Reklama

Reklama

"Ja się wstydzę"

Kasia Nosowska znana jest głównie jako wokalistka zespołu Hey, ale od kilku lat wydaje także własne płyty. Ta najnowsza, zatytułowana „Sushi”, ponownie powstała przy współpracy Andrzeja Smolika, a Kasia jak zwykle napisała wszystkie teksty. W rozmowie z Jarosławem Szubrychtem po raz pierwszy ujawnia szczegóły przedstawienia teatralnego, w którym wystąpi oraz to, że pisze powieść! Opowiada także o nowej płycie, fascynacji Internetem i wspólnych występach z Maanamem i Natalią Kukulską.

Lubisz wschodnią kuchnię?

Szczerze mówiąc przepadam za nią i to nie w związku z modą na sushi, która ostatnio się pojawiła. Dużo wcześniej zakochałam się w tym jedzeniu, ale nie dlatego zatytułowałam tak płytę. Ja mam w ogóle problem z wymyślaniem tytułów i zazwyczaj wybieram taki, który ma w sobie coś fajnego i niekoniecznie dorabiam do niego jakąś specjalną ideologię. „Sushi” fajnie brzmi, poza tym graficznie to słowo ładnie wygląda. Pomyślałam sobie też, że jeżeli konieczna jest jakaś ideologia, to wymyśliłam sobie, że moje płyty solowe nie trafiają do szerokiego grona odbiorców, lecz jest to raczej propozycja dla ludzi o tolerancyjnym uchu. Moje płyty bardziej przypominają sushi, niż hamburgery, które dostępne są szeroko i pozornie łatwo przyswajalne.

Reklama

Hamburgery są ciężkostrawne...

No właśnie...

Sushi to danie z surowej ryby. Czy o twojej muzyce również można powiedzieć, że jest surowa?

Jest surowa w takim sensie, że - szczególnie jeśli chodzi o stronę wokalną i tekstową - pozbawiona jest wyrafinowanych ozdobników. Jest to prosty przekaz i w moim sposobie śpiewania też nie ma silenia się na Bóg wie co.

W pracy nad „Sushi” wspomagał cię ponownie Andrzej Smolik. Czy można mówić, że w przypadku twoich solowych nagrań jest to już stała współpraca?

Bardzo chciałabym, żeby to była stała współpraca, ale z tym jest tak, jak z małżeństwami. Na początku wydaje ci się, że wszystko będzie świetnie i do końca życia, a potem z jakichś przyczyn następuje rozwód. Tak może być również w naszym przypadku, ale póki co jestem zaangażowana w ten związek i szczęśliwa.

Podobno wytwórnia płytowa oceniła, że na „Sushi” nie ma ani jednego utworu nadającego się na singel.

No, mają z tym jakiś problem. Wszystko jednak zależy od podejścia. Dla mnie spokojnie te piosenki są wpadające w ucho, ale ja takiej muzyki, dosyć dziwnej, słucham na co dzień, fascynuję się takimi dźwiękami. Może dlatego dla mnie jest oczywiste, że tam są single. Natomiast Universal jest firmą, która w swoim katalogu ma raczej propozycje popowe i dla nich to może być ciężkostrawne.

W końcu wybór padł na „Keskese”. Kto podjął decyzję?

To była moja decyzja, wytwórnia zaproponowała coś innego. Wiesz, ja lubię wszystkie piosenki z tej płyty, ale ich propozycja nie do końca mi odpowiadała, nie informowała, co znajduje się na „Sushi”, była za bardzo obok. Natomiast „Keskese” wydawała mi się bardzo zbliżona do tego, co można znaleźć na tym albumie.

Teledysk do „Keskese” wyreżyserował twój narzeczony, Redbad Klynstra. Był bardzo wymagający?

Tak, ale on akurat mógł sobie na to pozwolić, bo ja raczej słabo współpracuję z reżyserami. Utrudniam im pracę nie ze złej woli, ale na przykład dlatego, że pewne rzeczy wstydzę się zrobić. Redbad, w związku z tym, że jesteśmy blisko ze sobą, miał prawo do tego, żeby mnie namawiać na różne eksperymenty i najczęściej się godziłam. Lubię z nim pracować, bo mu ufam. Z „Keskese” jest w ogóle niezła akcja, bo ani tytuł nie ma nic wspólnego z treścią piosenki, ani treść piosenki nie ma nic wspólnego z teledyskiem. Teledysk jest opowieścią o tym, że do spotkań między ludźmi różnego pokroju dochodzi na poziomie transakcji. Bohaterem teledysku jest moneta, która przechodzi z rąk do rąk - ktoś tą monetą płaci komuś za jakąś usługę. Są tylko dwie osoby, które się z tego wyłamują, a mianowicie bandyta, który kradnie te pieniądze i babcia, która daje na ofiarę. Chociaż babcię również można podciągnąć pod kogoś, kto uprawia interes z Bogiem, też jest to transakcja. A ja gram wszystkie te postacie.

Czy to prawda, że zamierzasz ponownie zmienić stan cywilny? Chcecie wziąć ślub tradycyjny, czy marzy wam się coś ekstrawaganckiego?

Nie mam pojęcia jak będzie wyglądał nasz ślub. Może nie w białej sukni, bo biały kolor pogrubia, ale raczej chciałabym ślub tradycyjny. Takie plany rzeczywiście występują obecnie w przyrodzie, ale okazało się, że afera z tym związana jest zbyt duża, żebym mogła się w tej chwili na tym skupić. Mam teraz nową płytę, koncerty i różne inne akcje. Redbad też jest zajęty, w związku z tym chyba to odłożymy. Wydawało nam się to szalenie proste, że idzie się do kościoła i mówi - „Dzień dobry, to może my byśmy chcieli związać się na całe życie”, a ksiądz mówi - „Jakże się cieszę, proszę bardzo, jesteście związani”. Okazało się jednak, że jest to strasznie wielkie zamieszanie, pożerające mnóstwo nerwów i pieniędzy.

Niedługo zadebiutujesz jako aktorka na scenie warszawskiego teatru Montownia. Możesz zdradzić jakieś szczegóły?

Nie mogę nic zdradzić. Kiedyś powiedziałam, że uczę się grać na Gibsonie. Kupiłam sobie Gibsona i miałam strasznie ambitny plan okiełznania tego instrumentu. Kiedy już wszystkim się zwierzyłam, okazało się, że dzień później przestałam się tym w ogóle przejmować. Jestem przekonana, że pewnym projektom odbiera się energię, kiedy się o nich rozprawia. To, co teraz robimy w teatrze, bardzo mi się podoba. To dla mnie całkiem nowe zajęcie, bardzo interesujące, jestem nim podekscytowana, natomiast nie ma jeszcze o czym rozprawiać. Kiedy już się coś wydarzy, zadzwonię i poinformuję cię o tym.

Trzymam za słowo. Możesz mniej więcej określić, kiedy nastąpi szczęśliwe rozwiązanie?

Montownia nie jest teatrem dotowanym przez państwo, który ma swoją stałą siedzibę i musi wywiązać się z jakichś zobowiązań wobec wyższych instancji. To są ludzie, którzy sami kierują swoimi poczynaniami. Najfajniejsze w tym przedsięwzięciu jest właśnie to, że nie ma żadnego ciśnienia. Chodzi nam o to, żeby coś przygotować dobrze i wtedy to zaprezentować.

Może chociaż scharakteryzujesz rolę, która przypadła ci w udziale?

To jest taka baba, która ma na imię Mika. Cała historia dotyczy dorocznego święta kobiety, które obchodzono dawno temu w Grecji. Kobiety spotykały się, absolutnie bez osób towarzyszących, piły mnóstwo alkoholu, pewnie paliły jakieś jointy, zabawiały się totalnie frywolnie. W pewnym momencie mają się rozprawić, knują zemstę na Eurypidesie, który oczernia niewieści ród w swoich pracach. Mika, którą gram, najeżdża okrutnie na Eurypidesa. Oprócz tego mam być tancerką, która tańczy i nic nie mówi oraz echem, które mówi, ale nie pokazuje się na scenie.

A co z dużym ekranem? Nie myślałaś nigdy o karierze filmowej?

Miałam kilka smutnych propozycji, ale wychodzę z założenia, że jeśli w ogóle kiedykolwiek miałabym zrobić coś w tym kierunku, musiałabym mieć ku temu jakiś poważny powód. Nie ma we mnie chęci zagrania tylko dla zagrania, żeby pokazać, że ja też mogę, bo wszystkie inne artystki grają w filmach. Nie mam tego typu marzeń.

Jak doszło do tego, że zostałaś Ciocią Wydrą z kreskówki „I pies, i wydra”? Czy dubbingowanie dobranocek to ciężka praca, czy dobra zabawa?

No kurcze, Redbad mi to załatwił. Jego znajoma pracuje w studiu, które zajmuje się podkładaniem głosów i zapytał się, czy mogłabym spróbować. Najpierw robiłam tak zwane „tłumy”, czyli wydawałam z siebie takie różne dziwne dźwięki jak „ach” i „och”. (śmiech) Kiedy przeszłam ten test, dostałam pierwszą poważną rolę - Cioci Wydry - i było to naprawdę niezłe przeżycie. Z jednej strony jest to dobra zabawa, a z drugiej to totalnie stresujące zajęcie. Nie dość, że muszę grać tę postać, to jeszcze muszę udawać kogoś, kim nie jestem, czyli bardzo wyluzowaną osobę, która bez problemu i stresu wykonuje polecenia reżysera. Ja taka nie jestem, ja się wstydzę, ale mam też świadomość, że tam nikt się ze mną nie będzie cackał. W moim środowisku uchodzą mi takie rzeczy, ktoś mówi - „Kasiu, Kasiu, prosimy cię, zaśpiewaj”, a ja na to, że się wstydzę - certolą się ze mną na moim gruncie. Natomiast tam, jeżeli na moment nie wyzbędę się tego wstydu, to usłyszę - „Dziękujemy, do widzenia” i więcej się nie odezwą. Muszę więc walczyć sama ze sobą i na tym poziomie też jest to interesujące.

Gdyby pozwolono ci podłożyć głos pod dowolnie wybraną postać z bajki, kogo wybrałabyś?

Misia Kolargola. Fajny był...

Podobno szykujesz się również do debiutu w roli dziennikarki, masz przeprowadzić wywiad z Bjork, podczas jej wrześniowej wizyty w Polsce.

Padła taka propozycja, ale wydaje mi się, że jest to zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Nie wiem, czy to dojdzie do skutku, w końcu to ma być za parę miesięcy i do tego czasu może wydarzyć się mnóstwo rzeczy, które to uniemożliwią. Zgodziłam się od razu, ale w pewnym momencie przyszła chwila zastanowienia i myślę sobie - „Boże, przecież ja nie umiem...”. Kiedy to już zostanie naprawdę zapięte na ostatni guzik, będę musiała się nieźle napocić, żeby to spotkanie było po prostu zajebiste.

Czyli prawdą jest, że Bjork jest jedną twoich największych inspiracji?

Jest paru artystów, których totalnie podziwiam - i Bjork na pewno należy do tego grona - ale którzy nie działają na mnie w sposób inspirujący. Są zbyt wielcy, żeby w ogóle myśleć o tym, by cokolwiek z nich czerpać, bo oni są doskonali. Wiem, że gdyby byli na równym mi poziomie, to nie byliby dla mnie tak atrakcyjni. Co to za przyjemność fascynować się kimś, do kogo możemy doskoczyć, albo wystarczy stanąć na palcach i już jesteśmy na jego poziomie. Dlatego nie ośmieliłabym się czerpać z Bjork. Ona jest zbyt swoista i wyjątkowa, tak samo jak PJ Harvey. Z chęcią wypolerowałabym im trzewiki, z tym nie miałabym problemu. Natomiast nie mogłabym zrobić tych rzeczy, które one robią, bo... ja jestem Kasia z Heya.

Powiedz w takim razie, jak powstają twoje solowe płyty? Czy masz plan, który starasz się realizować, czy dajesz się ponieść fantazji?

Myślę, że nie ma żadnych założeń. Tak jak czujemy ze Smolikiem, tak będzie później na płycie. Może się okazać, że następna będzie bardzo przypominała tę, a może się okazać, że będzie zupełnie inna. Nie wiadomo, co się wydarzy. Każda płyta to zapis pewnych nastrojów i klimatów, które w danym momencie pojawiały się w naszym życiu.

Ale płyty inspirowanej muzyką latynoamerykańską raczej nie należy się po tobie spodziewać?

Czemu nie?

Słyszałem, jak z dużą niechęcią mówiłaś o bardzo popularnym ostatnio filmie „Buena Vista Social Club”...

Jak to? Jestem totalną fanką tej muzyki, a oglądając „Buena Vista Social Club” wypłakałam hektolitry łez. Nabijałam się tylko z mody, która ostatnio zapanowała. Paru mistrzów poszło na koncert i nagle wszyscy oszaleli na punkcie Kuby, pojechali tam na Sylwestra, teraz jeżdżą na wakacje i jarają cygara, chociaż ich nie lubią.

Hey, płyty solowe, teatr, wydra, gościnne występy tu i ówdzie oraz życie rodzinne - skąd bierzesz na to wszystko czas i energię?

Wbrew pozorom 24 godziny to bardzo dużo czasu. Ludzie, którzy mówią, że mają za mało czasu na wszystko, tak naprawdę mają go za mało, bo po prostu leniuchują i myślą o tym, jak mało mają czasu, zamiast coś zrobić.

Nie lubisz poleniuchować?

Jestem wielkim leniem, w pewnych kręgach jestem z tego znana. Jednak na rzeczy, które mnie naprawdę interesują, znajdę zawsze czas i potrafię się zmobilizować.

Od niedawna jesteś fanką Internetu...

Tak, zwariowałam kompletnie na tym punkcie. Przeżywam ekstazę siedząc przy komputerze, zarywam noce, w ogóle beznadziejna jestem. Strasznie podoba mi się Internet.

Co ci się w nim tak podoba? Są ludzie, którzy widzą w Internecie źródło wszelkiego zła. Wiesz - anarchia, pornografia, piractwo, uzależnienie...

Myślę, że tego typu opinie wynikają z totalnego zakłamania, że ci, którzy najbardziej piszczą o pornografii, najczęściej odwiedzają strony tego typu i to oni nabijają liczniki. Wiadomo, że jestem wielką przeciwniczką dziecięcej pornografii, bo to w ogóle jest obciach i przegięcie pały w stosunku do tych dzieci, natomiast takie rzeczy istnieją, właśnie taki jest świat - a Internet to jest świat. Oprócz tego, że można przeczytać fascynujące, intelektualne i mądre materiały, ale również można otrzeć się o totalne zezwierzęcenie i brzydkie rzeczy. Nie ma się jednak przeciwko czemu buntować. Myślę sobie, że to może nawet i lepiej, jeśli ktoś odreaguje przy komputerze, niż gdyby miał szukać mocnych wrażeń na ulicy, zaprzęgając do tego innych ludzi.

Bardzo wiele kontrowersji wywołuje ostatnio sprawa procesu, który Metallica wytoczyła firmie Napster.com. Czy dostępne w sieci pliki mp3 mogą być dla muzyków rzeczywiście tak wielkim zagrożeniem?

Jeżeli ktoś przywiązuje totalną wagę do pieniędzy i nagle zarabia ich mniej niż mógłby, to się trochę wkurza. Ja myślę sobie, że gdybym była w stanie wcelować w odpowiednie numery w totolotka i zapewnić sobie egzystencję na względnym poziomie do końca życia, to chciałabym w ogóle nie sprzedawać płyt w sklepach, ale właśnie w ten sposób komunikować się ze słuchaczem, chciałabym na swojej stronie te rzeczy umieszczać. Metallica się oburza, a może są ludzie, którzy bardzo lubią ten zespół, a nie stać ich po prostu na płytę. Z drugiej strony my tutaj, w Polsce jesteśmy totalnie oswojeni z piractwem, już się chyba przyzwyczailiśmy do tego...

Czy to prawda, że można spotkać cię na czacie, na nieoficjalnej stronie poświęconej twojej osobie?

Tak, od tego się wszystko zaczęło. Ktoś mi powiedział, że jest moja strona i żebym sobie zobaczyła. Z dużą dozą nieśmiałości zasiadłam przy komputerku i sprawdziłam. To był mój pierwszy kontakt z Internetem, dotąd raczej unikałam komputera. Wlazłam więc na tę stronę, pooglądałam wszystko i nagle było okienko z napisem „chatroom”, więc wlazłam, żeby zobaczyć, co tam się dzieje. Zalogowałam się jako Kasia... i przez 40 minut czułam się jak bohaterka dusznego i mrocznego filmu science-fiction, bo nikt mi nie chciał wierzyć, że ja to ja, a w dodatku nie było szansy, żeby to udowodnić. Ja wiem, że to ja - siedzę w gaciach przy komputerze, obok Mikołajek chrapie - a tu nikt mi nie wierzy. Po prostu odjazd! Na szczęście w końcu mi uwierzyli. Zadali parę podchwytliwych pytań i okazało się, że przeszłam testy. Ostatecznym dowodem na to jest fakt, że pozwoliłam im wymyślić tytuły do piosenek na moją nową płytę, której jeszcze nie słyszeli. Zamieściłam te tytuły, więc teraz nikt już nie będzie miał wątpliwości.

Skąd twoje zamiłowanie do tych wszystkich językowych dziwolągów? Tytuły do większości utworów to czysta abstrakcja, trzy teksty na „Sushi” napisałaś w jakimś dziwacznym języku...

W języku nijakim. Do tych piosenek powstały teksty polskie, jednak za każdym razem, kiedy je śpiewałam, okazywało się, że te utwory tracą, że w tych trzech konkretnych przypadkach bardziej na słuchacza oddziałuje emocja zawarta w głosie, niż słowo. Stwierdziłam więc, że zamiast silić się na jakąś treść, postawię na emocję podprogową. W polskojęzycznych tekstach na „Sushi” śpiewam, jak zwykle, o życiu. Fakt, że postanowiłam trochę odpocząć od grzebania w swoich wnętrznościach i wystawiłam głowę z dziupli, w której mieszkam. Zaczęłam się trochę rozglądać i to są właśnie moje spostrzeżenia.

Jakim cudem dałaś się namówić na napisanie tekstów dla Justyny Steczkowskiej?

Pewnego dnia Justyna zadzwoniła do mnie i po prostu zapytała, czy napiszę. Myślę, że było to ciekawe doświadczenie, chociaż pewnie trochę przeszkadzał mi fakt, że się nie znamy. Znam ją tak jak wszyscy zwykli ludzie, raczej z telewizji. Jestem bardzo przywiązana do tego, że słowo ma wielką wagę, nie mogłabym śpiewać o czymś, czego nie czuję. Dlatego napisanie tekstów dla kogoś, kogo nie znam bliżej, wydawało mi się dość trudnym zadaniem. Nie wiem, co ona lubi, a czego nie lubi, co toleruje w warstwie słownej, a czego nie. Nie wiedziałem, czy mogę napisać od siebie, czy potraktować to bardziej w formie usługowej. W końcu stwierdziłam, że lepsza będzie pierwsza opcja, że napiszę od siebie. Dlatego mamy niewątpliwą przyjemność usłyszenia, jak Justyna wypowiada słowo „krocze”, które u mnie nikogo nie dziwi, natomiast u niej... (śmiech) Poza tym, ja nie lubię słuchać siebie, mam syndrom człowieka, którego głos nagrano na taśmę i dziwi się, że to jest on. Mogłam więc wreszcie usłyszeć jak brzmią teksty, w które włożyłam emocje, zaśpiewane przez kogoś innego. To było ciekawe zderzenie. Podoba mi się szczególnie interpretacja piosenki „Modlitwa”, bo jest zaśpiewana delikatnie i subtelnie.

Z tego co wiem, twoje szuflady pełne są tekstów, do których nigdy nie powstała muzyka. Zamierzasz wydać je w formie książkowej?

Myślałam o tym, żeby ująć je w jedną całość i dać ludziom poczytać. Jeżeli będę miała czas, żeby to przygotować i uporządkować, to wtedy taki wybór ujrzy światło dzienne. Poza tym piszę powieść. Nie zdradzę jednak żadnych szczegółów, nic a nic.

Może chociaż powiesz, kiedy możemy spodziewać się twojego pisarskiego debiutu?

Tego nie wie nikt, to jest niekończąca się opowieść. Naprawdę nie wiem, jak pisarze kończą swoje książki, nie da się ich skończyć... (śmiech) Okazuje się, że to jest jak życie, nie jestem w stanie zakończyć na jakimś dniu, bo zawsze wydaje mi się, że bohaterowi może przydarzyć się nazajutrz coś ciekawego. Zaczynam przewidywać co to mogłoby być i okazuje się, że znowu jesteśmy w dupie z końcem. (śmiech)

Wzięłaś niedawno udział w dwóch nietypowych imprezach. Pierwsza z nich to urodzinowy koncert Manaamu, druga to koncert poświęcony pamięci Anny Jantar. Jakie wrażenia?

Koncert Manaamu strasznie mi się podobał. Byłam zachwycona, bo ja wzięłam w tym koncercie udział raczej w charakterze wielkiej fanki zespołu, której udało się dziwnym zbiegiem okoliczności wystąpić razem z gwiazdą. To była raczej taka „Szansa na sukces”... To był koncert „Manaam i przyjaciele”. Ja przyjacielem nie jestem, bo nie znamy się aż tak dobrze, więc nazwa powinna brzmieć raczej „Manaam i przyjaciele, i fanka”. To było dla mnie wielkie przeżycie. Mam zdjęcie z Korą i w ogóle super... Jeżeli chodzi o ten drugi koncert, to tutaj decydujące znaczenie miał poziom czysto ludzki. Nie znam Natalii... Kurcze, zauważyłeś, że ja nikogo z tej branży nie znam? To straszne. (śmiech) W każdym razie Natalia zadzwoniła i powiedziała, że będzie robiła koncert poświęcony pamięci jej mamy. Powiedziała, że to jest dla niej bardzo ważne, więc zgodziłam się zaśpiewać. Tym bardziej, że kiedy byłam dzieckiem, to na wczasach z rodzicami słuchałam na maksa tych piosenek. Z samego koncertu wyniosłam bardzo pozytywne wrażenia, natomiast mniej pozytywne pojawiły się jakiś czas potem, kiedy pewna grupa ludzi zaczęła mi mieć za złe to, że wystąpiłam na jednej scenie z Piaskiem i z Natalią. Stwierdzili, że to jest obciach i że zdradziłam ideały rocka. Strasznie mnie wkurza tego typu podejście. Teraz trochę to ze mnie opadło, ale wzbudzili we mnie straszną agresję.

Kiedy możemy oczekiwać koncertów promujących „Sushi”?

Chciałabym, żeby trasa odbyła się w październiku, wcześniej, niestety, się nie da. Mam nadzieję, że organizatorzy nie scykają się i dadzą zaśpiewać.

Dziękuję ci za rozmowę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje