Reklama

Monofon: Budyń nagrał swój "Blackstar"

Zespół Monofon wydał debiutancką płytę, pt. "Monofon" /Andrzej Olszanowski /materiały promocyjne

16 września nakładem Mystic Production ukazała się płyta "Monomiasto" zespołu Monofon. Chwilę przed premierą porozmawialiśmy z Michałem "Dimonem" Jastrzębskim – perkusistą i założycielem grupy. Opowiedział nam on o pożegnalnej trasie Lao Che, pracy muzyka sesyjnego oraz o niespodziewanej przyjaźni ze zmarłym w tym roku Jackiem "Budyniem" Szymkiewiczem.

Ignacy Puśledzki, Interia.pl: Nim dojdziemy do Monofonu, wróćmy na moment do Lao Che. Pożegnalna trasa trochę Wam się przez pandemię przeciągnęła i wydłużyła. Nie korciło Was pod koniec, żeby jednak nie kończyć?

Michał "Dimon" Jastrzębski: - Powiem ci szczerze, że ja tego trochę unikałem. To nie był łatwy czas, bo decyzja o zawieszeniu zespołu była jednoosobowa. Oświadczenia, które się pojawiły w sieci pisane były w liczbie mnogiej, ale to była decyzja Spiętego i wydaję mi się, że każdy z nas dość mocno to przeżył. Ja także, więc ta trasa była trudna. Mieliśmy zagrać ponad 30 koncertów skondensowanych w okresie, powiedzmy 2 miesięcy, a przeciągnęło się to do ponad 2 lat. Pamiętam, że rozmawiałem o tym z śp. Budyniem i on mówił: "Ku***, jakie to jest beznadziejne. Wyobraź sobie, że rozstajesz się z dziewczyną, a potem jeszcze przez 2 lata się z nią spotykasz". I trochę tak to było... Ale nie wiem czy "rozstanie" to jest dobre słowo. Użyliśmy terminu "zawieszenie" i ja wewnętrznie mam głęboką nadzieję, że to słowo jest adekwatne, że zespół się zejdzie i na nowo nauczymy się ze sobą współpracować. Być może taka przerwa była potrzebna, żeby każdy z nas mógł się na świeżo odnaleźć w innych projektach. Na pewno artystycznie cały czas coś w nas drzemie i chcemy działać dalej, stąd te projekty.

Reklama

Podzieliliście się w zasadzie na 3 podgrupy - jest Spięty solo, jest Nanga i Monofon. Myślisz, że Hubertowi jako frontmanowi znanego zespołu jest trochę łatwiej na rynku w tej sytuacji?

- Myślę, że mogło mu się tak wydawać. Nam też się pewnie tak wydawało. Nie jest też tak, że to mi sen z powiek spędza, czy to on odniesie większy sukces, czy Nanga, czy Monofon. Nauczony doświadczeniem wielu lat uprawiania tego zawodu wiem, że to kompletnie nie ma przełożenia. Bardzo lubię projekt Karaś/Rogucki, ale wydaje mi się, że ten rodzaj sukcesu jakiego doświadczała Coma, im się niestety nie przydarzył. Ta płyta Spiętego odbiła się jakimś echem, ale to nie jest tak, że on rzesze fanów Lao Che za sobą pociągnął, bo zrobił rzecz zgoła inną niż to, co robiliśmy jako zespół. Lao Che to zawsze był zespół 7 osób. Muzyka, która powstawała, powstawała wspólnie. Wiadomo, że teksty były domeną Spiętego, on zawsze je pisał i konceptualnie ubierał te płyty, natomiast muzycznie to była zawsze współpraca. Czegokolwiek ktoś z nas nie popełni, pewnie będzie to miało jakieś tam znamiona Lao Che, bo to taka nasza matka i mamy wyssane z jej mlekiem pewne naleciałości stylistyczne, ale to nigdy nie będzie brzmiało tak samo. I dobrze, ja się w ogóle cieszę w kontekście Monofonu, że ta płyta jest inna.

Wracając do twojego pytania, wydaję mi się, że nikomu nie jest łatwo. Że Spiętemu nie jest łatwo, zespołowi Nanga nie jest łatwo i zespołowi Monofon także. W kontekście artystycznym to są super wydarzenia, jest faktycznie jakieś nowe pole do eksplorowania w tych podgrupach, w których pracujemy, ale z czysto pragmatycznego punktu widzenia, takiego zawodowego, to była trudna decyzja. My jesteśmy zawodowymi muzykami, ja do dzisiaj na szczęście nie muszę pracować w taki "normalny sposób", ale wiesz... Usuwa się bardzo wiele rzeczy takich życiowych spod nóg, jakiś taki rodzaj stabilizacji, no i to na pewno daje się odczuć.

Jak sobie z tym poradziłeś?

- Ja mam to szczęście, że mieszkam w Warszawie od wielu lat, znam parę osób z branży, więc dzisiaj często gęsto jestem wynajmowanym muzykiem sesyjnym, za co jestem bardzo wdzięczny. Mam okazję grywać w różnych projektach, z różnymi artystami. Z Arturem Rojkiem, z Polskimi Znakami, teraz współpracuję z taką debiutującą artystką Darią ze Śląska, która chyba po nowym roku w wytwórni Jazzboy wydaje płytę. Jest też zespół Anieli, czyli Paweł Krawczyk z grupy HeyJoanna Prykowska, którzy też w tym momencie debiutują. Można powiedzieć, że szczęście w tej pracy sideman’skiej mi dopisuje i dzięki temu mogę się jako tako utrzymać i koniec z końcem związać. Gdybym miał polegać na samym Monofonie, no to wiesz... Tutaj mam 400 metrów od mieszkania Biedronkę i już przychodziły mi takie myśli do głowy: "Boże i co? Ja te palety pójdę przerzucać?" (śmiech)

Miałem zapytać o to, czy Monofon jest dla ciebie kontynuacją Lao Che, czy czymś zupełnie nowym, ale w sumie odpowiedziałeś mi na to pytanie.

- Jest czymś takim, w czym mogę spełniać to, co chcę robić w muzyce, a nie tym, co ktoś ,i zleci. No bo jako sideman jestem wykonawcą, mam do czynienia z piosenkami zastanymi i mój wkład jest taki, żeby je po prostu wykonać najlepiej jak potrafię. Jeśli dostaję jakąś przestrzeń, to mogę sobie te pieśni interpretować i dodawać tam coś swojego. W jakimś tam sensie we wszystkich projektach oczywiście gram siebie, ale w niektórych przypadkach ta interpretacja jest minimalna i słychać tylko mój styl grania. Wspólnie z Michałem Wójcikiem, Halszką NabirąRafałem Boryckim dopięliśmy do końca tą płytę. Na przestrzeni pracy nad tą płytą pojawili się oczywiście muzycy i wielu gości - był chociażby Marcin Żabiełowicz z grupy Hey, było trio smyczkowe...

Sprawdź tekst piosenki "Stoimy na dachu" w serwisie Tekściory!

Gości jest sporo z tego co widziałem.

- Tak, tam jest całkiem spora lista muzyków. Fajnie, bo ta płyta wyszła inna niż Lao Che, ponieważ  wachlarz środków osób, które gdzieś tam się przewinęły przez ten projekt, był bardzo szeroki. A to wszystko było spontaniczne. Ja od jakiegoś czasu próbuję żyć trochę w zgodzie z naturą. Wcześniej było tak, że im bardziej się na coś napinałem, tym bardziej mi się to wymykało z rąk. To jest bardzo trudne się nie napinać i żyć w zgodzie z tym, co nam to życie przyniesie. Oczywiście to nie znaczy, że ja nie podejmuję decyzji. Podejmuję decyzje, ale staram się nie mieć przesadnie wpływu na wszystko. Przy robieniu Monofonu też tak było. Tu wdepnąłem, tam wdepnąłem, tu ktoś się pojawił, tam gdzieś zagadałem. Samo się wszystko naturalnie, w jakiś taki sposób beznapinkowy toczyło i dlatego ta płyta brzmi tak jak brzmi. Te numery mają jednak wpływy mało polskie... Jest taka piosenka "Ul", która mi się trochę czasami z Davidem Bowie kojarzy... No i tak żeśmy sobie to uknuli, że skoro mamy te skojarzenia, no to fajnie by było osadzić w takiej estetyce analogowej. Z jednej strony można powiedzieć, że jest to płyta nowoczesna, ale z drugiej strony bardzo archaiczna. Taka czarno-biała.

Skąd taka potrzeba na właśnie analogowe rozwiązania, na trochę taką tradycję muzyczną?

- W momencie, w którym zaczynaliśmy robić Monofon, czułem się bardziej perkusistą niż dzisiaj. Dzisiaj mam wrażenie, że w paru aspektach, takich zawodowych i muzycznych, się rozwinąłem i perkusja sama w sobie przestała mi wystarczać. Lubię eksplorować teraz różne przestrzenie pracy artystycznej, ale jednak przy pracy nad Monofonem miałem dosyć mocno perkusyjne myślenie. Ja jestem fanem klasycznych, analogowych brzmień, bardzo skupionych, krótkich instrumentów perkusyjnych. Bardzo lubię na przykład płyty Becka i brzmienia, które tam można usłyszeć i właśnie stąd chyba się to wzięło. Po prostu wymyśliłem, że nagram tą perkusję w analog, w taśmę. Bębny są tylko początkiem, to jest jakiś tam fundament dla piosenki i dopiero jak mamy bębny, to możemy inne rzeczy na tym kłaść, ale jednak determinują rodzaj brzmienia, które osiąga piosenka. A skoro te wszystkie bębny były nagrane na taśmy i według takich prawideł klasycznych, analogowych, to siłą rzeczy kolejne ruchy też takie były. Ta estetyka chyba w nas siedzi. Co prawda ostatnią płytę z Lao Che, pt. "Wiedza o społeczeństwie" staraliśmy się robić inaczej, jakoś tak bardziej nowocześnie do tego podejść, ale np. płyta "Dzieciom" była nagrana na setkę. Wydaję mi się, że z Rafałem naturalnie mamy to dziś w sobie, to jest tygiel estetyczny, który wyssaliśmy z mlekiem tej laochańskiej krowy (śmiech).

W Lao Che jednak każda płyta była inna, osadzona w jakiejś konkretnej stylistyce i w konkretnym koncepcie, a w Monofonie co piosenka, to trochę inne patenty.

- Fajnie, że to powiedziałeś i że zauważyłeś - jest to płyta różnorodna stylistycznie. Ona jest koherentna brzmieniowo, wszystko wydaje się spójne, ale jak się dobrze temu przysłuchać, to inspiracje były czerpane z różnych stron. Pamiętam, że w ten sposób trochę działaliśmy, trochę od Sasa do Lasa żeśmy starali się skakać. Spójrz na piosenkę "Faraon".

To chyba taki najodleglejszy lot...

- Tak! To mój numer akurat. Ja jestem fanem Dead Can Dance, a podczas pracy nad Monofonem lubiłem też słuchać dużo muzyki z Tzadik Records, wytwórni Johna Zorna. Tam jest dużo takich klezmerskich utworów i właśnie stąd ta, no można by powiedzieć banalna i dziecięca wręcz melodyjka. Potem wymyśliłem te kroki i bębny, dzięki czemu powstał bardziej poważny aranż. No a z drugiej strony są na przykład piosenki "Ich wszystkich" albo "Warszawa-Stambuł", które uderzają w zupełnie inne strony. Super miło, że to zauważyłeś, bo powiem ci szczerze, że dzisiaj jestem już trochę zmęczony tym albumem. On pochłonął tyle energii i jeszcze skrajnych rzeczy się po drodze wydarzyło, że już trochę nie pamiętam tego albumu. Oczywiście przesłuchałem go całkiem niedawno, cieszę się, że on wychodzi, ale to jest taki przedziwny czas, że po tylu wydarzeniach, ja mam teraz jakieś wywiady, rozmawiamy o tej płycie, ona jest puszczana w radio, robimy singla, a ja ją artystycznie i emocjonalnie porzuciłem już w momencie, w którym skończyliśmy ją robić. To jest ciekawe w procesie twórczym, że tak naprawdę nie chodzi o to, żeby coś zrobić, tylko najfajniejsze dla mnie jest to robienie. Jesteś w takim jakby ciągu twórczym. Ja to trochę porównuję do ciągu alkoholowego - w czasie pracy potrafię zniknąć na przykład na 3 dni, mam klapki na oczach, jest na tapecie jakaś piosenka i świata po za nią nie widzę. Nic nie jem, piję tylko kawę i to jest dość okrutny stan, a potem jak się kończy i te emocje opadną, to wjeżdża coś w rodzaju kaca. Leżę przez cały dzień, patrzę się w sufit i myślę: "Boże, może do kina pójdę, albo do knajpy? Coś bym zrobił normalnego" i sytuacja na chwilę ustępuje, a potem znowu wraca (śmiech).

Kiedy pomyśleliście, że wokalistą Monofonu mógłby zostać Budyń?

- W ogóle, żeśmy nie pomyśleli, że nim zostanie. Zaczęliśmy robić te piosenki i dogadywaliśmy się najpierw z jednym kolegą, ale kolega się chyba nie zaangażował wystarczająco. Potem był kolejny, który również nie stanął na wysokości zadania i te próby nie były tak fajne jakbyśmy byśmy oczekiwali. To nie było to. W międzyczasie napisałem tekst do piosenki "Warszawa-Stambuł", którą też zaśpiewałem na płycie. Chciałem coś takiego popełnić, żeby trochę wyjść zza tej perkusji. Siedząc nad tym tekstem, a ja nigdy wcześniej nie podejmowałem się prób pisania czegokolwiek, zastanawiałem się, czy to w ogóle ma sens. Czy te słowa, to jest w ogóle coś akceptowalnego. Chciałem to skonsultować z kimś kto zęby na tym zjadł i przekierowano mnie do właśnie do Jacka. Zadzwoniłem do niego, a on oczywiście się zgodził. Spotkaliśmy się na kawie i on się zaczął wypytywać o czym to jest i po co to w ogóle napisałem. Musiałem się siłą rzeczy przed nim wybebeszyć i trochę mu opowiedzieć, o czym jest ta piosenka i co to był za moment w moim życiu. On  w ramach zwrotu, też się otworzył i opowiedział mi różne historie ze swojego życia. I tak żeśmy się zaczęli spotykać niezobowiązująco na kawkę, pogadać i żeśmy się po prostu zaprzyjaźnili. On wiedział, że cały czas próbuje się ułożyć z jakimiś innymi wokalistami, aż w końcu przelało się we mnie kiedy nie wyszło z tym drugim wokalistą, spotkałem się z Jackiem na kawie i mu powiedziałem: "Wiesz co, ja chyba odkładam tę płytę, bo ja już nie mam na nią siły". Jacek wtedy odpowiedział: "Ty, a pokaż mi ze 3 piosenki, może ja coś do tego zrobię", więc zaraz mu to wysłałem, a on następnego dnia odesłał mi 3 gotowe kawałki. Właściwie wszystkie te piosenki zrobił w niecałe 2 tygodnie. Miał niewyobrażalnie szybki styl pracy i jeszcze był przesiąknięty tymi historiami z mojego życia, sam miał trochę swoich, więc te treści się naturalnie ułożyły w jakiś koncept. No więc tak się samo znowu wszystko ułożyło w momencie takiego rozkroku. Ja się w ogóle śmieję, że to jest taka płyta rozkroku.

Sprawdź tekst piosenki "Horror" w serwisie Tekściory!

A może płyta roku? (śmiech)

- Roku to nie wiem, bo to jest bardzo artystyczna rzecz jednak. Ale rozkroku na pewno. Ona zaczęła powstawać w momencie, w którym żeśmy się dowiedzieli, że Lao Che zawiesza działalność. Ja pół roku wcześniej też przechodziłem dość mocno rozstanie. Później się dowiedziałem od terapeuty, że na przestrzeni 6 miesięcy zaliczyłem 2 największe życiowe traumy, czyli rozwód i utratę pracy. I kiedy zacząłem tą płytę robić, to ona była trochę takim balsamem dla mnie, to był taki proces terapeutyczny. Dalej jestem w muzyce, mogę sobie tworzyć i coś z tego jednak wychodzi. Coś tam jeszcze potrafię. I kiedy przyszedł moment, w którym płyta została skończona, nagrana, zmiksowana, na 10 dni przed zaplanowaną premierą singla umiera Jacek. Wszystko zatoczyło koło - zaczęło się od kryzysu, potem się działo, działo, działo, działo i znowu wróciło do punktu kryzysu.

Przyszedł wam do głowy taki pomysł, żeby zostawić tę płytę, żeby tego w ogóle nie wydawać?

- Nie wiem, chyba nie. Wiesz, to był cios. Ja rozmawiałem z Jackiem ostatni raz chyba dzień lub dwa przed jego śmiercią. Umawialiśmy się na próbę. Mieliśmy już plany wydawnicze, płyta miała się ukazać chyba pod koniec maja i tak sobie snuliśmy powoli plany, że skoro mamy skład, to trzeba będzie zrobić jakieś próby. Kiedy Jacek umarł, dostałem telefon od jego małżonki. To była bardzo dziwna rozmowa, taka odrealniona jak sobie dzisiaj o tym myślę. To była 23:05, a ja po prostu wstałem, podniosłem się z kanapy, założyłem buty, wyszedłem z domu i zacząłem iść w kierunku Placu Narutowicza w Warszawie. Po drodze zadzwoniłem do mojej przyjaciółki, która tam mieszka i mówię jej: "Słuchaj, Jacek nie żyje", a ona "Aha, a co ty robisz?", "No wiesz co... idę do ciebie". I siedziałem tam chyba do 3:00 rano, wróciłem, udało mi się koło 5:00 zasnąć, ale od 7:00 już zaczął dzwonić telefon i odbyłem kilkadziesiąt rozmów. Nie było w ogóle przez pierwsze tygodnie czasu na to, żeby się nad tym zastanawiać. Dopiero później jak trochę ten kurz opadł, to zdaliśmy sobie sprawę z tego, że mamy ostatnią taką rzecz Jacka, który chcąc nie chcąc, nagrał trochę taki swój "Blackstar" (ostatni album Davida Bowiego, muzyk zmarł 2 dni po jego wydaniu - przyp. red.) i że należy mu się, żeby to zostało wydane. To jest też płyta bardzo inna od tego, do czego Jacek nas przyzwyczaił w swojej twórczości. Jest poważniejsza w stosunku do tego, co robił z Pogodno. Babu Król był poważny, ale bazował na poezji Stachury, a tutaj Jacek jednak treściowo wybebeszył się z paru intymnych spraw, których nie za bardzo chciał dotykać w takich projektach, jak choćby "Ukryte do wiadomości", czyli album nagrany z zespołem Chango, który wyszedł troszkę wcześniej. On nie dotyka aż tak poważnie wnętrza i tego, co się w Jacku działo. Pomimo tego, że różniliśmy się od siebie z Jackiem, to ja też mam swoją przeszłość i ta przeszłość też nie jest kolorowa i wesoła. Jest raczej mroczna, miałem diabła za skórą, więc z wieloma tematami, które tam są poruszone, mogę się zidentyfikować bezpośrednio, one też mnie dotyczą. Inny jest Jacek na tej płycie.

"Warszawa-Stambuł" to jest trochę furtka do tego, żeby Monofon mógł dalej funkcjonować?

- No wiesz co, strzeliłeś w dziesiątkę. Od tej piosenki się zaczęło. Pewnego wieczora usiadłem przy komputerze, zacząłem sobie układać jakąś tam melodyjkę, bicik i tak mi to zaskoczyło, że uznałem: "A, zostawię to sobie". Pomyślałem, że może bym jeszcze jakiś tekst napisał i zacząłem coś tam skrobać, ale kompletnie mi z tym nie szło. Tak się miotałem, miotałem, aż w końcu uznałem, że muszę wyjechać i odpocząć od tego. Pojechałem do swoich rodziców, bo moi rodzice mieszkają na wsi pod Płockiem i miałem tam odpocząć. Tak naprawdę zabrałem ze sobą komputer i przez 2 dni leżałem na górze w sypialni, mama mi tylko jedzenie donosiła, a ja pisałem te słowa. Po 2 dniach wyjechałem z gotowym tekstem. Później skonsultowałem to z Jackiem, wróciłem do domu, nagrałem i tak powstała ta pierwsza piosenka. To faktycznie sprawiło, że bębny przestały mieć dla mnie takie znaczenie jak kiedyś. To nie znaczy, że już mnie nie pasjonują, bo ja nadal uwielbiam ten instrument, ale w estetyce, w której się poruszam, pewne rzeczy nie są już dla mnie tajemnicą. Natomiast to pole tekstowo-wokalne jest bardzo intrygujące i ciągnie mnie do tego. Po śmierci Jacka pojawił się pomysł, kto ewentualnie mógłby podjąć się śpiewania na żywo tych piosenek. Przez parę tygodni mieliśmy chrapkę, żeby tego spróbować, a potem wyszło jak zwykle, czyli każdy jest zajęty sobą i stawia nam swoje własne rzeczy. Ostatnio właśnie dostałem odpowiedź, że "Sorry, jednak nie dam rady" i szczerze mówiąc ucieszyło mnie to, bo stwierdziłem, że chyba ja chcę to zrobić. Chciałbym się podjąć próby interpretacji tych piosenek. To może się oczywiście nie udać, ale chodzę na lekcje śpiewu, więc może być tak, że jeśli Monofon zagra na żywo, to...

To będziecie szukać perkusisty?

- Tak (śmiech). Będziemy szukać perkusisty, ale wydaje mi się, że będzie dużo prostsze. Więc zaśpiewamy to razem, a ja zaśpiewam główne partie. Ale to nie jest wszystko takie proste dla nikogo, jak się okazuje. Grasz w takim zespole jak Lao Che, wszystko się samo napędza, telefon sam dzwoni, twoim jedynym zadaniem jest wsiąść do samochodu, dojechać na miejsce, zjeść obiad, a potem zagrać koncert. I nagle wychodzisz z tego świata i się okazuje, że wszyscy mają problem, do menedżera nikt nie dzwoni, na Spiętego nie walą tłumy do Stodoły, a zespół Nanga gra koncerty dla 30 osób. Monofon nie grał, bo przechodziliśmy swoje traumatyczne sytuacje, ale zorganizowanie koncertu takiego projektu, który nie jest popowy, też będzie trudne. Będziemy musieli to ograć, no a potem jeszcze trzeba będzie się wpakować do samochodu, który będziemy musieli wcześniej sami zapakować i wystrzelić gdzieś w Polskę. Wierzę jednak w to, że prędzej czy później uda się stanąć z tym składem na scenie, bo to jest skład naprawdę przekozackich muzyków i artystów, a te piosenki nabiorą zupełnie innego wymiaru, jeśli zostaną zagrane na żywo. To będzie solidny cios.

Zespół: Monofon
Tytuł płyty: "Monomiasto"
Wydawca: Mystic Production
Premiera: 16 września 2022 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama