Reklama

The Rolling Stones: Anioły i demony

W dniu premiery książki "Mick. Szalone życie i geniusz Jaggera" Christophera Andersena tylko u nas możecie przeczytać obszerny fragment rozdziału "Anioły i demony", który opowiada o pamiętnym koncercie The Rolling Stones w Altamont w 1969 roku.

Mick i Keith przylecieli do Los Angeles 13 października i wprowadzili się do posiadłości przy Laurel Canyon, zamieszkanej przez ich przyjaciela Stephena Stillsa z grupy Crosby, Stills, Nash and Young. Przez następny tydzień Mick pisał kwieciste listy miłosne do Marshy Hunt i Marianne, baraszkując jednocześnie z niekończącym się strumieniem bezimiennych nastoletnich groupies oraz z weterankami o imionach takich jak Suzy Creamcheese, Sable Starr, Sweet Connie i Suzie Suck.

Reklama

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy dwie młode kobiety znane jako chicagowskie Plaster Casters [Gipsowe Odlewniczki] unieśmiertelniły narządy rockowych bogów: Jaggera, Hendriksa, Jima Morrisona i wszystkich członków (dosłownie) Led Zeppelin, mało która groupie osiągnęła status Pameli Des Barres. Mick nie zwrócił uwagi na zadziorną fankę z Resedy w Kalifornii, kiedy spotkał ją po raz pierwszy podczas amerykańskiej trasy Stonesów w 1966 roku. Teraz, kiedy Des Barres - wówczas Pamela Miller - była oficjalną dziewczyną Jimmy'ego Page'a z Led Zeppelin, Mick postanowił, że nie spocznie, dopóki mu jej nie ukradnie.

Całymi tygodniami robił podchody do Pameli, ale bez skutku. Kiedy bardziej konwencjonalne techniki zawiodły, zniżył się nawet do błagania na kolanach.

Ach, te usta!

A przecież kobiecego towarzystwa nigdy mu nie brakowało. Bywalec muzycznego świata Los Angeles Rodney Bingenheimer zapamiętał, jak poszedł z Jaggerem na przyjęcie, a potem o pierwszej w nocy zatrzymali się w House of Pies na North Vermont Avenue, "żeby poderwać jakieś dziewczyny. Wszystkie te nastolatki podchodziły do Micka i zagadywały: "Wyglądasz jak Mick Jagger!", a on odpowiadał: "Tak, każdy mi to mówi" i zabierał kilka na noc do domu".

Sytuacja się odwróciła, kiedy rankiem po pierwszym koncercie w Dallas doniesiono, że Marianne odeszła od Jaggera do włoskiego malarza postmodernisty Maria Schifana, jednego z licznych byłych kochanków Pallenberg. Upokorzony, zraniony i zmartwiony tym, jak to może wpłynąć na jego image rockowego króla-satyra, Mick zadzwonił do Marianne, która wyjechała do Rzymu, i przez łzy błagał ją, żeby do niego wróciła.

Ostatecznie się zgodziła. Tymczasem Miss Pamela dostrzegła sposobność awansu w rockowym świecie i w końcu ustąpiła. Jagger uwiódł ją przy stoliku w Whiskey a Go Go przy Sunset Strip. "Te usta! Naprawdę! - mówiła Des Barres. - Kochaliśmy się całymi godzinami".

Mickowi gorzej szło z amerykańską publicznością, po części dlatego, że zespół grał "nierówno" (wedle słów Jaggera), ale też dlatego, że starannie pielęgnowany image przyćmił w końcu żywego człowieka na scenie. W kolejnych miastach krytycy wyrażali swoje rozczarowanie, a histeria, która kiedyś wybuchała przy każdym występie Stonesów, teraz nie zaistniała.

Wszystko to się zmieniło, kiedy w Święto Dziękczynienia 1969 roku zespół dotarł do Nowego Jorku. Jimi Hendrix, Janis Joplin, stary kumpel Micka Andy Warhol i legendarny dyrygent-kompozytor Leonard Bernstein byli świadkami tego, jak Mick rozpalił publiczność niemal do granic napadu epilepsji. Według Warhola Bernstein był "podniecony seksualną charyzmą Jaggera". "Lenny leci na Micka" - zauważył. Bernstein nie wahał się powiedzieć Jaggerowi, co o nim myśli. Mick bardzo podziwiał tego wielkiego człowieka i przyznał, że pochlebiły mu jego komplementy, ale nie zamierzał korzystać z jego propozycji.

Na zmianę gnąc się uwodzicielsko w brokatach i krocząc zadziornie po scenie, Mick pobudzał amerykańską publiczność tym, co Kenneth Anger nazwał "swego rodzaju biseksualnym urokiem". Przy okazji Stonesi bili wszystkie rekordy frekwencji i sprzedali bilety za ponad dwa miliony dolarów. Była to w owym czasie najwyższa zanotowana sprzedaż.

Nie wszystkim jednak podobały się zabójczo wysokie ceny biletów - żadna grupa rockowa nie żądała dotychczas wyższych. Po tym, jak prasa publicznie oskarżyła zespół o zdzieranie z fanów, Mick zwołał konferencję prasową i zapowiedział, że Stonesi odpłacą swoim amerykańskim fanom darmowym koncertem.

Jagger, gotowy stanąć przed reporterami, dopiero kiedy jeden z nich poczęstował go relanium, twierdził zdecydowanie, że pomysł darmowego koncertu w Ameryce kiełkował już od jakiegoś czasu. "Wymyśliliśmy to, k**wa, kiedy przylecieliśmy do Los Angeles - warknął. - Postanowiliśmy to zrobić zaraz po skończeniu trasy. Chcieliśmy wybrać Los Angeles, bo tam jest dobra pogoda. Ale nie ma tam odpowiedniego miejsca i zapewniono nas, że o wiele łatwiej będzie nam to zorganizować w San Francisco".

Dlaczego nie? Haight-Ashbury, dzielnica San Francisco, była miejscem narodzin hasła "flower power" i całej kontrkultury. Wspaniały park Golden Gate wydawał się idealnym miejscem na pierwszy darmowy koncert Stonesów w USA.

Jak generał przed bitwą

Władze miasta, powołując się na masowe problemy z narkotykami podczas poprzednich koncertów rockowych w parku, nie zgodziły się. Stonesi przenieśli się więc na tor wyścigowy Sears Point, pięćdziesiąt sześć kilometrów na północ od San Francisco. Kiedy ekipa skończyła budować scenę i zaczęto rozstawiać wieże z oświetleniem, właściciele toru zażądali zapłacenia z góry stu dwudziestu pięciu tysięcy dolarów. Rozwścieczony Mick zerwał umowę, uprzednio jednak nie omieszkawszy powiedzieć przedstawicielom Sears Point, gdzie mogą sobie teraz wsadzić swoje wieże oświetleniowe.

W tym momencie na scenę wkroczył organizator wyścigów samochodowych Dick Carter, który zaproponował, że udostępni swój osiemdziesięcioakrowy tor Altamont Raceway zupełnie za darmo. Położony w granicach miasta Livermore, jakieś siedemdziesiąt kilometrów na wschód od San Francisco, tor składał się właściwie tylko z wypłowiałych trybun i drewnianej budki komentatora przy pylistej elipsie. Znajdował się z dala od cywilizacji i można było do niego dojechać wyłącznie pojedynczą drogą gruntową.

Tuż po drugiej w nocy 6 grudnia 1969 roku na środku toru wylądował helikopter. Ze środka wyskoczył Mick w czerwonym aksamitnym płaszczu i wielkim czerwonym berecie. Ciągnąc za sobą Keitha i drżąc w przenikającym do szpiku kości chłodzie kalifornijskiej nocy, Jagger ruszył pomiędzy tysiącami fanów, którzy już rozbili swoje namioty, jak generał odwiedzający żołnierzy przed bitwą.

Na razie wszystko wskazywało na to, że w Altamont zapanuje ten sam duch pokoju i miłości, który spłynął na Woodstock mniej więcej cztery miesiące wcześniej. Cały teren oświetlały zasilane z dieslowskich generatorów reflektory, a ludzie rzucali sobie frisbee i grali w futbol dotykowy. Większość jednak starała się ogrzać, tuląc się do siebie w śpiworach i pokrzepiając łykami ze wspólnych butelek taniego wina. Na zboczach wzgórz płonęły ogniska z desek wyrywanych z ogrodzeń pobliskich farm. Ci, którzy nie pomyśleli o przywiezieniu własnych posłań, wpełzali do przerdzewiałych wraków samochodów wyścigowych i modlili się o świt.

Nawet astrologowie przepowiadali katastrofę

Upewniwszy się, że wszystko jest gotowe na największe przedstawienie na żywo wszech czasów, Mick i Keith wrócili do helikoptera i zostali odwiezieni z powrotem do apartamentu w hotelu Huntington na szczycie Nob Hill w San Francisco. Owa nocna wizyta i wydarzenia następnych dwudziestu czterech godzin zostały drobiazgowo uwiecznione przez filmowców Alberta i Davida Mayslesów (którzy później nakręcili film dokumentalny zupełnie innego rodzaju - "Szare ogrody"). Mick chciał odpłacić Warner Bros., które nie zgodziło się wypuścić pełnego scen seksu "Przedstawienia", produkując film, który przyćmiłby natarczywie reklamowany dokument tej wytwórni o Woodstock. Film "Gimme Shelter", jak się okazało, tego właśnie dokonał.

Od samego początku byli tacy, którzy ostrzegali, że koncert zakończy się katastrofą. Astrologowie zaglądali w swoje tabele i zwiastowali zagładę, ale - co ważniejsze - to samo mówili doświadczeni organizatorzy imprez, którzy twierdzili, że zbyt mało uwagi poświęcono bezpieczeństwu widzów. Jeden z nich, Bill Graham, szef sali koncertowej Fillmore West w San Francisco i Fillmore East w Nowym Jorku, nie ukrywał, kogo będzie winił, jeśli coś pójdzie źle; później nazwał Micka "samolubnym gnojkiem", który musiał być w centrum uwagi bez względu na cenę.

Na Szosie numer 50 samochody zaczęły cofać, a miejscowi DJ-e uprzedzali słuchaczy, że dojazdy na miejsce są zakorkowane na wiele kilometrów. Niezrażeni tym młodzi ludzie po prostu porzucali swoje auta przy drodze i szli dalej pieszo.

Do południa zebrało się trzysta pięćdziesiąt tysięcy fanów - chłonny rynek dla handlarzy narkotyków, którzy sprzedawali wszystko od trawki, spida i LSD po kokainę, grzybki halucynogenne i heroinę. Setki ludzi przedawkowało albo miało złe doznania; miejscowy personel medyczny robił, co mógł, żeby ustabilizować ich stan, a potem przewoził karetkami do małego, cierpiącego na braki kadrowe szpitala Livermore.

Dla tłumu liczniejszego niż cała populacja Oakland ustawiono tylko dwanaście przenośnych toalet. Jak można się było spodziewać, wśród tysięcy ludzi czekających godzinami na skorzystanie z nich wybuchały bójki.

Nadejście Aniołów Piekieł

Po jakimś czasie sytuacja zrobiła się jeszcze bardziej absurdalna. Członkowie Hare Kryszna, z ogolonymi głowami i w szafranowych szatach, sunęli przez tłum, machając kadzidełkami i śpiewając - a niekiedy przestępując przez pary uprawiające seks na ziemi. W tym samym momencie upalony trawką nastolatek oddalił się i wskoczył do betonowego akweduktu dostarczającego wodę na północ, do doliny San Joaquin. Jego ciało wyłowiono z przepustu prawie dwa kilometry dalej.

Chaos panował w najlepsze, jeszcze zanim z hukiem zjawiły się Anioły Piekieł. Budzący lęk gang motocyklistów gorąco polecił Mickowi Grateful Dead, a Jagger był zadowolony z tego, jak spisali się ich angielscy pobratymcy pilnujący sceny w Hyde Parku. Dusigroszowi Mickowi podobała się też cena: Anioły zgodziły się zadbać o bezpieczeństwo w zamian za miejsca pod sceną i tyle piwa, ile zdołają wypić.

Gang wzmacniał także sataniczny image, który Jagger tak niestrudzenie budował. Wytatuowane, w skórach, groźnie spoglądające spod hitlerowskich hełmów i pirackich chust Anioły bezsprzecznie budziły grozę - doskonale nadawały się na zbrodnicze sługi Lucyfera.

Członkowie gangu nie zawiedli tych oczekiwań. Przyjechali w południe i z rykiem silników swoich harleyów wbili się prosto w tłum, rozpędzając ludzi na wszystkie strony. Ich pierwszym zadaniem było oczyszczenie drogi dla żółtego szkolnego autobusu wiozącego ich narkotyki, alkohol i broń - pistolety, noże, łańcuchy, obciążone ołowiem kije bilardowe - których zamierzali używać przez cały dzień.

Pierwszą z gwiazd grających przed Stonesami była grupa Santana. Fani, rozpaleni gorącymi latynoskimi rytmami, naparli na scenę - i napotkali falangę dzierżących noże, wywijających łańcuchami Aniołów. Motocykliści kopali widzów butami o stalowych czubach i bili ich do nieprzytomności mosiężnymi kastetami i ołowianymi rurami.

"Jezu - powiedział Mick, patrząc z helikoptera Stonesów na licznie zebranych fanów. - Widzieliście kiedyś tylu ludzi w jednym miejscu?" Po wylądowaniu jego euforia szybko zgasła: jakiś człowiek wyskoczył z tłumu i wrzeszcząc "Nienawidzę cię! Nienawidzę cię!", zdzielił Micka w twarz. Oszołomiony Jagger został odeskortowany do przyczepy zespołu, a Anioły ciężko pobiły napastnika.

Tam był Wietnam

Zespół Jefferson Airplane, który w tej chwili występował na scenie, miał swoje własne problemy. Podczas gdy Grace Slick grał ich przebój "Somebody to Love", wokalista Marty Balin próbował pomóc młodemu Afroamerykaninowi bitemu przez Anioły i dostał od motocyklisty kijem bilardowym w głowę. Kij się złamał, a Balin stracił przytomność.

Nawet kojące harmonie Crosby'ego, Stillsa, Nasha i Younga nie położyły kresu przemocy. Porwany hasłem "pokój i miłość" tłum naparł na scenę jeszcze mocniej, a motocykliści zaczęli tłuc ludzi z nową zaciekłością. Po trzydziestu minutach zespół przerwał występ i uciekł pierwszym wolnym śmigłowcem. "Tam na dole był po prostu Wietnam - opowiadał Graham Nash. - Bałem się jak cholera".

Grubo po północy Mick włożył swój charakterystyczny kostium Lucyfera - czarno-czerwony strój arlekina, stworzony przez brytyjskiego projektanta (i ulubieńca rodziny królewskiej) Ossiego Clarka - i zaśpiewał "Jumpin' Jack Flash". W połowie piosenki przerwał - nie przez fanów, lecz dlatego, że Anioły Piekieł wtargnęły na scenę tak licznie, że sam szatan ledwie mógł się ruszać.

Kilkoro nieszczęsnych widzów próbowało zbliżyć się do Jaggera i zapłaciło za to wysoką cenę. Pewien nastolatek zrzucił ubranie i zdołał wspiąć się na scenę, ale któryś z motocyklistów kopnął go w twarz i złamał mu szczękę. Podczas "Sympathy for the Devil" jakaś fanka - również naga - została poturbowana i zepchnięta w tłum głową w dół. "Zawsze, kiedy zaczynamy ten numer - powiedział Mick - dzieje się coś dziwnego".

"Sympathy for the Devil" w Altamont:


W rzeczywistości Jagger, który spuścił z łańcucha swoje odziane w skórę demony, nie wiedział teraz, jak nad nimi zapanować. Kiedy próbował wykonywać swoje słynne ruchy, po scenie biegał owczarek niemiecki, a Anioły Piekieł nie krępowały się szeptać mu do ucha, nawet kiedy śpiewał.

Nawet najbliżsi Jaggera nie byli zabezpieczeni przed poturbowaniem przez szturmowców Stonesów. Kiedy jeden z motocyklistów opluł Pamelę Des Barres, ta odleciała pierwszym wolnym śmigłowcem. "Jak się okazało - wspominała - to była najrozsądniejsza rzecz, jaką można było zrobić".

"Jakiś wariat celuje do nas z pistoletu"

Stonesi rozpoczęli właśnie "Under My Thumb", kiedy wysoki czarnoskóry osiemnastolatek Meredith Hunter przebiegł przez tłum, ścigany przez motocyklistę, któremu nie spodobał się fakt, że dziewczyna Huntera była biała. Zapędzony pod scenę chłopak - doskonale widoczny w zielonym garniturze i wielkim kapeluszu - w rozpaczliwym geście samoobrony wyciągnął pistolet.

Nawet w takim chaosie Mick zdołał zauważyć błysk lufy w blasku potężnych scenicznych reflektorów. "O k**wa - zawołał do Micka Taylora - jakiś wariat celuje do nas z pistoletu!"

Jagger nie słyszał, jak dziewczyna Mereditha Huntera błaga swojego chłopaka, żeby nie strzelał; nie widział też rzezi, która rozpętała się kilka metrów od niego. Hunter wciąż wymachiwał pistoletem, gdy nagle jeden z Aniołów zatopił mu nóż w plecach. Kiedy raniony zatoczył się do przodu, inny motocyklista dźgnął go w twarz. Choć trudno w to uwierzyć, Hunter próbował uciec napastnikom, ale ścigali go przez tłum, zadając ciosy nożami, aż w końcu chłopak upadł na ziemię.

Zabójstwo Mereditha Huntera:


Otoczony przez Anioły Hunter podparł się ręką. "Nie chciałem do was strzelać" - powiedział. Jego prześladowcy pozostali nieprzekonani. "To po co miałeś broń?" - zapytał jeden i spuścił Meredithowi na głowę ciężki metalowy kosz na śmieci. Potem członkowie gangu na zmianę skakali po chłopaku, pozostawiając "cios łaski" - szybkie kopnięcie w twarz - temu, który pierwszy wyznaczył Huntera do unicestwienia. Motocyklista, wyraźnie z siebie zadowolony, przez kilka chwil stał na głowie nieszczęśnika, a potem spokojnie wrócił pod scenę, żeby wysłuchać do końca "Under My Thumb".

Widzowie, którzy pospieszyli Meredithowi na pomoc, ujrzeli ziejące rany w jego plecach, boku i na prawej skroni. Mick, kiedy zobaczył nosze z Hunterem niesione nad głowami tłumu, przestał śpiewać i kazał sprowadzić karetkę.

"To mógł być taki piękny wieczór - powiedział widzom. - Błagam was, opanujcie się. Anioły Piekieł, wszyscy... Uspokójmy się, wczujmy się w rytm..."

Ale chaos trwał nadal. Kobieta bez bluzki, która próbowała wspiąć się na scenę, została skopana, pobita i zepchnięta z powrotem w publiczność w samym środku niepokojąco adekwatnej piosenki o "Bostońskim Dusicielu" Albercie DeSalvo, "Midnight Rambler".

"Hej, hej, hej! - wołał Mick. - Hej, koledzy, hej, koledzy, wystarczy jeden z was, żeby sobie z nią poradzić, ludzie". Nieświadomy, że zwłoki Mereditha Huntera leżą w budce komentatora, zaśpiewał odpowiedni do sytuacji refren "Gimme Shelter" - "Rape, murder, it's just a shot away" [Gwałty, morderstwa są zaledwie o krok] - a potem zebrał róże, rzucone na scenę podczas "Satisfaction" i "Honky Tonk Women". Stonesi zakończyli swój występ, wykonując "Street Fighting Man". Zważywszy na masakrę, do której doszło tego dnia, Jagger nie mógł wybrać bardziej pasującego numeru na koniec.

Zanim zespół zszedł ze sceny, Mick nachylił się do publiczności i zaczął jej słać całusy. "Buziaki na do widzenia, wy też się pocałujcie na do widzenia - powiedział, jakby to był zwykły koncert. - Daliście czadu. Dobranoc".

"Czad" był ostatnim słowem, jakie przychodziło Stonesom do głowy, kiedy salwowali się ucieczką do czekającego już helikoptera. "Cholera, niewiele brakowało - stwierdził Mick. - Ale będzie z tego diabelnie dobry film".

Jagger wiedział, że kontrowersje wokół wydarzeń tego dnia sprawią, iż ich nowy album, którego premierę wyznaczono na ten właśnie termin, wystrzeli w górę na listach przebojów. Po Altamont jego tytuł nabrał nowego znaczenia, oddawał wszystko to, co Jagger i Stonesi chcieli symbolizować: "Let It Bleed" [Niech krwawi].

Niczym uciekinierzy z linii frontu - którymi w pewnym sensie byli - trzysta pięćdziesiąt tysięcy ludzi, którzy zostali w ciemności, zebrało swój dobytek i ruszyło w długą i niebezpieczną drogę powrotną do cywilizacji. Nie wszystkim się to udało. Dwie osoby śpiące przy ognisku zostały zadeptane na śmierć, dwie inne odniosły ciężkie obrażenia, kiedy jeden z fanów, chcąc zdążyć przed korkiem, rozjechał je samochodem.

Darmowy koncert, który miał być wyrazem wdzięczności Stonesów dla Ameryki, można było opisać w najlepszym wypadku jako monstrualną katastrofę: cztery trupy, dziesiątki ciężko rannych i wymagających hospitalizacji, setki drobniejszych obrażeń i około dwóch tysięcy przypadków przedawkowania - od drobnych zaburzeń po stany agonalne.

Wróciwszy do hotelu w San Francisco, Mick palił trawkę z Keithem i ich kumplem Gramem Parsonsem, dawniej członkiem Byrds, teraz grającym we Flying Burrito Brothers. (Cztery lata później Parsons umrze w wieku dwudziestu sześciu lat po przedawkowaniu narkotyków). Jagger, wciąż w przebraniu arlekina, nie był już w euforycznym nastroju.

Dzień, w którym umarła muzyka

"To moja wina, mam pretensje do siebie - powtarzał Des Barres, która przyłączyła się do balujących niedługo po tym, jak Stonesi wrócili z koncertu. - Może powinienem dać sobie spokój z tym całym rock'n'rollem. Nie zasłużyłem na to, rozumiesz... Całe to gówno, które się tam dziś wydarzyło, to ja jestem za to odpowiedzialny..."

Na pewno zgadzał się z tym Bill Graham. "Jakim prawem uciekłeś tak po prostu - pytał później w prasie - dziękując wszystkim za wspaniale spędzony czas i Aniołom za pomoc? Kto dał prawo temu bożkowi nawiedzać w ten sposób ten kraj?"

Mick postanowił ukoić nerwy, proponując trójkąt Des Barres i wokalistce The Mamas and the Papas Michelle Phillips, która właśnie wpadła się przywitać. Phillips - w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wystąpi w serialu "Knots Landing" - ochoczo się zgodziła. Miss Pamela nie miała jednak nastroju; wróciła samotnie do swojego pokoju, nie mogąc przestać myśleć o tym, co wydarzyło się zaledwie kilka godzin wcześniej w zapomnianym przez Boga Altamont.

Minęło kilka miesięcy, zanim bracia Mayslesowie wyświetlili Stonesom roboczą wersję "Gimme Shelter". "Wow - powiedział Mick, oglądając morderstwo Mereditha Huntera. - To okropne". Dokument faktycznie był straszny: choć Anioł Piekieł Alan Passaro nie mógł się wyprzeć, że to on jako pierwszy zadał cios nożem Hunterowi, nagranie uchwyciło tak wielu jego towarzyszy dźgających chłopaka, że nie dało się ustalić, kto zadał śmiertelne pchnięcie. Choć trudno w to uwierzyć, ława przysięgłych uznała Passara za niewinnego.

Koncert w Altamont zakończył się kilkoma pozwami i sprowadził na Micka dozgonną wrogość Aniołów. "Mick Jagger zwalił wszystko na Anioły Piekieł - wściekał się przywódca gangu Sonny Barger, który później trafił do więzienia federalnego za próbę wysadzenia w powietrze kwatery głównej konkurencyjnej grupy. - Zrobił z nas kozły ofiarne". Niektórzy członkowie gangu domagali się zemsty, ale dopiero po latach Mick zdał sobie sprawę, jak niewiele brakowało, żeby do tego doszło.

Altamont przez wielu ludzi jest postrzegane jako kulturowy symbol: mroczna strona Woodstock i - wedle słów piosenkarza-kompozytora Dona McLeana - "dzień, w którym umarła muzyka". Dla Stonesów koncert ten stał się pamiętną i gorzką spuścizną, ale przynajmniej chwilowo był Jaggerowi na rękę. Mick całymi latami starannie pielęgnował swoją reputację człowieka niebezpiecznego, groźnego, nawet złego. Niepokojący wizerunek wokalisty Stonesów, który w szatańskich jedwabiach wprowadza setki tysięcy ludzi w morderczy szał, ugruntował tylko jego pozycję popowego Antychrysta.

Altamont położyło się na Stonesach - a zwłaszcza na Micku - cieniem, ciążącym im przez kilkadziesiąt lat. Koncert zainspirował też Dona McLeana, który uchwycił to wydarzenie w dwóch wersach swojej klasycznej, wydanej w 1971 roku piosenki "American Pie": "No angel born in hell / Could break that Satan's spell" [Żaden anioł z piekła rodem / Nie zdołał przełamać uroku tego Szatana].

Czytaj także:

Mick Jagger: Nieposkromiony symbol epoki

Zobacz teledyski The Rolling Stones na stronach INTERIA.PL!

-----

Christopher Andersen jest dziennikarzem i uznanym autorem 31 książek, przełożonych na 25 języków, w tym bestsellerowych biografii: księżnej Diany, Jacka i Jackie Kennedych, Billa i Hillary Clintonów, Madonny, Johna F. Kennedy'ego Juniora, Barbry Streisand oraz księcia Williama i Kate Middleton. Andersen był redaktorem magazynów "Time" oraz "People", pisał także dla "New York Timesa", "Life" i "Vanity Fair".

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: The Rolling Stones | demon | Mick Jagger | koncert | gangi | morderstwo | biografia | książka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje