Reklama

Reklama

Recenzja The Prodigy "No Tourists": Dajcie już spokój

Ciężko bronić archaiczne brzmienie jednego z najbardziej kultowych składów pokolenia dzisiejszych trzydziesto- i czterdziestolatków. Najwierniejsi fani The Prodigy zapewne i tak zacierają ręce, ale lepiej niech ochłoną i skupią się na bardziej przyjemnych rzeczach.

Okładka płyty "No Tourists" The Prodigy

Z czym kojarzą się lata 90. XX wieku? Z transformacją, plastrami na nosie młodych piłkarzy, którzy królowali na osiedlowych boiskach, obecną w niemalże każdym domu konsolą Pegasus i nafaszerowanymi chemią napojami, które można było nabyć w każdym szkolnym sklepiku. Jak było w muzyce? Ciekawie. W Polsce rządził i dzielił Robert Janson, natomiast na zachodzie Spice Girls i Backstreet Boys byli synonimem słodkiego komercyjnego sukcesu, Gallagherowie ścigali się z Albarnem, David Bowie kombinował więcej niż zwykle, wojna w rapie nie polegała tylko na pyskówkach w social mediach, a z teledysków straszył Keith Flint z The Prodigy.

Reklama

Swoje miejsce w historii zespół z hrabstwa Essex ma, ale okres ich triumfów skończył się dwie dekady temu. Po "powrocie", czyli od czasów "Always Outnumbered, Never Outgunned" z 2004 roku, ich metoda na sukces była bardzo prosta - jeden hit, dwa-trzy porządne numery i kilka wypełniaczy. Nie inaczej jest z "No Tourists", siódmym studyjnym albumem grupy Liama Howletta - płytą nagraną dla uzupełnienia własnego katalogu i pieszczenia fanów z co najmniej trójką z przodu w metryczce.

"No Tourists" ma kilka fajnych fragmentów. Takich, które nie imponują, ale spokojnie można bez wstydu puścić znajomym. Wielkich chwil wiele nie ma, a jeśli się pojawiają to są porozrzucane po kilku utworach i przypominają dobre czasy big beatu, rave'u i alternatywnej muzyki tanecznej. Wystarczy sprawdzić "Give Me a Signal" i "Timebomb Zone", żeby przenieść się w czasie i poczuć klimat obskurnych klubów sprzed dwóch dekad. To są idealne przykłady na to, że wcale nie trzeba nagrywać wybitnych numerów, żeby poczuć specyficzny urok kapeli, która dobrze gra na nostalgii.

Już od pierwszych taktów czuć, że mamy do czynienia z klasycznym The Prodigy - o ile jeszcze "Need Some1" jest więcej niż solidnym singlem i openerem, to już o wiele lepiej jest z "Light Up the Sky", w którym słychać echa słynnego "Firestartera". Jednak im dalej w las tym gorzej - po kilku minutach wkradają się przewidywalność i przeraźliwa nuda (nawet goście, Ho99o9 i Barns Courtney nie wpadają tutaj z nowościami), które swoje apogeum osiągają w "Champions of London" i "Resonate".

Granie na oklepanych do bólu schematach, wysamplowane wokale, agresywne beaty, zmiany tempa, wydzieranie się Flinta. Jakby tego było mało, to panowie w "We Live Forever" wzięli sample z "Critical Beatdown" Ultramagnetic MCs, czyli dostaliśmy powtórkę z historii, żeby przypomnieć sobie o "Smack My Bitch Up", które czerpało z "Give the Drummer Some" składu Kool Keitha. Wszystko zostało po staremu, a to zdecydowanie za mało.

Największą zaletą "No Tourists" jest unikalność na scenie. Niewielu nagrywa taką muzykę, a jeśli już się na to porywa, to siedzi w niszy. Nie ma też takiej marki jak The Prodigy, a ci są doskonałym przykładem na to, że sam brand to nie wszystko. Kilkukrotnie odgrzewany w mikrofali kotlet, który na siłę można skonsumować, tylko po co? Głód można zaspokoić czymś innym, a u każdego na półce raczej stoją "The Fat of the Land" i "Music for the Jilted Generation".

The Prodigy "No Tourists", Take Me to the Hospital

4/10


INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: the prodigy | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje