Recenzja OCN "Demon i karzeł": Rwąca rzeka zamiast oceanu

Wydawałoby się, że niezwykle udane "Waterfall" było dla OCN idealną receptą na kolejne krążki. Nic z tego: ze starego składu ostał się tylko lider, Maciej Wasio, a do tego piosenki ponownie wykonywane są w języku polskim. Ostateczny efekt nie jest jednak w pełni satysfakcjonujący.

Płycie "Demon i karzeł" grupy OCN brakuje charakteru

Proces twórczy przy okazji "Demona i karła" był na tyle spontaniczny, że o powstawaniu krążka przez długi czas nie wiedziała nawet wytwórnia. Było to podyktowane prostym faktem: Maciej Wasio nieraz w wywiadach wspominał o autoterapeutycznym charakterze najnowszego krążka OCN. Nie ma tu jednak powrotu do klimatów znanych z "Depresyjnych piosenek o niczym". Dwanaście utworów, które trafiły na płytę, wybrano z ponad trzydziestu powstałych z myślą o krążku kompozycji. Szkoda tylko, że poszczególne piosenki bywają dość nierówne.

Reklama

Przykładem niech będzie tu "Koniec" - mocny w zwrotkach utwór, kojarzący się miejscami nawet z bardziej rockowym obliczem Faith No More otrzymuje miałki, nieco wręcz kiczowaty refren. Podobnie jest z "Na zawsze", które ma w sobie coś z rocka stadionowego w stylu 30 Seconds to Mars i byłoby całkiem nieźle, gdyby nie deficyt oczekiwanej zadziorności. Kompozycja aż się prosi o więcej odwagi ze strony wokalisty.

Nie znaczy to, że śpiew Macieja Wasio jest słabym punktem OCN. Ba, lider zespołu radzi sobie pod tym względem jeszcze lepiej niż na "Waterfall". Wokalista potrafi zrobić ze swoim głosem rzeczy niesamowite, niezależnie, czy mowa tu o idealnie czysto zaśpiewanym "Domu", grunge’owym ryku w "Wyścigowych psach" lub chropowatych zwrotkach w "Migotaniu". Co ciekawe, w ostatniej z wymienionych piosenek gościnnie występują Miodu (Jamal) i Skubas. A jednak mimo "okładkowych" pseudonimów są na tyle schowani za Maciejem Wasio, że niemal niezauważalni. Nie tylko to zaskakuje - kto by się spodziewał w końcu spodziewał w tak delikatnej piosence hardcore’owego wypluwania fraz w outrze?

Owszem, trochę wcześniej ponarzekałem na konstrukcję utworów, ale trzeba przyznać, że to, co w jednym utworach jawi się jako niekonsekwencja, w innych okazuje się idealną zabawą kontrastem. Ironiczny wydźwięk zwrotek w "Wyrwać" byłby nie do zniesienia, gdyby nie był równoważony przez - znów - grunge’owe wstawki i refren. Przy przejściu w "Na oślep" faktycznie zaczyna czuć się emocje, jakie musiały targać lidera zespołu przy pisaniu utworów na "Demona i karła". Szczególnie imponuje jednak "Tam i tu" opatrzone niespiesznym śpiewem i prowadzonymi w tle ścianami przesterowanych gitar. W takich chwilach OCN zaczyna się wręcz podziwiać. 

Problem w tym, że po przesłuchaniu całości w głowie zostaje niewiele, a kolejne kontakty z albumem niewiele w tej kwestii zmieniają. Nie potrafi tego zmienić nawet charyzma Macieja Wasio, wszak "Demonowi i karłowi" brakuje przede wszystkim... charakteru. To sprawia, że słuchacz ma świadomość emocji, obecnych w poszczególnych piosenkach, jednak gorzej bywa już z ich odczuwaniem. Nie znaczy to, że krążek jest zły. Album sprawia frajdę, szczególnie kiedy zaczyna się uśmiechać do bardziej zorientowanego odbiorcy. Z drugiej strony zdradza to kolejną wadę "Demona i karła": nieustanne poczucie, że to już było. Szkoda, bo OCN nieraz już udowodnili, że stać ich na wiele, a tak zamiast oceanu, dostaliśmy co najwyżej rwącą rzekę.

OCN "Demon i karzeł", Warner Music Poland

6/10

Dowiedz się więcej na temat: OCN | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje