Reklama

Reklama

Tony Bennett & Lady Gaga "Love for Sale": Wehikuł czasu [RECENZJA]

Nie spodziewajcie się rewolucji. "Love for Sale" to kontynuacja "Cheek to Cheek" z 2014 roku, realizująca zasadę "więcej tego samego".

Okładka albumu "Love for sale"

Chyba nikt nie spodziewał się "Love for Sale". Już poprzedni wspólny krążek Tony'ego Bennetta - weterana amerykańskiej piosenki scenicznej - oraz Lady Gagi, czyli "Cheek to Cheek" wydawał się zaledwie jednorazowym wybrykiem. Zresztą sama ta pozycja mogła stanowić spore zaskoczenie dla fanów popowej wokalistki z uwagi na to, jak bardzo różniła się od jej pozostałych materiałów. 

I jasne - ci, którzy mieli okazję dokopać się do jej występu na "Duets II" Bennetta, kilku akustycznych koncertów oraz nagrań sprzed czasów narodzin alter-ego Stefanii Germanotty, wiedzieli, że nie zjawiła się ona tam znikąd.

Reklama

Co do drugiego autora albumu: to niemal pewne, że "Love For Sale" jest ostatnią okazją, aby usłyszeć nowe nagrania studyjne Tony'ego Bennetta. Dzięki tej płycie 95-letni wokalista zapisał się w Księdze Rekordów Guinnessa jako najstarszy artysta w historii, który wydał nowy materiał, ale nawet nie o tym mowa. Na początku tego roku ujawniono, że w 2016 zdiagnozowano u muzyka chorobę Alzheimera. Tym bardziej współtworzenie przez niego takiej płyty jak "Love For Sale" w tym wieku i w tym stanie budzi podziw.

Jeżeli znacie "Cheek to Cheek", to w zasadzie wszystkie pozytywne słowa kierowane ku tamtej płycie powinny być powtórzone i tutaj. To znowu muzyczny powrót do czasów, gdy może i życie nie było prostsze, ale muzyka starała się odrywać od szarej rzeczywistości. 

Ponownie postawiono na amerykańskie standardy jazzowe, ale o ile na poprzedniej płycie sięgano po twórczość różnych autorów, tam tym razem muzycy zdecydowali się na oddanie hołdu Cole'owi Porterowi, znanemu między innymi jako twórca muzyki do kultowego musicalu lat trzydziestych "Anything Goes". Nie eksperymentowano z formułą - postawiono na jazzowo-orkiestralne aranżacje, uzyskując retro-klimat, który zadowoli wszystkie osoby chętnie wracające do nagrań Julie London czy Binga Crosby'ego lub Franka Sinatry.

Niezmiennie imponuje Tony Bennett, który nie tyle śpiewa dobrze, jak na swój wiek - on zwyczajnie nadal świetnie radzi sobie za mikrofonem. Jasne, krtań została naznaczona dojrzałością, ale charyzma oraz energia, jakimi kipi ten wokal, zwyczajnie magnetyzują.

Słychać też, że od czasu "Cheek to Cheek" zmieniło się wiele na plus w warsztacie Lady Gagi. W jej wokalu dostrzeżemy więcej precyzji, nie zdarza jej się już kłaść górek, dużo lepiej ujmuje też w swoich partiach ducha epoki - wie, kiedy kokietować słuchacza, jak wejść w delikatne tony (posłuchajcie koniecznie, co wyrabia w "Do I Love You"!) i gdzie pokazać charakter. Jednocześnie nie szarżuje, na co niezwykle łatwo pozwolić sobie w przypadku musicalowych kompozycji. I prawdę mówiąc, mimo uznania dla tego, co robiła na albumie "Chromatica", jest tu na tyle inna, że miejscami trudno uwierzyć w to, iż mamy do czynienia z tą samą artystką.

Najważniejsze jest to, jak doskonale brzmią ze sobą bohaterowie płyty. Posłuchajcie sobie chociażby takiego "I've Got You Under My Skin", a sami przekonacie się, ile tu chemii. Bennett i Gaga brzmią jakby doskonale bawili się rolami, w które wciskają ich poszczególne piosenki, a jednocześnie mieli wobec siebie ogrom szacunku.

Oczywiście, "Love for Sale" nie jest w żaden sposób albumem wybitnym. Nie taki był też cel, jaki przyświecał twórcom - drugie wspólne dzieło Tony'ego Bennetta i Lady Gagi to po prostu przyjemna dla ucha pozycja, która przez cały czas trwania utrzymuje niezmiennie ten sam styl. Dzięki temu już po pierwszym utworze będziecie wiedzieć, czego się spodziewać do samego końca. Dlatego choć nie zawojuje list najlepszych płyt tego roku, to do niezobowiązującego słuchania, relaksu i chęci przeniesienia się w przeszłość, będzie albumem idealnym.

Tony Bennett & Lady Gaga "Love For Sale", Universal Music Polska

7/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje