Reklama

Zeus "W poszukiwaniu siebie": A może lepiej rozejrzeć się za producentem? [RECENZJA]

Ciągle gdzieś z boku sceny, więc można odnieść wrażenie, że w przypadku Zeusa jest medialna cisza. A tu proszę - praca wykonywana po cichu, jedynka na liście sprzedaży, coraz więcej fanów i… niewypał z wyborem beatmakera, który nie nadąża za raperem. A w zasadzie za niczym.

Okładka płyty Zeusa "W poszukiwaniu siebie"

Ostatnie dokonania Zeusa to sinusoida, ale przecież ten jak chce, to napisze świetny tekst i poskłada pojedyncze wersy, ma również głowę pełną pomysłów, dzięki którym sprawnie przemyca wiele dwuznaczności. Co prawda, nie są to żadne liryczne rejony godne laikowego "Glidera" (na szczęście!), ale bywa i tak, że niektóre linijki zmuszają do zastanowienia się, co autor miał na myśli. I to wszystko jest na "W poszukiwaniu siebie". 

Reklama

Raper potrafi zadowolić zarówno fanów starej szkoły, grając młodzieńczą nostalgią - a to farby, Druh Sławek i "Klan", gdzie indziej... "Wamp" i "Twój weekend". Umiejętnie też dociera do innej grupy, czasami już ich intrygując samymi tytułami: "Panoptykon" ("iPad patrzy na mnie wzrokiem z tworzywa / Czuję nagi się, jakbym przed chwilą ten rajski owoc spożywał" - Zeusie, serio?) i "Aghori". Tym samym uderza w alternatywkę i pozostałych korpo ludków dla których hip-hopik jest obecny w laptopie po godzinach. 

Niemniej, bez zbędnych podziałów dla kogo ostatecznie "W poszukiwaniu siebie" jest przeznaczone, trzeba uczciwie przyznać, że album to nie tylko tytularne poszukiwanie rapera, ale przede wszystkim zbiór naprawdę konkretnych wersów. I to takich, które każdy MC chciałby mieć w swoim portfolio. Jak Zeus w "Łamaczu snów" rzuca "Bagno rozkmin to dla mnie dancefloor / Rambo odbił, a podbił Rembo / Niepokoje stroją moje tętno / Od czasów szkoły po niepewną wieczność" to nie ma czego zbierać. Całość dodatkowo potęguje jedno z lepszych flow w grze, a kiedy trzeba, to Zeus także dobrze zaśpiewa refren, gdzie za najlepszy przykład posłuży "Abstrakt wiosna '19". Chociaż gdzie mu do Justyny Kuśmierczyk, której na płycie jest całkiem sporo, a dla tych mniej wrażliwych - aż nadto.

Problemów z rapem większych nie ma, a nawet jeśli bywają, to szczęśliwie są z kategorii tych wybaczalnych, nawet wtedy, gdy Zeus niebezpiecznie zbliża się w rejony, za które niektórych raperów chcieli kilkanaście lat temu wieszać. Pomijając "Brzeg", zaginionego bękarta "Jest super", z komicznym samplem i jeszcze gorszym chórem w końcówce, raper czasami brzmi tak, jakby miał kumpli na hiphopologii i starał się im pokazać swoje wartości jednocześnie nie robiąc im przy tym krzywdy. O ile całościowo "Wszystko i nic" czy "Daj mi miłość" mają jeszcze jakiś tam urok, to zastanawiające są tak potworne wersy jak "I wylałem tu Niagarę łez / Przemierzając te otchłanie niezbadanych miejsc" czy "Twoja skóra była biała jak śnieg / Wnętrze jak skład porcelany", które nie zyskują nawet w kontekście całego tekstu.

Ten nieszczęsny "Brzeg" przypomina złe czasy Zeusa, które przecież, wbrew tytułowi jednego z poprzednich krążków, wcale takie super nie były. To jednak nic w porównaniu z tym, co na "W poszukiwaniu siebie" dzieje się muzycznie. Tak źle w polskim rapie, tym mającym konkretne wyświetlania i nie schodzącego do zapchlonych piwnic podziemia, już dawno nie było. Na podkłady Klonowsky'ego aż same na klawiaturę cisną się słowa z "Re-fluksji" - "Co to jest? / To jest żart albo ćpuńska wizja? / Kręci prank durna telewizja?".

Klonowsky brzmi niczym wspomniany student hiphopologii walczący o stypendium. Tak bardzo, że brakuje mu stylu i staje się przezroczysty, bezbarwny i operuje plastikiem tak, że powinny zainteresować się nim organizacje proekologiczne. Co kierowało Zeusem, żeby w całości akurat to jemu powierzyć produkcję? Tutaj nawet ekipa pewnego detektywa zagadki nie rozwiąże. Podkłady pozbawione są jakiegokolwiek uroku, a melodie brzmią niczym wzięte z chińskich zabawek, którym wyczerpują się baterie.

Beaty skutecznie wybudzają demony płaskiej, eskowej playlisty sprzed 15 lat, oferując prawdziwy misz masz, więc otrzymaliśmy trochę miałkiej elektroniki podkręconej nietypowymi samplami, które nijak pasują do treści Zeusa, wręcz niekiedy je obrzydzają. Tak jest chociażby w przypadku "Sądów ekstremalnych", które brzmią tu niczym skrępowana lambada spotykająca na mostku przypadkowych ludzi udających pop rockowy band. Szkoda się znęcać, bo nawet łamane perkusje w "Metalach szlachetnych" czy odrobina orientu w "Aghori" to zbyt małe urozmaicenie.

Najbardziej w tym wszystkim szkoda Zeusa. Przy takich tekstach, może bez kilku wyjątków, sam cudów nie zdziała. Po "Jest super" wielu postawiły na nim krzyżyk, również piszący te słowa, a jednak "To pomyłka", z dala od wielkich błędów, sprawiła że wszystko wróciło do normy. Na chwilę, bo ponownie otrzymujemy nieudany eksperyment, zabity przez fatalny wybór muzyki. Tak nijako, sztucznie i zwyczajnie źle, jeszcze u niego nie nigdy było, więc jeżeli tytuł krążka może mieć jeszcze jakieś alternatywne przesłanie, to może warto odświeżyć swoją beat maszynę? 

Zeus "W poszukiwaniu siebie", Pierwszy milion

4/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: zeus

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje