Reklama

Björk z innej planety: Moim Tinderem jest życie, to z nim umawiam się na randki

Jej ciągłe poszukiwanie innowacji, niezwykle barwny i porywający świat wizualny, który buduje wokół swojej muzyki, czyni z Björk bardziej swoiste zjawisko niż artystkę.

Björk chętnie manifestuje swoją oryginalność

Nie lubi mówić o swojej muzyce, bo jak sama podkreśla nagrywa utwory nie po to, żeby o nich rozmawiać. Przyznaje, że napisanie jednej piosenki zajmuje jej miesiąc, czasem dwa. Björk przeszukuje zakamarki ludzkiej duszy, niuanse doświadczeń i przekłada je na język muzyki.

Reklama

Artystka, która w czwartek (21 listopada) obchodzi 54. urodziny, przyznaje, że uwielbia swoje obsesje, niezależnie od tego, czy jest to muzyka, czy kochanek, a swoją inność, oryginalność, którą chętnie manifestuje, pielęgnowała już w dzieciństwie.

"Gdy dorastałam, zawsze miałam wrażenie, że spadłam z jakiejś innej planety. Podobnie byłam traktowana w szkole, gdzie nazywano mnie Chinką i wszyscy sądzili, że jestem inna dlatego, że nią byłam. To dało mi przestrzeń do robienia własnych rzeczy. W szkole zwykle byłam sama, w swoim własnym świecie, komponując piosenki. Zatem, jeśli dzięki temu, że inni uznają mnie za kosmitkę, elfa, Chinkę czy cokolwiek innego, mogę zyskać przestrzeń do tworzenia własnych rzeczy, to wspaniale" - przyznała w rozmowie z "ID".

Choć najczęściej przypisuje się jej określenie scenicznego i muzycznego barwnego ptaka, przyznaje, że w życiu jest bardziej konserwatywna. To właśnie muzyka jest tą przestrzenią, w którą odważnie rzuca się niczym na bungee.

W wywiadzie opublikowanym na łamach "W Magazine", który Björk przeprowadziła sama ze sobą, wskazuje, że jednym z pierwszych pytań, które by sobie zadała, jest pytanie o zdrowie i poczucie szczęścia jej najbliższych, chciałaby wiedzieć, czy pozostała odważna w muzyce. Stawia sobie również pytanie, czy boi się, że kiedyś przestanie być słuchana.

"Nie bardziej niż inni, ale moją słabością jest zdecydowanie klaustrofobia, podobnie jak hałas w dużych miastach, który bywa ciężki i przytłaczający jak beton. Ogólnie czuję ogromną wdzięczność, bo tworzę muzykę, a ludzie wciąż jej słuchają" - wyznaje.

Swoją ostatnią płytę "Utopia" wydaną w 2017 roku nazwała żartobliwie "tinderowym albumem". "Uważam, że to niesamowicie zabawne, z oczywistych powodów nigdy nie mogłabym korzystać z Tindera" - przyznaje.

Wyjaśnia równocześnie, że to określenie odnosi się do jej podejścia, w którym na randki umawia się z życiem. "Chodzi o nowe doświadczenia, nowych ludzi, tę ekscytację, niezdarność. Każdy z nas ma za sobą jakieś rozdziały. Brakowało mi bycia tym emocjonalnym odkrywcą, bardzo to lubię" - przyznaje w rozmowie z "The Guardian".

Cóż, tylko ona słuchając "Tybetańskiej Księgi Umarłych" mogła poczuć, że żyje. Aby przypieczętować ten nowy rozdział życia, z którym chętnie umawia się na kolejne randki, napisała "Body Memory". Wersy piosenki mają jej przypominać o tym, aby nie rozmyślała za długo, nie analizowała, po prostu była. "To mój sposób na to, żeby sobie pomóc, przypomina mi, że jestem kompletna, że odpowiedzi na wszystkie pytania nosisz w sobie. To mój manifest" - podkreśla Björk.


PAP/INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Björk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje