadzie, USA czy Polsce tak - to wielka zdobycz wolnego świata. Jeśli kosztem, jaki musimy ponieść, są negatywne opinie o naszym zespole, to jest to koszt bardzo niewielki. Tym bardziej, że mnóstwo ludzi jest bardzo odważna wygłaszając takie sądy w internecie, a na żywo, w twarz, nigdy by czegoś takiego nie powiedziała. Tak czy inaczej ja nie przejmuję się hejterstwem, tym bardziej, że spada ona na każdego, kto choćby na chwilę pojawi się w mediach. Tak to już jest.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Nickelback | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje