Reklama

Reklama

Twenty One Pilots "Scaled and Icy": Czy leci z nami pilot? [RECENZJA]

Kolejny album Tylera i Josha wnosi trochę powiewu świeżości do ich dyskografii. Pod pandemicznym kocem kryje się duża doza optymizmu, ale też refleksji o relacjach i współczesnym świecie. Pełnym samotności, niepokoju i wątpliwości.

Okładka płyty "Scaled and Icy" grupy Twenty One Pilots

W muzyce też trzeba czasami pracować zdalnie, czego dowodem jest "Scaled nad Icy". Twenty One Pilots tworzyli utwory oddzielnie i jeszcze mocniej musieli postawić na indywidualność, kreatywność i odważniejsze podejście do własnych kompozycji. Czy były w tym wszystkim kompromisy? Tego nie wiadomo, ale praca na odległość nie sprawiła, żeby zespół utracił swojego ducha, chociaż tutaj jest znacznie pogodniej niż ostatnio.

Mimo wszystko nie czuć tutaj tego specyficznego, pełnego bólu "covidowego" tła, które narodziło się w trakcie izolacji, jednak na "Scaled and Icy" patrzy się zupełnie inaczej niż na wcześniejsze produkcje duetu. Płyta jest dopracowana i oferuje dużo przyzwoitych, niekoniecznie hitowych kompozycji, chociaż bardzo łatwo (i dość szybko!) można znaleźć kilka fragmentów dość wątpliwej jakości.

Reklama

Słabo wypada sztuczny, próbujący konfrontować się z alternatywą "The Outside", kończący się nijaką gitarową solówką. Słodycz melodii "Choker" zabija za to breakbeatowa, mechaniczna perkusja. Gwoździem do trumny jest też niestety końcowa melorecytacja pasująca tutaj jak pięść do nosa. Pozostając przy rapie - spokojnie można darować sobie "Redecorate", krótką opowieść o egzystencji podaną na niezłym orientalnym podkładzie, ale zabitą za to przez kompletny brak charyzmy i wersy niczym z pamiętników nastolatki.

Na "Scaled and Icy" dzieje się bardzo dużo, ale często efekt końcowy pozostawia sporo do życzenia. Elektronika i syntezatory w "Never Take It" zostają nakryte basem i nie wiadomo, dla kogo ostatecznie jest ten numer - czy dla przeciętnego słuchacza streamingowych playlist, którego gust skutecznie kreuje algorytm, czy dla bywalców alternatywnych potańcówek. Lekkość nikomu by tu nie zaszkodziła, nawet więcej - zdecydowanie lepiej by pasowała do reszty, mimo poruszenia trudnego tematu dezinformacji. "No Chances" też ciężko pochwalić - po co udawać "Jumpsuit" z poprzedniego longplaya?

Najciekawsze są tu kompozycje, które emanują słońcem, nośną melodią i zwyczajnym, popowym zacięciem, mimo że wiele tych radio-friendly piosenek brzmi niczym zepchnięta przez automat z taśmy produkcyjnej. Beatlesowski (sic!) początek "Good Day", chyba najlepszego tu utworu, muska swoją delikatnością i wyprowadza pianino na pierwszy plan. Naprawdę dobre.

"Mulberry Street" imponuje spokojem i mruga okiem do marketingowców, którzy szukają kawałka do kolejnej reklamy wody mineralnej lub innego orzeźwiającego napoju. Świetnie zaaranżowane jest "Bounce Man" - typowa twentyonepilotowa melodia została przełamana chwytliwym refrenem i chórkami. Albo takie "Saturday" - nie dość, że trafili idealnie z tytułem, to w dodatku napisali tekst, który pozwala z innej perspektywy spojrzeć na trudny tydzień. Nie mogę też nie pochwalić "Formidable" - absolutnie fantastycznej, prostej gitarowej piosenki pozbawionej hooków, aczkolwiek z przebojowym wejściem.

"Scaled and Icy" to przyzwoita płyta. Tylko i aż. Idealnie skrojona pod przeciętnego Kowalskiego, Mullera, czy innego Smitha, którzy słysząc losowe piosenki, mogą odnieść wrażenie, że obcują z wielką sztuką. Tak nagiąć rzeczywistość to jest dopiero sztuka, ale uwierzyć w to jeszcze więcej. I to wcale nic złego. Ani wyjątkowego.

Twenty One Pilots "Scaled and Icy", Warner Music Poland

6/10

PS Twenty One Pilots będą jedną z gwiazd Open'er Festivalu 2022 w Gdyni.


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Twenty One Pilots | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje