Reklama

Don Airey (Deep Purple) przed premierą płyty "Whoosh!": Od lat robię to, co w życiu kocham najbardziej [WYWIAD]

Don Airey występuje w Deep Purple od 2002 r. /Jim Bennett /Getty Images

Donald Smith "Don" Airey to klawiszowiec Deep Purple, który w ciągu swojej ponad 40-letniej imponującej kariery pracował z takimi zespołami i artystami, takimi jak m.in. Gary Moore, Ozzy Osbourne, Judas Priest, Black Sabbath, Jethro Tull i Whitesnake. Na chwilę przed wydaniem najnowszego albumu Deep Purple "Whoosh!" udało nam się porozmawiać z tym niezwykłym i bardzo sympatycznym muzykiem.

Kamil Downarowicz, Interia: Premiera najnowszego albumu Deep Purple "Whoosh!" planowana jest na 7 sierpnia. Czego możemy spodziewać się po tym krążku?

Reklama

Don Airey (Deep Purple): - Przede wszystkim jest to płyta, którą wypełnia radość. Nie ma na niej złości, gniewu i innych podobnych przykrych emocji. Jako Deep Purple znajdujemy się obecnie w momencie, w którym czujemy się bardzo dobrze ze sobą razem, zarówno w studiu, na scenie, jak i w relacjach personalnych. Okrzepliśmy, ufamy w pełni w to, co robimy. Nasi fani przez te wszystkie ostatnie lata dawali nam ogromne wsparcie, więc chcemy im to wynagrodzić w najlepszy z możliwych sposobów - nagrywając album, który przypadnie im do gustu i spełni ich oczekiwania.

"Whoosh" jest też z pewnością różnorodny, świeży. Nie nałożyliśmy na siebie żadnych ograniczeń, żadnych sztucznych granic ekspresji artystycznej. Dlatego bije z tego albumu poczucie wolności, akceptacji dla siebie samego i życia takim, jakim jest - ze wszystkimi jego zaletami i wadami. Nie chcemy odcinać kuponów i żerować jedynie na przeszłości, chcemy pokazać, że jako zespół, mamy wciąż dużo do powiedzenia.

Tytuł płyty jest dość nietypowy (whoosh - świst, podmuch). Co się za nim kryje?

- Tytuł ten wymyślił Ian Gillan. Nawiązuje on do faktu, że życie człowieka mija bardzo szybko, jest nieuchwytne niczym podmuch wiatru. Pojawia się i znika. Sam wiem coś o tym, bo nie jestem już młodzikiem (śmiech). Dlatego trzeba maksymalnie korzystać z tego, że żyjemy. Świat mimo wszystkich swoich ciemnych stron jest nadal wspaniałym miejscem, pełnym cudów i dobroci. Musimy to tylko dostrzec, co wcale nie jest takie łatwe, zwłaszcza w dzisiejszych czasach.

Album powstał po raz kolejny przy pomocy legendarnego producenta Boba Ezrina, który zabrał was do Nashville. To właśnie w tym mieście stworzyliście i nagraliście nowe utwory. Czy ta sesja różniła się czymś szczególnym od poprzednich? Coś ją wyróżniło?

- Szczerze powiedziawszy mamy wypracowany już swój modus operandi, którego mocno się trzymamy, i który sprawdza się w naszym przypadku znakomicie. Cały materiał przygotowaliśmy w trzy tygodnie, potem zaprosiliśmy Boba, żeby przyszedł, posłuchał i powiedział, co o tym wszystkim sądzi. Następnie weszliśmy razem z nim do studia, gdzie spędziliśmy cztery tygodnie. Pracowaliśmy bez żadnych niespodzianek, opóźnień czy konfliktów. Mieliśmy dokładną wizję tego, jaki album chcemy nagrać, więc najwięcej czasu zeszło tak naprawdę na nagrywanie partii wokalu i sam miks.

Sprawdź tekst utworu "Throw My Bones" w serwisie Teksciory.pl!

Bob Ezrin miał duży wpływ na brzmienie "Whoosh!"?

- Zdecydowanie tak! Bob to znakomity i doświadczony producent, który rozumie nas w 100% i zawsze dobiera dla nas najlepsze rozwiązania. Właściwie mogę powiedzieć, że jest on kolejnym członkiem zespołu...

Czasami wprost zadziwia mnie, jak Bob to robi, że ma w głowie tyle świetnych pomysłów. Wie dokładnie, w którą stronę powinna pójść dana kompozycja, jak powinna brzmieć. Poza tym ten gość umie nas naprawdę postawić do pionu, zmotywować do ciężkiej pracy. Bumelowanie strasznie go wkurza.

No właśnie, spędziliście trochę czasu w Nashville, które uważane jest za światową stolicę muzyki country. Czy miasto te zainspirowało was w jakiś szczególny i nieoczekiwany sposób?

- Przyznam, że Nashville znam dość dobrze i bardzo lubię to miasto. Świetnie się w nim odnajduję i myślę, że moi przyjaciele z zespołu mają podobnie. Poza tym Nashville jest chyba naszym szczęśliwym miejscem, ponieważ nagraliśmy w nim już trzeci album. Miasto żyje muzyką, jest w nim wiele klubów i sal koncertowych.

Ciekawie też się obserwuje, jak miasto zmienia się na przestrzeni lat. Obecnie bardzo dużo ludzi przeprowadza się do Nashville i próbuje właśnie tam ułożyć sobie życie. Ma to swoje dobre i złe strony, bo np. fantastyczne studiu The Tracking Room, w którym nagraliśmy "Whoosh!", zostało właśnie sprzedane i zostanie zamienione w lofty i apartamenty. The Tracking Room było najlepszym miejscem pracy w całej mojej karierze muzycznej, więc wieści o jego zamknięciu naprawdę mnie zasmuciły.

To właśnie w tym studiu po stworzeniu pierwszych utworów na "Whoosh!" wywiesiliście motto "Deep Purple przywraca Deep z powrotem do Purple".

- Tak, była to forma żartu, rzucony nie całkiem poważnie manifest powrotu do korzeni (śmiech). Obiecaliśmy sobie, że znowu zagramy ciężko, rockowo, jak przed laty.

Zostając jeszcze na chwilę w Nashville... co myślisz o country? Masz jakiś swoich ulubionych wykonawców lub zespoły grające "prawdziwie amerykańską muzykę"?

- Uwielbiam Chrisa Stapletona za jego emocjonalność, szczerość i charyzmę. Jeżeli idzie zaś o samo country, to zdecydowanie wolę rzeczy, które pojawiają się na obrzeżach tego gatunku niż w jego centrum. Cenię sobie zespoły określane mianem "alt-country", zwłaszcza te młode, które nie boją się eksperymentować, ale też nie zapominają o korzeniach country.

Pamiętam, że kiedyś nie znosiłem country i śmiałem się z tej muzyki. Wydawała mi się "rednecka" i niewarta uwagi. Jednak z biegiem lat zrozumiałem, jak wiele temu gatunkowi zawdzięcza rock'n'roll i rock. To właśnie m.in. w country współczesne gitarowe granie ma przecież swoje korzenie.

Trasa koncertowa promującą "Whoosh!" została przesunięta na 2021 rok. Myślicie, że dojdzie ona do skutku? Mówię tutaj, oczywiście, o wciąż szalejącej pandemii koronawirusa.

- Na razie czekamy na rozwój sytuacji. Wszystko zmienia się dość dynamicznie i może okazać się, że na jesień znowu sklepy, restauracje i bary zostaną zamknięte. Natomiast jesteśmy dobrej myśli i wierzymy, że wcześniej czy później pojedziemy w tournée, oby odbyło się to, jak najszybciej. Mam na myśli właśnie przyszły rok.

Podczas tournée zahaczycie również o Polskę [grupa zagra w Atlas Arenie w Łodzi 13 października 2021 r.].

- Och, nie mogliśmy ominąć Polski w naszych koncertowych planach! Uwielbiamy grać w waszym kraju. I nie są to słowa rzucona na wiatr, po prostu bardzo doceniamy polską publikę, która za każdym razem wita nas z niezwykłym entuzjazmem i energią. Trasa koncertowa Deep Purple bez Polski po prostu nie mogłaby się odbyć (śmiech).

A jak wspominasz samoizolację związaną z pojawieniem się COVID-19? Niektórzy muzycy wskazują czas zamknięcia w domu, jako czas bardzo twórczy, inni popadli w depresje i różnorakie zaburzenia psychiczne.

- Szczerze powiedziawszy... mogłem w końcu trochę wypocząć i spędzić czas z moją żoną (śmiech). Jestem człowiekiem, który dużo pracuje i dużo podróżuje, nie bywam w domu zbyt często i zbyt długo. Teraz zostałem do tego zmuszony, co ostatecznie wyszło mi na dobre. Mogłem w końcu pooglądać trochę Netflixa, poczytać i pograć na pianinie, nie myśląc o tym, że powinienem robić coś ważniejszego i bardziej produktywnego. Świat na chwilę zastopował, przestał pędzić na oślep - mam nadzieję, że koronawirus będzie cenną nauczką dla ludzi na całym globie.

Mamy z żoną domek na wsi i na czas samoizolacji przenieśliśmy się tam. Przed wybuchem pandemii nad tym domkiem latały dość często samoloty, a w ciągu ostatnich miesięcy działo się to bardzo rzadko. Wszystkiego wokół było jakby mniej. Mniej bodźców nas rozpraszało i odciągało od tego, co w życiu najważniejsze - od innych ludzi, zwłaszcza tych najbliższych, którym koniecznie musimy poświęcać odpowiedni czas i uwagę.

W ciągu swojej wieloletniej kariery dzieliłeś scenę z wieloma legendarnymi muzykami. Który z nich szczególnie utkwił w twojej pamięci?

- Chyba największe wrażenie zrobił na mnie Gary Moore, z którym zacząłem współpracować pod koniec lat 70. Był to wspaniały człowiek i wspaniały, utalentowany artysta. Do dzisiaj czasami o nim myślę, tęsknię za tym pięknym człowiekiem. Gary z pewnością miał swoje demony, z którymi nie do końca potrafił sobie poradzić, chyba nikt nie potrafił mu do końca pomóc... w każdym razie czułem się doskonale w jego towarzystwie. Występować z nim na jednej scenie to był dla mnie olbrzymi zaszczyt.      

Gdybyś miał okazję zagrać z Moore'em jeden album Deep Purple w całości, od pierwszej piosenki do ostatniej, to który album byś wybrał?

- Dobre pytanie! Hmm, chyba postawiłbym na "Now What?!", naszą płytę z 2013 roku. Jest to dla mnie bardzo istotny i osobisty album, którą chciałbym zagrać razem z Garym.

Część słuchaczy nazywa Deep Purple "dinozaurami rocka". Czy takie określenie jest dla ciebie w jakikolwiek sposób obraźliwe, czy raczej nie przejmujesz się takimi przytykami?

- Dinozaury były majestatycznymi, budzącymi respekt stworzeniami, więc nie mam nic przeciwko temu, jeżeli ktoś nazywa nasz zespół w ten sposób (śmiech). Ale mówiąc poważnie, wiesz, na nasze koncerty wciąż przychodzi mnóstwo dzieciaków, którym nasze granie sprawia kupę radości i to jest dla nas najważniejsze. Od lat robię to, co w życiu kocham najbardziej, ludzie chcą nas słuchać, oglądać, kupują bilety na występy Deep Purple. Nie czuję, że nadszedł jeszcze czas na emeryturę. Nie jesteśmy przecież dziadkami, którzy poruszają się o balkonikach (śmiech), wciąż dajemy czadu i myślę, że mamy do zaoferowania naprawdę wiele.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Deep Purple | wywiady | nowa płyta | Don Airey

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje