Reklama

Reklama

Thom Yorke "Anima": Wycieczka po snach, a raczej koszmarach [RECENZJA]

Na 19 lipca zapowiedziano premierę fizycznych nośników najnowszego albumu Thoma Yorke'a, pt. "Anima". Wcześniej jednak materiał trafił do sieci. Razem z krótkim filmem, który znaleźć można na Netflixie.

Okładka płyty "Anima" Thoma Yorke'a

Thom Yorke, niczym kunderowski Tomasz przemierza Pragę, gdy los na jego drodze stawia ukochaną kobietę. Yorke podąża za nią, ta jednak co chwilę znika mu z oczu. Ludzie otaczający bohatera ubrani są w jednakowe stroje, pochłonięci są opętańczym tańcem. 15-minutowy film "Anima", wyreżyserowany przez Paula Thomasa Andersona, jest wdzięcznym dodatkiem do nowego albumu lidera Radiohead. Można, ale nie trzeba go oglądać, by w czerpać przyjemność z odsłuchu nowego materiału. 

Thom Yorke sięga po swoje ulubione wątki: alienację, samotność, zagubienie. Mimo iż robił to już wiele razy, udaje mu się i tym razem skomponować świeże, interesujące dźwięki. Poprzednie albumy, "The Eraser" i "Tomorrow’s Modern Boxes" pokazały, że w swojej solowej twórczości Yorke nie odchodzi za bardzo od emocji przekazywanych w zespołowej robocie Radiohead. Jednocześnie jednak solowa działalność Brytyjczyka jest często skromniejsza w środkach. Minimalistyczne podejście króluje także na "Animie".

Reklama

Podszyty skromnym elektronicznym tłem "Traffic" nadaje kierunek reszcie utworów zawartych na albumie. Będzie złowieszczo, czasem groźnie, autor opowiadać będzie o niepokojach i zagubieniu. Nakreśli też problemy, którymi zajmuje już od lat, takie jak katastrofa klimatyczna czy zanieczyszczenie środowiska ("I can't breathe / There's no water" - śpiewa, ze znaną sobie mamroczącą manierą). Niby nic nowego, niby to wszystko już było. Jednak forma podania jest jeszcze bardziej interesująca, niż w przypadku poprzednich dwóch solowych albumów autora. I przywodzi na myśl, przynajmniej jeśli chodzi o zamiłowanie do minimalizmu, jego zeszłoroczne dzieło - soundtrack do filmu "Suspiria".

Yorke w nowe kompozycje umiejętnie wplata momenty przestoju, spokoju, skromnych jednostajnych dźwięków, by za chwilę użyć na przykład lekko bujającego brzmienia w "I Am a Very Rude Person" czy niepokojących sampli w "Last I Heard (...He Was Circling the Drain)" (sampli zawierających wysokie, drażniące dźwięki - ciekawe czy tylko mój pies się ich przestraszył).

Wycieczka po sennych marzeniach, a raczej koszmarach Thoma Yorke'a (sen jest ważnym motywem także w odczytaniu filmu Andersona) kończy się numerem "Runwayaway", z fragmentami przetworzonego wokalu artysty. Przebudzenie po takim śnie może i nie będzie trudne, pozostawi jednak jeszcze przez chwilę w stanie lekkiego zawieszenia. Przynajmniej do momentu, póki nie odkopiemy się z tych wszystkich warstw, które Yorke tak misternie utkał i połączył ze sobą. Czyniąc "Animę" swoim najciekawszym solowym dziełem do tej pory.

Thom Yorke "Anima", XL Recordings/Sonic Records

8/10


INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Thom Yorke

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje