Reklama

Reklama

"Moja kariera to dla mnie szok"

Jej ojciec urodził się w Polsce, gdzie przeżył koszmar Holocaustu. Matka pochodzi ze Szwecji i chciała, by córka została... łyżwiarką figurową. Na szczęście Rykarda Parasol - bo o niej mowa - postawiał na swoim i zajęła się muzyką. Debiutancki album pochodzącej z Kalifornii artystki "Our Hearts First Meet" to pozycja obowiązkowa dla fanów mrocznego grania spod znaku Black Heart Procession, Crime And The City Solution, Cat Power, Nicka Cave'a czy PJ Harvey. Przed krakowskim koncertem z Rykardą (w Polsce potocznie nazywana... Ryśką) rozmawiał Artur Wróblewski.

Nie mam pojęcia czy ktokolwiek o tym wie, ale jakiś czas temu otrzymałam polskie obywatelstwo. Mój tata poprosił mnie, bym złożyła podanie o nadanie obywatelstwa. Pomyślałam, że to może być dobry pomysł. Duża część mojej rodziny mieszka w Europie, a moi rodzice pragnęli, bym częściej tutaj bywała. Mój tata przez wiele lat mieszkał w Warszawie i dlatego zadedykowałam mu koncert w radio [Rykarda wystąpiła w studiu im. Agnieszko Osieckiej w Trójce - przyp. AW].

Twoja mama pragnęła również, byś zajęła się łyżwiarstwem figurowym...

Reklama

Tak, mama chciała zrobić ze mnie małą księżniczkę na lodzie. Ale jak widzisz, skończyłam w brudnym rockowym zespole (śmiech). Mamie niestety nie podoba się fakt, że gram muzykę. Wiesz, my o tym nie rozmawiamy... Nie chce słyszeć o moich sukcesach, i tak dalej... To dziwne. A dla mnie równocześnie bolesne, bo przecież dzieci chcą zdobyć akceptację rodziców. Chciałabym, by mama przyszła na mój koncert... Na szczęście mój tata mocno mnie wspiera. Choć on też wolałby, bym została lekarzem (śmiech).

A jak ci szło na łyżwach? Widziałem teledysk do "Hannah Leah", w którym świetnie sobie radzisz na lodzie...

Potrafię jeździć dużo lepiej. Kiedy kręciliśmy ten teledysk, byłam bardzo chora. Dałam z siebie wszystko, ale nie byłam w najlepszym stanie. Nie potrafię jednak skakać (śmiech). Moja mam pochodzi ze Szwecji i stąd wzięły się łyżwy. Podczas wizyt w Skandynawii zimą chodziliśmy nad jezioro i jeździliśmy na łyżwach. Później - wraz z moimi dwoma starszymi siostrami - zaczęłyśmy brać lekcje.

Do jakiej muzyki tańczyłaś jeżdżąc na łyżwach? Poważnej?

Musze przyznać, że w tej materii była prawdziwą buntowniczką. Nienawidziłam łyżw, nienawidziłam muzyki klasycznej granej podczas pokazów. A sędziowie podczas zawodów nienawidzili muzyki, którą puszczałam przed moimi występami (śmiech). Na przykład często występowałam do instrumentalnych kompozycji Pink Floyd. Z wczesnego okresu działalności zespołu. A pozostałe dziewczyny tańczyły na lodzie do Strawińskiego (śmiech).

Po przygodzie z łyżwami zaczęłaś brać lekcje śpiewu... operowego. Co więcej, byłaś sopranistką, a teraz śpiewasz bardzo nisko...

Nie miałam pojęcia, że potrafię śpiewać tak nisko. Wydawało mi się zawsze, że kobiety są stworzone do wysokich rejestrów. I powinny śpiewać tak wysoko, jak tylko potrafią. Skąd u mnie ta właśnie tonacja? To wina... hip hopu (śmiech). Kobiety w tym stylu muzycznym operują w niskich tonacjach. Co więcej, dotarło do mnie, że nie musisz śpiewać, by być interesującym. Tu chodzi o słowa. Poza mój sposób śpiewu wydaje mi się bardziej osobisty, kameralny i bezpośredni. W ten sposób doszłam do mojej obecnej barwy wokalu. Ale mam szeroki wachlarz, potrafię śpiewać w kilku skalach.

Wspomniałaś hip hop... W twojej dziesiątce ulubionych płyt znalazła się "Fear Of The Black Planet" Public Enemy. To dosyć zaskakujący wybór.

(śmiech) Nie ma nic bardziej przerażającego, niż biała kobieta słuchająca hip hopu (śmiech)! To wspaniały album! I opowiada o tylu ważnych sprawach. Ale - wrócę jeszcze do tonów głosu - sama barwa wokali jest interesująca. To była dla mnie nowość po doświadczeniach z operą. Sposób, w jaki raperzy używają głosu. Z tego powodu inspirują mnie śpiewający aktorzy. Oni także wykorzystują swój głos w zaskakujący sposób.

Były łyżwy, opera... Jak to się stało, że chwyciłaś za gitarę?

Po prostu chciałam. Pragnęła spróbować jak najwięcej, ale - szczerze mówiąc - nie miałam wystarczającego słuchu, by na poważnie zająć się muzyką operową. Szkoląc głos bardzo się męczyłam. To było ciężkie doświadczenie. A rodzice zafundowali mi tanią gitarę. Małą, plastikową. Okropną (śmiech). Ale dzięki temu instrumentowi nauczyłam się grać. Tylko kilku chwytów. Powiem ci, że nie potrafiłam nawet jej nastroić! Musiałam prosić znajomych, by stroili moją gitarę (śmiech). Tak to się zaczęło... Zaczęłam komponować i to było to, co chciałam robić od zawsze. W ten sposób chciałam się wyrazić. (chwila milczenia) Przez pewien okres mojego życia byłam chora, bałam się wychodzić z domu, miałam sporo czasu dla siebie. Wtedy robiłam dużo rzeczy. Pisałam, grałam na gitarze. To się połączyło wszystko w jednym punkcie i wtedy poczułam, że wiem co chcę robić w życiu. Dzięki temu znalazła także wspólny punkt z innymi ludźmi. Chciałam się z nimi dzielić moją twórczością.

Dlaczego twoja muzyka jest taka mroczna?

Nie wydaje mi się, że piosenki są mroczne. One są prawdziwe. A mrok to część naszego życia, które pełne jest bólu i cierpienia. Na szczęście ja już nie boję się niczego. Ten okres mam za sobą. W pewnym momencie mojego życia przeżyłam tyle cierpienia i strachu, że poprzez muzykę zaczęłam sobie z tym radzić. Tak idę przez życie. Wydaje mi się, że dopóki nie do zobaczysz tego, co naprawdę brzydkie, nie jesteś w stanie docenić prawdziwego piękna. Poza tym w mojej muzyce jest trochę nadziei, pozytywnych emocji i piękna. Trzeba mierzyć się z przeciwnościami losu i iść do przodu.

Rozmawiamy siedząc na Kazimierzu, żydowskiej dzielnicy Krakowa. Twój tata - jak wspomniałaś - pochodzi z Polski i przeżył Holocaust. Czy rozmawiacie w domu o II wojnie światowej?

Tak, często o tym rozmawialiśmy. Wiesz, to jest w pewnym sensie część mojego życia, życia mojej rodziny. Zadajemy sobie pytania jak to się stało, że nie mam moich dziadków? Gdzie oni się podziali? Dlaczego ich nie ma z nami? Dlaczego nie ma tej części naszej rodziny? Mój ojciec był niedawno w Polsce na Marszu Żywych. Z jego opowieści wiele się nauczyłam. Na szczęście dla niego on nie chce żyć przeszłością. Jest tutaj i teraz. Patrzy w przyszłość. Już się niczego nie boi... Poza moją mamą (śmiech)!

Wróćmy do muzyki i listy twoich ulubionych wykonawców. Jest nim między innymi grupa The Brian Jonestown Massacre. Uwielbiam ten zespół. Widziałem ich w 2007 roku na festiwalu w Roskilde...

Wybacz, że wchodzę ci w słowo. Czy grał z nimi Joel [Joel Gion, symbol zespołu grający jedynie na marakasach i palący papierosy podczas koncertów - przyp. AW]?

Tak.

Zawsze, kiedy go widzę, mam ochotę go przytulić (śmiech). To wspaniały koleś. Wiem, że on na scenie głównie pali papierosy, ale... To jest wspaniały przykład osoby, która nie potrafiąc zbyt wiele zaraża wszystkich swoją niesamowitą charyzmą. To znaczy Joel to jeden z najlepszych instrumentalistów, jeśli chodzi o marakasy i tamburyna (śmiech). Ale jego osobowość i charakter... Niesamowite. Miałam okazję widzieć The Brian Jonestown Massacre wielokrotnie, z Joelem i bez Joela, i to jest nieprawdopodobna różnica. Ona ma coś w sobie...

Chciałem zapytać cię o Antona Newcomba. To jest dla mnie niesamowita i szalona osobowość....

Miałam okazję go spotkać po koncercie. Był trochę... oszołomiony (śmiech). Ale na drugi dzień wpadliśmy na siebie na ulicy i okazało się, że pamięta moje imię. Był bardzo sympatyczny i uprzejmy. Ale to fakt, Anton jest specyficzny, jednak ja spotkałam w moim życiu tylu świrów, że on nie wydaje mi się aż tak bardzo szalony. Wiem jednak, że wiele osób go tak odbiera. Fascynuje mnie muzyka Antona i to, że komponuje przez tak długi czas z taką intensywnością. I nigdy nie przestaje. Mam dla szacunek, że pomimo tylu - nazwijmy to - przeciwności, nie daje za wygraną. Przecież miał tak wiele zmian składów!

Wydaje mi się, że w tym elemencie pobił wszelkie rekordy (śmiech).

Chyba tak. Ludzie się zmieniają, a Anton nie zważa na nic i idzie do przodu. Z własnego doświadczenia wiem, że zmiana nawet jednego muzyka może wiele nadkruszyć. A on zmienia całe składy. Trzeba być naprawdę mocnym psychicznie, by przez to wszystko przejść. I chyba trochę szalonym również (śmiech).

Mieszkasz w San Francisco. Jakie to jest miasto? Moja wizja tego miejsca naiwnie i młodzieńczo oparta jest na obrazie wykreowanym przez Jacka Kerouca w "W drodze".

To ta część miasta, którą lubię mieć w świadomości. Mieszkam w artystycznej dzielnicy miasta, za sąsiadów mam starzejących się pisarzy (śmiech). To dosyć zabytkowa dzielnica, choć pojawia się w niej coraz więcej nowoczesnego budownictwa. Poza tym lubię sobie wyobrażać czasy, kiedy San Francisco powstawało. Czyli czasy piratów (śmiech). Ale to miasto to nie tylko bohema i piraci. To także nowoczesne centra handlowe, firmy komputerowe i mamy z dziećmi (śmiech).

Wkrótce będziecie mieli nowego prezydenta...

Wydaje mi się, że tym razem mamy lepszych kandydatów. Oczywiście, wolałabym by wygrała Hilary Clinton lub Barack Obama, ale... Moim marzeniem jest, by naszym prezydentem został Al Gore. Niestety, chyba mnie nie posłucha (śmiech). Chciałabym, by Ameryka się zmieniła. Ale nie wydaje mi się, że to nastąpi w najbliższym czasie. To zbyt religijne, puste miejsce... Czuję się wyobcowana.

Przeczytałem, że pracujesz nad nową płytą.

Tak. Mam już prawie wszystko dopięte na ostatni guzik. Muszę jeszcze popracować nad niektórymi tekstami. Co do tekstów, to pracuje obecnie nad wierszami. Ich zbiór ukaże się przed nowym albumem. A płyta będzie opowiadała o moich doświadczeniach. Tym razem jednak będzie bardziej różnorodnie. Niektóre piosenki będą opowiadały o walce dobra ze złem, inne o narkotykach, o braku miłości, o pożądaniu... Wszystko z mojego punktu widzenia. A że czuję się nowoczesną kobietą, będzie także o wolności. Co niestety ma także swoje złe strony. Generalnie płyta będzie o trudnych i mrocznych sytuacjach, które wystawiają na próbę twój charakter. Roboczy tytuł płyty brzmi "A Shady Friend For Torrid Day" i jest zaczerpnięty z wiersza Emily Dickinson.

Na koniec chciałbym ci pogratulować płyty. Jest naprawdę wyjątkowa.

To dla mnie w pewnym sensie szok, ponieważ nie jestem muzykiem i nigdy nie wyobrażałam sobie, że stworze album, który będzie podobał się innym ludziom. Jakoś mi się udało z pomocą. Dziękuję.

A ja dziękuje za rozmowę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje