Reklama

Alvin Lee: "Odejście Najszybszego"

Takich wiadomości można, niestety, oczekiwać coraz częściej. Bo przecież każde pokolenie kiedyś musi dotrzeć do kresu swojej drogi. A to, o którym myślę, za sprawą wieku i przeżyć, już w nieodległej przyszłości będzie musiało "pukać do nieba bram". Tego, niestety, nasze najgorętsze pragnienia nie zmienią. Możemy jedynie się z tym pogodzić.

Choć był najszybszy na świecie, nie zdołał uciec przed tym, co wyznaczył mu los. Wczoraj, 6 marca, w Hiszpanii, w wyniku (jak to oficjalnie określono) "nieprzewidzianych komplikacji powstałych po rutynowym zabiegu chirurgicznym" zmarł Alvin Lee - lider, wokalista i przede wszystkim gitarzysta jednego z najsłynniejszych zespołów bluesowo-rock'n'rollowych złotej ery rocka, grupy Ten Years After.

Reklama

To jego mega brawurowy popis w utworze "I'm Going Home" stał się jednym z najfantastyczniejszych epizodów, jaki zdarzył się w czasie festiwalu Woodstock, oraz był jedną z głównych atrakcji filmu i płyty dokumentujących owo wydarzenie.

Warto tu wspomnieć, że jego solówka na trzykrążkowym albumie z imprezy, choć długa, to i tak została dość znacznie skrócona przez producentów publikacji!

Alvin Lee (Graham Alvin Barnes), urodził się w 19 grudnia 1944 r. w Nottingham, w Anglii. Ponieważ już jako dziecko, dzięki kolekcji płyt rodziców, pokochał z jednej strony jazz, a z drugiej rock'n'rolla, to gdy osiągnął wiek dający szansę na utrzymanie gitary, zaczął grać własną mieszankę tych dwóch gatunków oraz zaczynającego się wtedy coraz bardziej popularyzować w Europie tzw. białego bluesa. W 1962 r. założył swój pierwszy zespół, który z czasem ewaluował i po kilku zmianach szyldu przyjął nazwę Ten Years After. Trzeba wspomnieć, że w owej grupie obok niego grali: niespokrewniony(!) z nim perkusista - Rick Lee; basista - Leo Lyons oraz organista - Chick Churchill.

W 1967 r. formacja nagrała debiutancki longplay. Została zauważona, ale tak naprawdę doceniono ją dzięki wręcz brawurowym koncertom, czego dowodzi m.in fakt, że już drugi jej długograj ("Undead") został zarejestrowany na żywo. To także wtedy rozeszły się pogłoski o niezwykłych umiejętnościach Alvina i o niezwykłej szybkości, z jaką grał na gitarze elektrycznej.

Potem posypały się świetne albumy (choćby "Ssssh", "Watt" i "A Space in Time") oraz dość w sumie nieliczne przeboje z "Love Like A Man" i "I'd Love to Change the World" na czele, a także coraz ważniejsze występy, na coraz bardziej prestiżowych imprezach. I tak, poza już wspomnianym Woodstockiem, Ten Years After wzbogacili m.in. Newport Jazz Festival oraz europejską odpowiedź na Woodstock - Isle of Wight Festival. Na początku lat 70. załoga Alvina Lee należała do ścisłej czołówki światowego rocka.

Niestety, wraz z pewnym spadkiem popularności białego bluesa (przecież każda moda kiedyś mija) w łonie zespołu zaczęły się niesnaski, które w końcu doprowadziły do jego rozpadu w 1974 r. W następnych dekadach zdarzyło się kilkakrotnie, że kwartet wracał do wspólnego grania, a 1989 r. nagrał nawet jeszcze jeden krążek studyjny - longplay "About Time".

Co do Alvina, to niezależnie od tych epizodycznych powrotów do pracy pod dawnym szyldem gitarzysta prowadził dość owocną karierę pod swoim pseudonimem, sporo nagrywając (kilkanaście albumów) i koncertując. Ostatnią jego publikacją była płyta "Still On The Road To Freedom" z września ubiegłego roku.

Zanim, jak to powinno się zrobić, oddam mu cześć ostatnimi słowami tego smutnego pożegnania, podzielę się dziwną konstatacją: otóż piękna i kochana przez miliony Hiszpania jakoś dziwnie nie służy gitarowym herosom - nieco ponad dwa lata temu umarł w niej Gary Moore, a teraz... Alvin Lee. Prawdziwi artyści są nieśmiertelni, zatem: Alvinie Lee, zostaniesz z nami na zawsze!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Ten Years After | nie żyje | gitarzysta

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje